niedziela, 28 września 2008

O tym, jak pewien polityk dokonał zamachu na nasze prawo do robienia sobie dobrze

Kiedy wczoraj pisałem swój tekst otym, jak elity próbują zniszczyć Jarosława Kaczyńskiego i wszystko, co się z nim wiąże, i jak w tych swoich usiłowaniach potrafią być profesjonalni i skuteczni, nie spodziewałem się, z jak ciężką materią mam do czynienia.
To znaczy, dobrze się orientowałem w profesjonalizacji tego wszystkiego, co się nazywa nowoczesną propagandą, wiedziałem, jak wpływowe potrafią być media i jak głupi potrafią być ludzie, ale zrobiłem ten błąd, że nie przewidziałem - a może tylko zapomniałem o tym - że są takie sfery w życiu człowieka, gdzie każdy odpowiednio przeszkolony manipulator potrafi wejść i przeprowadzić dowolną operację, nawet jeśli nie ze stuprocentową skutecznością, to z wynikami szczerze imponującymi.
iedziałem to od zawsze, ale nigdy właściwie nie zdarzyło mi się odczuć siły rażenia tego zjawiska aż tak wyraźnie, jak to się dzieje obecnie. O co chodzi? Otóż mam bardzo silne przekonanie, że są dwa żywioły w życiu człowieka, które, jeśli tylko utracimy nad nimi kontrolę, albo jeśli tylko nawet postanowimy sami sobie z nimi radzić, potrafią dokonać spustoszeń w naszym człowieczeństwie na skalę nieporównywalną z niczym innym. Chodzi mi mianowicie o seks i religię.
Historia uczy nas bardzo precyzyjnie, co można osiągnąć, jeśli spróbuje się wpływać na jednostki, a również i na całe społeczeństwa, wbijając im do głowy idee, w jakikolwiek sposób oparte na wolności religii i wolności seksualnej. Do dziś, wielu z nas pamięta zdjęcia niemal tysiąca ofiar zbiorowego samobójstwa, popełnionego przez ludzi, których jedynym prawdopodobnie błędem było uznanie, że odnaleźli swoją własną, samodzielną drogę do ostatecznego zbawienia.
To są wielkie tragedie, bo wielka jest moc wiary i moc tego, kogo w naszej pysze uznaliśmy za Boga. Ale są też tragedie małe. Są zakonnice, które i prawdopodobnie teraz, kiedy piszę ten tekst snują się gdzieś po naszym kraju, w przekonaniu, że tam gdzie one, tam i Bóg, są dzieci, które porzuciły swój Kościół, bo ktoś im powiedział, że istnieje droga do Prawdy bardziej realna i bardziej pewna. Są najbardziej prymitywne sekty, które uwodzą nasze pragnienie życia, tylko po to, żeby poprowadzić nas drogą do śmierci.
To jest religia. Religia, która się wyemancypowała, religia, która uznała, że nie trzeba Pasterza, że wystarczy nasze poczucie kierunku i nasz instynkt. Religia niezwykle niebezpieczna.
Ale jest też seks. I tu już nie muszę podawać przykładów. Wszyscy na co dzień musimy żyć informacjami, delektować się nimi, a czasem się nimi trwożyć, o pedofilach, gwałcicielach, o okrutnych zbrodniach popełnionych na tle seksualnym, o rozpadach rodzin, o zdradach, o tym, co z człowiekiem potrafi zrobić pornografia, o tym Simonie Mollu, który, jak się zdaje, właśnie umiera zabity przez seks... Wiemy, czym potrafi być seks, kiedy tylko uznamy, że jest zwykła, interesującą ofertą, ż którą sobie bez problemu poradzimy.
Często, oczywiście - i to też my wszyscy, ludzie czytający gazety i oglądający telewizję, wiemy - i ten niekontrolowany seks i ta wyemancypowana religia, bardzo dobrze potrafią sobie radzić w parze. Nie o tym jednak ten tekst, bo problem w gruncie rzeczy, jak zwykle to bywa, stoi nieco z boku.
Dziś, z perspektywy tego, co się stało, myślę sobie, że ten pistolet, jak to mówią, musiał w końcu wystrzelić. Jarosław Kaczyński, o którym w dużej części był mój wczorajszy tekst, jak wszyscy wiemy, jest kawalerem i człowiekiem, dla którego - jak wszystko na to wskazuje - to jego kawalerstwo nie było tylko pretekstem, żeby prowadzić wesołe życie, ani też wynikiem jakiegokolwiek przymusu, lecz bardziej, lub mniej świadomym wyborem.
Jesteśmy przyzwyczajeni do celibatu księży, każdy z nas zna choćby jednego z nich, który w sposób naturalny pozostaje samotny i nie jest to dla nas żadną zagadką. Ksiądz się nie żeni i kropka. Nikt z nas nie ma z tym najmniejszego kłopotu.
Inaczej jest w przypadku człowieka, który się nie ożenił, bo tak mu się spodobało, lub tak mu się ułożyło. Albo go podziwiamy, że taki z niego koneser, że nie dla niego żona, dzieci, dom, rodzina. Albo mu współczujemy, że biedaczek, taki jest samotny. Czasami jednak go nienawidzimy.
racam do Jarosława Kaczyńskiego. Ja nie mam żadnego pojęcia, dlaczego Jarosław Kaczyński się nie ożenił. Czy dlatego, że tak sobie wybrał, czy może dlatego, że dziewczyny go nie chciały, czy dlatego, ze nie potrafił w odpowiednim czasie zadbać o ten fragment swojego życia? Faktem jest, że się nie ożenił i nawet jeśli z tego powodu jest mu przykro i czegoś tu żałuje, nie pokazuje tego na tyle wyraźnie, żebym cokolwiek, kiedykolwiek zauważył. Nie wiem i, powiem szczerze, nie za bardzo mnie to interesuje.
Wiem natomiast, że Jarosław Kaczyński jest bardzo porządnym człowiekiem, człowiekiem bardzo odpowiedzialnym, bardzo religijnym i bardzo przywiązanym do tradycyjnych wartości. Wiem też, że Jarosław Kaczyński bardzo dobrze jest zorientowany co do tego, na czym polega miłość, rodzina, odpowiedzialność wobec żony, wobec dzieci wobec rodziców.
Słuchałem tego, co mówi i czytałem to, co pisze na ten temat i wiem, że jeśli idzie o ten zakres tajemnic naszego życia, Jarosław Kaczyński zupełnie dobrze sobie radzi. Czasem mam wrażenie, że on jest pod tym względem, jak ten ksiądz, którego wciąż wszyscy pytają, skąd on w ogóle może mieć wiedzę, jeśli idzie o małżeństwo, rodzinę, dzieci, a później z zdziwieniem widzą, że jednak on to wszystko jakoś wie.
Wiemy bardzo dobrze, jakie emocje potrafi wzbudzać matrymonialna i rodzinna sytuacja Jarosława Kaczyńskiego. Doskonale pamiętamy te wszystkie szyderstwa na temat tego, jaki śmieszny jest człowiek, który nie ma ani żony, ani prawa jazdy; człowiek, który śpi ze swoją mamusią, a jedyna kobieta, jaką zna, to żona jego brata. Wiemy bardzo dobrze, jaką część wszystkich ataków i wszystkich niegodziwości, jakich od lat musiał wysłuchiwać Jarosław Kaczyński, stanowiła ta część jego drogi życiowej.
Jarosława Kaczyńskiego wyszydzano za wszystko. Za niski wzrost, za niestaranny ubiór, za niewyraźną mowę, za to wszystko, co się powszechnie nazywa ‘abnegacją'. Wyszydzano go za radykalne poglądy, za ostry język, za zbyt wyraziste poglądy, za pewność siebie. Był Jarosław Kaczyński obiektem szyderstw z tego powodu, ze nie ma prawa jazdy, że nie zna się na komputerach, że nie ma Internetu, że nie ma pieniędzy.
Oczywiście, ta kampania ośmieszania przynosiła rezultaty, ponieważ dużo jest ludzi, dla których to że ktoś jest niski, że ktoś jest mało szykowny, że ktoś nie ma samochodu, nie ma pieniędzy, nie lubi komputerów, jest powodem do albo wielkiego szoku, albo wielkiego rozbawienia. Ale też było wystarczająco dużo ludzi, dla których to wszystko nie miało większego znaczenia, bo wiedzieli oni, że i pieniądze nie są tak ważne, szczególnie kiedy są ukradzione, i że komputery to często nic dobrego, że Internet i jego użytkownicy, to zbyt często najzwyklejszy idiotyzm, a przy tym wszystkim, ani wygląd nie świadczy o człowieku, ani my sami nie jesteśmy znowu aż tak bardzo eleganccy i zorganizowani. To wszystko, w połączeniu z naszymi politycznymi poglądami, pozwoliło Jarosławowi Kaczyńskiemu zachować pewną sympatię, a jego wrogom skutecznie zakłócać dobry sen.
Pewnie i dlatego, poprzedni zmasowany atak na jego osobę, związany z jego sugestią, że Internet to nie jest miejsce gwarantujące intelektualne bezpieczeństwo, nie przyniósł bardziej widocznych efektów. Przez tydzień paru głupków w Onecie i w telewizji TVN24 trochę się popluło i na tym się sprawa skończyła.
Dziś jest zdecydowanie inaczej. Kiedy wczoraj pisałem mój tekst o awanturze z Dornem i jego żoną, byłem pewien, że całe to zamieszanie, widoczne też tu w Salonie, wynika - pomijając oczywiście szczerą nienawiść do Kaczyńskiego ze strony frontu antykaczystowskiego - ze zwykłego braku przenikliwości i że wystarczy parę dni i parę słów prawdy, żeby i ci przez chwilę wątpiący puknęli się w czoło i się uspokoili. Nic z tego. Okazuje się, że nawet tak zacni komentatorzy, jak Krzysztof Kłopotowski, nie mogą wręcz znieść sytuacji, w której Jarosław Kaczyński atakuje sposób prowadzenia się Ludwika Dorna i włazi z butami do jego sypialni.
A ja się zastanawiam, o co chodzi? Przecież to niemożliwe, żeby ludzie, którzy doskonale znają realia naszego życia politycznego, którzy przeżyli już i ekscesy Samoobrony, i kretyństwa LPR-u i kompromitacje komunistów i wszystkie najbardziej świeże głupstwa w wykonaniu ministrów i sympatyków Platformy Obywatelskiej, nagle zapłonęli świętym oburzeniem, bo Jarosław Kaczyński zaczepił Dorna w sprawie jego sytuacji rodzinnej. Na mój wieśniacki rozum, to jest po prostu niemożliwe.
Szczególnie jest to niemożliwe w sytuacji, gdy - jak już wczoraj na to zwróciłem uwagę - w oryginalnym wywiadzie radiowym, Kaczyński w gruncie rzeczy nie powiedział nic, co by się nadawało do skomentowania. Owszem, po kilku dniach, kiedy czujni dziennikarze dostrzegli swoją szansę i zaczęli drążyć temat, judzić innych polityków, prowokować odpowiedni rozwój wypadków, i kiedy okazało się, że to chodzi o to, że Ludwik Dorn, od czasu jak się poczuł na nowo młody, stracił swój cały rozum - wybuchła afera.
Wystarczyło kila słów, wypowiedzianych przez Jarosława Kaczyńskiego, już nie na temat samego Dorna, ale na temat najbardziej ogólnych kwestii moralnych, że nawet dotychczas bardzo wierni Kaczyńskiemu i PiS-owi ludzie zaczęli się gwałtownie irytować.
I teraz pozwolę sobie powiedzieć coś, co może wielu zdenerwuje, ale co czuję bardzo mocno i co uważam, że jest jak najbardziej prawdziwe. Otóż jestem przekonany, że powodem, dla którego tym razem atak skierowany przez elity i przez media przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu udał się bardziej, niż dotychczas jest to, że po raz pierwszy Jarosław Kaczyński nie wystąpił z kontestacją komputerów, samochodów, eleganckich ubrań i ogólnie pojętej cywilizacji, ale zaatakował coś, co wielu z nas jest bliskie i z czym sobie absolutnie nie potrafimy poradzić.
On właściwie od pierwszego momentu, kiedy Ludwik Dorn zaczął kontestować sytuację w Prawie i Sprawiedliwości, sugerował, że problem Dorna, to nie jest problem tylko polityczny, ale osobowościowy. Że Dorn zachowuje się dziwnie, irytująco i prowokacyjnie, nie tyle, jako polityk, ale jako człowiek i kolega. Przez dłuższy czas, nikt się za bardzo w słowa Kaczyńskiego nie zanurzał, bo traktował je, jako takie tam sobie gadanie. A Kaczyński mówił o Dornie dokładnie to, co mówi dziś. Tylko że bez szczegółów. I wszyscyśmy sterczeli w słodkiej nieświadomości.
I nagle, Jarosław Kaczyński, po raz pierwszy chyba, tak bardzo mocno powiedział nam, że bywamy zepsuci. Że człowiek, który stracił rozum, bo w wieku 50, czy 60 lat uznał, że właściwie całe życie przed nim, że jest i przystojny i powabny i inteligentny i w gruncie rzeczy, najnormalniej kwitnący, jest już tylko śmieszny. A jeśli przy tym dochodzi do wniosku, że ten jego fizyczny i towarzyski sukces upoważnia go do tego, by na swoje obowiązki czysto ludzkie spojrzeć z przymrużeniem oka, to znaczy, że nie zasługuje nawet na jedno dobre słowo.
Proszę zwrócić uwagę. Kaczyński nie zarzucił Dornowi, że Dorn jest złodziejem, albo że kłamie, albo, że zdradził partię, albo, ze wyrzekł się zasad. On najpierw, najbardziej, jak tylko można delikatnie, zasugerował, że Dorn jest moralnie niepozbierany, a później tak, jak tylko to on potrafi dobitnie, powiedział, że tak się nie da i że on takiego typu postawę ma w dużej pogardzie. On zaatakował Dorna na poziomie tak bardzo abstrakcyjnym, że zwykły człowiek ma dwa wyjścia: albo nic z tego nie zrozumieć, bo dla niego wszystko to, co mówi Kaczyński to ‘oczywista oczywistość', a Dorn to po prostu jeszcze jeden starszy pan, który - jak to bywa - zbzikował, albo nagle zobaczyć w tej niezwykłej krytyce samego siebie i dostać cholery.
Jestem pewien, ze gdyby Jarosław Kaczyński nagle powiedział, że Dorn jest niepoważny, bo kupuje Playboya, też by został zdeptany. A przecież, nie ma co do tego wątpliwości, ze jeśli ktoś kupuje Playboya, to ma nie po kolei w głowie, prawda?
Uważam zatem, ze powszechna reakcja oburzenia w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego jest spowodowana wyłącznie przez ten nasz ciężki kompleks. Patrzymy na Kaczyńskiego, zaciskamy zęby we wściekłości i mówimy: wara od naszego udanego seksu, od naszych kochanek, naszych zobowiązań, naszych przyjemności, naszej wiecznej młodości, naszych alimentów, naszych rozwodów. Wara od naszych lektur. Wara od naszej religii.
To nie jest żadna polityka. To już można zacząć leczyć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.