piątek, 21 września 2018

Paczką w łeb, czyli o ewangelii pogardy


      Chciałem dziś przedstawić tutaj i tam relację ze swojego pobytu w Warszawie, ze szczególnym uwzględnieniem rzekomego wysypu wszelkiego rodzaju multikulti, który jak donosi prawicowy Internet, ale przecież nie tylko Internet, robi w Warszawie wrażenie istnej plagi, jednak w międzyczasie (swoją drogą, czy zauwazyli Państwo ową przedziwną modę, by gdzie się tylko da używać określenia „w tak zwanym międzyczasie”?) otrzymałem od swoich dzieci, które zawsze trzymają ręke na pulsie, wiadomość, że Onet postanowił zniszczyć księdza Jacka Stryczka i to zniszczyć na dobre. Podczas gdy będę się starał odgadnąć powody tego ataku, oraz to, czym ksiądz Stryczek sprowokował swoich dotychczasowych dobrodziei do tak agresywnego zachowania, pozwolę sobie przypomnieć swój dawny dość tekst o wspomnianym księdzu i jego projekcie o nazwie „Szlachetna Paczka”, w którym w pewnym sensie przewidziałem bardzo mocną ewentualność pojawienia się zarzutów, jakie spadły na głowę tego nieszczęsnego księdza, a którego – i to już wówczas było bardzo widoczne – pierwszym znakiem rozpoznawczym była pogarda dla drugiego człowieka. I naprawdę, nie trzeba było nawet się wgłębiać w jego gesty czy słowa; wystarczyło spojrzeć w tę twarz. Zdjęcie z dziś, ale twarz stara.



A teraz już właściwy tekst:

      Gdyby ktoś nie wiedział, a był zainteresowany, bardzo krótko opowiem, na czym polega projekt znany pod nazwą „Szlachetna Paczka”, a realizowany w Polsce z coraz większym sukcesem przez księdza Jacka Stryczka. Ogólnie bardzo rzecz ujmując, chodzi o to, że raz do roku, bardzo biedne rodziny aplikują do księdza Jacka o pomoc, on do owych rodzin wysyła wolontariuszy, którzy sprawdzają na miejscu sytuację, następnie sporządzają bardzo szczegółową i opartą na ściśle określonych kryteriach opinię, która jest analizowana przez innych wolontariuszy i wreszcie lista zakwalifikowanych do uzyskania pomocy rodzin zostaje opublikowana. W tym momencie do księdza Stryczka zgłaszają się tak zwani darczyńcy i deklarują odpowiednie wsparcie dla potrzebujących.
O jakim wsparciu mówimy? Otóż pomysł jest taki, że w grę wchodzi wszystko, czego rodziny sobie zażyczą. Ktoś chce tonę węgla – może być tona węgla; ktoś potrzebuje stół, albo dywan – będzie stół i dywan; dziecko chce laptopa, lub domek dla Barbie – proszę bardzo, może być laptop i domek; kto inny marzy o dżinsach firmy Levis, będą Levisy. Z tego co wiem, nie ma marzenia – być może z wyjątkiem willi z ogrodem, czy nagłej śmierci dla starej Kowalskiej – którego ksiądz Stryczek nie spełni. Warunek jest jeden: zakwalifikowane do „paczki” rodziny mają przedstawić listę potrzeb, lista zostanie przekazana dla majętnych darczyńców i w określonym dniu pod dom zajeżdża ciężarówka z paczkami. Czasem w towarzystwie wozu transmisyjnego telewizji.
Ktoś mnie spyta, skąd ja to wszystko wiem. Otóż wiem to wszystko, bo mi opowiadała córka, która od wielu lat jest wolontariuszem u księdza Stryczka i przez parę miesięcy w roku temat „Szlachetnej Paczki” jest jednym z pierwszych tematów w naszym domu. Czy jej się działalność w „Szlachetnej Paczce” podoba? Owszem, bardzo. Są oczywiście drobne powody do narzekań, ale generalnie ona jest w to bardzo mocno całym sercem zaangażowana. Ona, jak mówię, działa tam od wielu lat i historie, które nam każdego roku przynosi, są tak niekiedy wstrząsające, że nie ma sposobu, by je tu na tym blogu opisywać. Ale też z jej opowieści wynika, że nie ma na świecie wiele rzeczy tak poruszających, jak widok tej biednej, najczęściej nie z własnej winy, rodziny, tych matek, tych ojców, tych dzieci wreszcie, jak są nagle zasypywani stosem tych paczek, i w pewnym momencie nie ma już nic więcej, jak tylko te łzy szczęścia.
A więc to jest projekt księdza Jacka Stryczka, który wprawdzie, gdy chodzi o tak zwaną dobroczynność, pod względem popularności, nie ma się co równać z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, jednak jego skala, z tego co słyszę, owe miliony Owsiaka już dawno przegoniła. Z tego co słyszę, realna wielkość zeszłorocznej pomocy w ramach „Szlachetnej Paczki” jest tak duża, że póki co Owsiak o czymś takim może dopiero marzyć, a wygląda na to, że kolejne lata będą już tylko lepsze.
Co ja sądzę o działalności dobroczynnej organizowanej poza Kościołem, miałem okazję tu pisać niejednokrotnie. Jeśli jednak chodzi o projekt księdza Stryczka, mam uczucia mieszane. Z jednej strony oczywiście ja wiem, że, podobnie jak się to dzieje w przypadku Owsiaka, z praktycznego punktu widzenia, za tą całą „paczką” nie stoi nic innego, jak lans jednego człowieka. W wymiarze uniwersalnym, owa „pomoc” nie ma żadnego znaczenia. Nawet jeśli okaże się, że gdzieś tam, dzięki temu stołowi, czy długopisowi, jakieś dziecko uzyska upragnione warunki do nauki, dostanie się na dobre studia i będzie mogło zacząć utrzymywać rodzinę, to jest wciąż jedynie pojedynczy gest jednego darczyńcy. Z drugiej jednak strony, nawet jeśli sam ksiądz Stryczek prowadząc swoją akcję trąbi i wali w bębny, ów darczyńca pozostaje doskonale anonimowy i cichy, a to jest coś, co zasługuje zdecydowanie na szacunek. Również dla samego księdza Stryczka, który tak to wszystko zorganizował, by oni wszyscy pozostali cisi i anonimowi, no i żeby na końcu został tylko ten jeden milczący gest solidarności.
Jest jednak coś w owej „Szlachetnej Paczce”, co mi nie pozwala zamknąć tematu w tak sympatyczny sposób i co prawdę powiedziawszy stanowi główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst. Otóż chodzi o samego księdza Stryczka. Jak się dowiaduję, ów ksiądz udzielił dłuższej wypowiedzi dla portalu money.pl, w której wypowiedział bardzo dużo kwestii zasługujących na osobne potraktowanie, ja jednak chciałbym wspomnieć zaledwie jedną z nich:
„[Co siódmy Polak pracuje, ale żyje w ubóstwie] Ale to zależy tylko od niego. Nikt nie jest skazany na to miejsce pracy, w którym jest, a jeżeli czuje, że jest skazany na nie, to znaczy, że się zagubił, stał się niewolnikiem sytuacji, z której nie potrafi znaleźć wyjścia.
Jeżeli w jego branży nie ma więcej pracy, powinien się przekwalifikować, stopniowo budować swoje kompetencje, żeby z czasem migrować na rynku pracy. A u nas w ramach właśnie tego katomarksizmu jest takie myślenie, że jeśli mi jako pracownikowi jest źle, to winni są wszyscy wokoło tylko nie ja sam. Jak ci jest źle, to zmień pracę. Jeśli twój zawód jest słabo płatny, to naucz się tego, w którym płacą więcej. Wszystko zależy od człowieka, a nie od systemu. Nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość społeczna”.
A zatem, mamy z jednej strony tę „Szlachetną Paczkę”, a z drugiej człowieka, który ową nazwę stworzył i dzięki której może publicznie wygłaszać opinie takie jak powyższa. Proszę zwrócić uwagę: z jednej strony mamy tego księdza Stryczka i ten jego fantastyczny projekt, a z drugiej tę ludzką nędzę, dla której, jak się nagle okazuje, on nie ma nic, jak tylko pogardę.
Przepraszam bardzo, ale chyba już wolę Owsiaka. Ten się przynajmniej lepiej kamufluje.

Wczoraj nagrałem dla Kliniki Języka trzy filmy z pogadanką na temat trzech moich książek. Wszystkie kolejno ukażą się na portalu prawygornyrog.pl. Tymczasem informuję, że mam jeden, ostatni już egzemplarz „Palimy licho”, ostatnią sztukę „Elementarza”, po parę egzemplarzy „39 wypraw” oraz „Listonosza”, no i wciąż dość znaczną liczbę książki pozornie o muzyce, a tak naprawdę o talentach zakopanych oraz tych drugich. Kto pierwszy, ten lepszy. Zapraszam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz