czwartek, 13 września 2018

Podziękowania i jedno dawne wspomnienie


      Przede wszystkim pragnę podziekować Czytelnikom za nadzwyczaj poruszającą reakcję, z jaką spotkała się moja prośba o podratowanie nas w finansowym dole. To są chwile, kiedy, cokolwiek by się działo, nie można nie pomyśleć, że warto było, jest warto i nie ma najmniejszego sensu tracić nadziei. To co mnie wzruszyło dodatkowo, to fakt, że znaczna  większość osób, które odpowiedziały na moje wołanie, to ludzie, których zwyczajnie nie znam, a przynajmniej nie przypominam sobie, bym ich tu wcześniej spotkał. A to świadczy, że jest nas znacznie więcej, niż jeszcze pare lat temu. A zatem bardzo dziękuję licząc od samej góry:
1         1. Andrzejowi z Poznania
2         2. Michałowi z Foto-Maga
3         3. Stefanowi z Rzucewa
4         4. Piotrowi z Gorlic
5         5. Marcinowi z Warszawy
6         6. Dorocie z Mirska
7         7. Mateuszowi z Długołęki
8         8. Irenie i Leszkowi z Wygnanowa
9         9. Pani Ani z Katowic10. Aleksandrowi z Malca
    11. Edwardowi jak najbardziej z Przegędzy
    12. Wioletcie z Janowic Wielkich
    13. Tomaszowi z Suwałk
    14. Moim ludziom z Sieprawia
    15. Adasiowi z Chełmży
    16. Leszkowi z Bukowna
    17. Piotrowi ze Stawigudy
    18. Natalii z Krakowa
    19. Księdzu Rafałowi
    20. Sławomirowi z Gdańska
    21. Sylwestrowi z Wrocławia
    22. Michałowi z Goleniowa
No i jeszcze przelewy z dzisiaj, których dalibóg się nie spodziewałem:
    23. Markowi z Warszawy
    24. Piotrowi z Wrocławia
    25. Jerzemu z Piastowa
    26. Marcinowi z Wrocławia
    27. Jerzemu z Wadowic
    28. Grzegorzowi z Musowca
    29. Sławomirowi z Brwinowa
    30. Krystianowi z Prudnika
   

Ponadto dziękuję bardzo tym którzy w tych dniach kupili książki: Marcinowi z Dąbrowy Górniczej (Listonosz), Jarosławowi z Łomży (39 wypraw), Andrzejowi z Ostrołęki (Biustonosz oraz Listonosz) i wreszcie Robertowi (2xRock and Roll).


      Mój wierny czytelnik Mateusz G. poinformował mnie, że nie zdążył kupić mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”, która od pewnego czasu jest już sprzedana. Dla niego więc specjalnie przypominam kolejny stamtąd tekst, a mianowicie coś co zatytułowałem

O ogniu, łkaniu w kominie, jednym pijaczku i dwóch kibolach

      Pewnego razu, jechałem z najmłodszą Toyahówną pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał „Najwyższy Czas”, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.
      Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.
      Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mnie to, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.
      I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny ‘dziad’, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, że do dziś mam wyrzuty sumienia, że może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.
      Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, że można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.
     Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów (był kiedyś taki popularny zespól – bardzo dobry). Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby niewiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.
      To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch młodocianych bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym (jak ktoś chce się obrazić, to uprzedzam – to tutaj to była czysta figura retoryczna).
      Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesnie, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tliło się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.
      I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwą pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.
      Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.
      W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę.

     I tak to się skończył tamten tekst w  kształcie, w jakim znalazł się w książce. Dziś natomiast chciałbym dołożyć jeszcze pewien bonus, a więc fragment, który kończył ów tekst wyłącznie na blogu. Myślę, że warto:

      Taka to jest ta refleksja. A na sam już koniec, powiem każdemu kto może chcieć jeszcze czytać te końcowe zdania, że nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby w tym pociągu, który pojawił się na początku, siedziało dwóch „krakowskich intelektualistów” i sobie na przykład żartowali na skądinąd znany temat „zimnego Lecha i krwawej Mary” – jak to ostatnio właśnie mają w zwyczaju „krakowscy intelektualiści” – a ja bym ich poprosił, żeby przestali, to oni na sto procent by nie przestali. Nie przestaliby ani gdybym ich poprosił, ani gdybym im groził, ani gdybym powoływał się na wartości humanistyczne i wartości chrześcijańskie. Nie przestaliby. Jedyne co by zrobili, to podnieśli na nas najpierw zdziwione, a później już tylko pełne pogardy spojrzenia i robiliby swoje. W tej sytuacji, zapewniam Was, że dla nich byłoby znacznie lepiej, gdyby pojechali do pobliskiego lasu i wywalili tam z obelżywym słowem na ustach swoją starą lodówkę.

Czy to było spowodowane moją prośbą o ratunek, czy stanowiło kwestię przypadku, nie mam pojęcia, ale dzieje się tak, że w tych dniach wciąż wysyłam kolejne książki. Mam jeszcze parę egzemplarzy „Marek, dolarów…”, kilka egzemplarzy „Listonosza”, kilka egzemplarzy listów od Zyty, oraz wciąż jeszcze dość dużo „Rock and Rolla”. Polecam z całego serca. O kontakt proszę na adres k.osiejuk@gmail.com.


2 komentarze:

  1. Normalnie się rozpłakałem... do następnej zbiórki!
    ps
    Znasz już swoje miejsce w szeregu- Gabryś ci pokazał.
    Miło było oglądać jak podkuliłeś ogonek kundelku!
    Cmoki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy do "Anonimowego":
      Nie wiem, po co tu komentujesz, skoro nic nie rozumiesz?
      Autor bloga nie jest anonimowy, zatem podaj swoje imię i nazwisko, "kundelku".
      Dariusz Serweciński

      Usuń