sobota, 1 września 2018

Sympathy for the Devil


       Skoro wczoraj było o Diable, a niedziela póki co przed nami, pozostańmy może w temacie.
       Ja zdaję sobie sprawę z tego, że od czasu, gdy po raz pierwszy zauważyłem tu, że potęga mediów pod każdą długością i szerokością geograficzną sprowadza się tak naprawdę do jednego, nic się w tej mierze nie zmieniło. One wciąż swoją nadzwyczajną skutecznością wymuszają na nas to, że jeśli tylko zgodzimy się stanowić choćby drobną część ich klienteli – a tu, o czym jestem przekonany, praktycznie nie ma wyjątków – po pewnym czasie zaczynamy każdą informację traktować jako równie dla nas ważną, co kompletnie nieistotną. Nie sugeruję tu broń Boże, że ktokolwiek z nas nie rozróżnia między tym co ważne, a co nieważne, mówię tylko że każda z tych informacji, choćby kiedyś nas bardzo poruszyła, podobnie jak każda z tych informacji, które choćby nie wiadomo jak zostały przez nas zlekceważone, po pewnym czasie w sposób praktycznie niekontrolowany stają się zaledwie bladym wspomnieniem.
      Tu zresztą dochodzi do czegoś jeszcze, równie ciekawego, a mianowicie tego, że po pewnym czasie, w wiekszości przypadków, nie jesteśmy w stanie choćby nawet w przybliżeniu określić, ile to owego czasu upłynęło od dnia, kiedy nas coś zainteresowało, czy wręcz zszokowało. Jestem pewien, że większość z nas świetnie wie, o czym mówię. Ktoś nas pyta: „Pamiętasz?” My na to odpowiadamy: „Jak mógłbym zapomnieć?” A po chwili: „Zaraz, a kiedy to było? W zeszłym roku?” „No nie, chyba już dwa lata temu”. I w tym momencie okazuje się, że ani rok, ani dwa, tylko minąło lat cztery, pięć, lub siedem. Albo odwrotnie. Jesteśmy przekonani, że to co tak dobrze pamiętamy to sprawa sprzed wielu lat, podczas gdy w rzeczywistości ona nas tak frapowała ledwie kilka miesięcy temu.
      Coś takiego zdarzyło mi się całkiem niedawno, kiedy na youtubie trafiłem na opublikowany ledwo co przez biuro szeryfa w Broward na Florydzie pełny zapis przesłuchania Nikolasa Cruza, dziewiętnastolatka, który chwilę wcześniej na terenie miejscowej szkoły zastrzelił 17 dzieci. Przypomniałem sobie natychmiast owo – tak dramatycznie zaledwie jedno z wielu – zdarzenie i od razu zacząłem się zastanawiać ile to lat temu o owym „Parkland shooting” po raz pierwszy usłyszeliśmy. I proszę sobie wyobrazić, jak się zdziwiłem, kiedy sprawdziłem i okazało się, że to było zaledwie w lutym tego roku.
       No ale obejrzałem sobie owo przesłuchanie – ponieważ ono trwa ponad dziesięć godzin, zaledwie we fragmentach – i powiem szczerze, że, być może dlatego, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się widzieć, jak tego typu procedura wygląda, do dziś nie potrafię się pozbierać. Widzimy więc klasyczny pokój przesłuchań, pod ścianą rodzaj biurka, dwa krzesła, na środku wbity w podłogę metalowy uchwyt na łańcuch, no i z jednej strony starszy policjant z typowym wąsem, a z drugiej to jeszcze przecież dziecko – a przez większość tego czasu, samo dziecko z jego demonem – które, jak rozumiem, kilka godzin wcześniej bez żadnego wyraźnego powodu zamordowało 17 innych dzieci, a drugie tyle ciężko poraniło. No i te dziesięć godzin,  bez muzyki, bez obcych dźwięków, bez kolorowych obrazków, niemal bez ruchu. Niemal.
       Oczywiście tam jest bardzo dużo rzeczy, o których warto by było tu opowiedzieć, jak choćby o tym, jak ten 18, czy 19 letni chłopiec, o którym wszyscy mówili, że jemu ta śmierć wręcz wypływała z oczu, całkowicie legalnie kupił pięć sztuk wszelkiego rodzaju broni wraz z amunicją, a miejscowa policja, władze szkolne, badający go psychiatrzy, mimo szeregu doniesień, że on całkowicie otwarcie zapowiada, co niedługo ma nastąpić, nie widzieli powodu, by się zaniepokoić. Można by było też opowiedzieć o tym, jak on przez długie godzimny, kiedy jest tam sam, wręcz umiera ze strachu przed niewiadomo czym, jak drży i płacze, jak się wije w przedziwnym przerażeniu, by wreszcie zacząć jęczeć: „Zabijcie mnie!”, no ale to też nie jest dziś dla nas temat. Nie jest dla nas dziś nawet tematem wyznanie tego biedaka, że jego ulubiona muzyka to tak zwany „Russian bass”, i coś niemieckiego, czego nazwy nie bardzo jestem w stanie odczytać, ale co on sam określa, jako „German party music”. To co mnie natomiast tak bardzo poruszyło, to moment kiedy on zaczyna opowiadać o jakichś „głosach”, które mu kazały robić „złe rzeczy” i o owym „demonie”, autorze owych głosów. Mówi on więc wciąż, że ten „demon” zlecał mu to czy tamto, policjant pyta go, czemu on go słuchał, zamiast go przepędzić, ten na to wciąż to samo, że „demon” to czy tamto i że on robił, co ten mu kazał.
      No i w pewnym momencie policjant zwraca się do niego zupełnie szczerze: „Wiesz co, mnie się wydaje, że ty go lubisz”. „Kogo?” „No tego demona. Ty go musisz lubić”. I trzeba nam widzieć, jak to dziecko zaczyna się wtedy bać. „Nie”. „Tak”. „Nie”. „Ależ tak. Ty go musiszś go naprawdę lubić”. Przepraszam wszystkich bardzo za ten ton, ale tu się w tym momencie odbywa jazda, jakiej świat nie widział.
       Nie mówię, że warto to zobaczyć, bo raczej nie warto. Ja to jednak obejrzałem i pomyślałem sobie, że choćby nawet to miała być jedyna karą, jaką ów Nikolas Cruz ma ponieść za to co zrobił, to ja ją przyjmuję. To jest coś tak strasznego, że chyba nawet znany nam być może Harry Angel tego nie doświadczył, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to on jest tym człowiekiem, którego szuka.
       Daję słowo. To jemu byłoby już znacznie lepiej zwyczajnie umrzeć i liczyć na to, że Dobry Bóg się nad nim jakoś ulituje.





Książki od wczoraj nie zmieniły swojego położenia. Serdecznie polecam. 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.