niedziela, 24 stycznia 2016

Między dżumą a cholerą, czyli jak to się robi na dziewiątym kręgu

Jak się dowiadujemy z mediów, w reakcji na wyjątkowo agresywną – i najwyraźniej niebezpiecznie skuteczną – kampanię Donalda Trumpa, przy raczej słabo rokującej pozycji Hillary Clinton, na szczeblu, do którego nie tylko my nie mamy dostępu, postanowiono, że trzeba błyskawicznie działać i swój start w wyścigu o prezydenturę Stanów Zjednoczonych zgłosił nie kto inny jak Michael Bloomberg, założyciel i właściciel agencji Bloomberg L.P., trzykrotny burmistrz Nowego Jorku, jeden z najbogatszych ludzi na świecie. Oczywiście wszystkiego ani nie wiemy, ani wiedzieć nie możemy, natomiast możemy się jak najbardziej domyślać, że skoro System postanowił sięgnąć po samego Bloomberga, a on sam, mimo że jeszcze do niedawna nawet mu do głowy nie przychodziło, by się wygłupiać i przenosić do Białego Domu, to znaczy, że sprawa zrobiła się naprawdę gardłowa.
To są zmartwienia przede wszystkim oczywiście Amerykanów, my jednak tu w Europie, ale i w Polsce zachodzimy w głowę, jakie to dla nas może mieć znaczenie, czy prezydentem kraju, na który tak bardzo liczymy, zostanie Donald Trump, czy Michael Bloomberg. Jeśli idzie o mnie, to, powiem szczerze, że zdania nie mam. Owszem, kiedy wydawało się, że stosunkowo duże szanse ma młody Bush, byłem gotowy jemu właśnie kibicować, choćby z tego powodu, że od pewnego czasu deklaruje się jako rzymski katolik. No ale kiedy okazało się, że to co dla mnie stanowiło argument pozytywny, Amerykanie potraktowali jako zagrożenie, to dziś, sam choćby fakt, że kandydatem Systemu najwidoczniej jest Bloomberg, kazałby mi raczej kibicować Trumpowi. Z drugiej jednak strony, nie mając najmniejszej wątpliwości, co do tego, że Trump to stuprocentowy wariat, po którym można się spodziewać wszystkiego najgorszego, czuję, że dla Polski akurat może lepiej byłoby mieć tam kogoś, kto jednak w jakiś sposób jest przez System kontrolowany, a więc jednak Bloomberg.
Ktoś powie, że przecież wybór jest prosty. Wystarczy przyjrzeć się obu kandydatom pod kątem wyznawanych przez nich poglądów i dowiemy się wszystkiego, co nam jest potrzebne. Który z nich jest bardziej człowiekiem Wiary, który jest bardziej oddany tradycyjnym wartościom, co jeden i drugi sądzą o aborcji, czy o małżeństwach homoseksualnych, jakie oni mają zdanie na temat eutanazji i nauk Jana Pawła II, i będziemy mieli właściwy obraz. Otóż nic z tego. Ronald Reagan, podobnie jak Margaret Thatcher już dawno w ciemnym grobie, a Viktor Orban, Beata Szydło i Jarosław Kaczyński to już naprawdę ostatni na tym świecie Mohikanie, a czasy są takie, że nie ma nawet pewności, czy z tego rodzaju pytaniami warto by było się zwracać do któregokolwiek – powtarzam, któregokolwiek – z polityków Prawa i Sprawiedliwości.
Jak niektórzy z czytelników tego bloga wiedzą, od pewnego czasu, z inicjatywy Piotra Bachurskiego, wysyłam raz na tydzień do „Gazety Finansowej” teksty na temat najbogatszych ludzi w historii świata. Pierwszą część owych refleksji zamieściłem w swojej książce pod tytułem „39 wypraw na dziewiąty krąg” i tam też znalazł się esej o Donaldzie Trumpie. Już po ukazaniu się owej książki, napisałem parę interesujących bardzo słów na temat Michaela Bloomberga. Abyśmy mieli tu jakieś, choćby ogólne pojęcie o tym, z kim mamy do czynienia i jaki dostaliśmy wybór, przedstawiam dwa fragmenty wyjęte z obu historii. Najpierw Trump:
Dziś, wedle przedstawianych przez siebie szacunków, Donald Trump posiada majątek w wysokości niemal 10 mld dolarów, według danych magazynu ‘Forbes’, znajduje się on na 391 miejscu z majątkiem 4 mld dolarów, a wedle ocen niezależnych komentatorów, tak naprawdę nie ma nic, poza nieustannymi występami telewizyjnymi, organizowanymi przez siebie walkami bokserskimi, lub turniejami wrestlingu i możliwie najbardziej intensywnym robieniem wokół siebie medialnego szumu, a ostatnio wręcz desperackiej próbie objęcia urzędu prezydenta USA.
Wydaje się, że bardzo dobrym podsumowaniem tych naszych refleksji na temat owej niezwykłej kariery będzie wspomnienie pewnej książki wydanej wspólnie przez Donalda Trumpa oraz człowieka nazwiskiem Robert Kiyosaki, zatytułowanej ‘Dlaczego chcemy, żebyś był bogaty’. Popatrzmy przez chwilę na owego Kiyosaki. Kim jest ów człowiek? Oficjalnie przedstawiany jest on, jako amerykański inwestor, przedsiębiorca, autor książek, motywacyjny spiker, finansowy komentator, oraz autor audycji radiowych, jeśli jednak przeanalizujemy całość jego dokonań, pozostaje nam wyłącznie informacja, że w latach 1970-tych i 80-tych brał Kiyosaki udział w kilku przedsięwzięciach biznesowych (w tym takim jak nylonowe portfele na rzepy), które upadły, czyniąc z niego w połowie lat 1980-tych praktycznego bankruta. W tym też czasie zaangażował się on w wielopoziomowy system marketingowy, znany i u nas w Polsce, jako Amway, i zaczął zabiegać o znajomości u jego najwyżej umieszczonych przedstawicieli. W roku 1985, Kiyosaki założył firmę Cashflow Technologies, nastawioną na sprzedaż serii książek i innych materiałów szkoleniowych, co zostało uwieńczone wydaniem jego najbardziej znanej pracy zatytułowanej ‘Bogaty ojciec, biedny ojciec’.
W połowie lat 1990-tych Kiyosaki miał więc już swoją książkę, która zaczęła natychmiast krążyć wśród członków organizacji Amway-Quixtar, skąd osoby wyżej usadowione w piramidzie polecały ją dalej łańcuszkiem. Kiyosaki zaprezentował te liczby ‘sprzedaży’ większym domom książki i zanim się spostrzegliśmy, ‘Bogaty ojciec’ znalazł się na wszystkich półkach, również u nas w Polsce, zapoczątkowawszy cały szereg podobnie skonstruowanych poradników dla inspirujących biznesmenów, gier planszowych itd.
Co to za dzieło? Filozofia Kiyosaki’ego głównie kręci się wokół generowania pasywnych dochodów poprzez serię kolejnych inwestycji, tak długo aż ów pasywny dochód pozwoli nam zarobić na nasze utrzymanie. Krótko mówiąc, zdaniem Kiyosakiego, powinniśmy wyszukiwać takie oferty inwestycyjne, które będą wytwarzać dla nas bezpośredni dochód. Kiyosaki uważa, że taka dźwignia finansowa stanowi metodę najbardziej podstawową, przy tym pomija rolę wykształcenia, twierdząc, iż formalna edukacja przeznaczona jest głównie dla tych, którzy chcą być pracownikami i robotnikami zatrudnianymi przez pracujących na własny rachunek, czyli ludźmi, określanymi przezeń jako tymi, którzy nigdy nie będą ‘bogaci’.
Często przedstawia swą filozofię w postaci schematu, dzieląc ludzi na cztery grupy:
- pracownicy i robotnicy – osoby pracujące na kogoś innego;
- pracujący na własny rachunek – tak zwani samozatrudnieni;
- właściciele firm, znający ‘system’ zdobywania pieniędzy;
- inwestorzy, którzy inwestują, by uzyskać większe zyski.
Oczywiście, według tej filozofii pracownicy i pracujący na własny rachunek sukcesu nie odniosą nigdy.
Na temat Kiyosakiego moglibyśmy rozmawiać znacznie dłużej, jednak wydaje się, że to co zostało przedstawione powyżej, wystarczy nam w pełni. Ale mamy tu jeszcze cel podstawowy. Oto ponieważ przedmiotem niniejszych refleksji jest Donald Trump – nieomal najbardziej znany biznesmen i przedsiębiorca współczesnego świata – wystarczy nam zadać już tylko jedno pytanie: Co ma wspólnego ktoś taki jak Trump z kimś takim jak Kiyosaki? Po tym wszystkim, co już to zostało powiedziane, możliwe, że pozostaje nam już tylko jedna odpowiedź: Amway. To jest ów punkt wspólny. Niewykluczone, że to jest zarówno początek, jak i koniec, nawet jeśli wyłącznie w sferze symbolu”.
No a teraz Bloomberg:
Dziś Michael Bloomberg zajmuje 14 miejsce na forbesowskiej liście najbogatszych ludzi na świecie, z majątkiem 35 miliardów dolarów, jednak biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze w roku 2012 to było zaledwie 22 miliardów i miejsce 20., a w 2009 jeszcze mniej, bo 16 miliardów i pozycja jeszcze niższa, choć i tak ze wzrostem w stosunku do roku poprzedniego o 4,5 miliarda dolarów – w tamtym czasie największy wzrost na świecie – należy podejrzewać, że przed Bloombergiem perspektywy są naprawdę jasne i już niedługo Waltonowie ze swoimi sklepami, gdzie wszystko jest naprawdę tanie, wreszcie zrozumieją, że to nie oni rządzą światem. Fakt bowiem, że między marcem roku 2007 a marcem roku 2009 Bloomberg przesunął się na liście „Forbesa” z pozycji 142. na 17. mówi wystarczająco dużo każdemu.
Jest jednak w życiu i karierze Michaela Bloomberga coś jeszcze, co pozwala nam z jednej strony odetchnąć nieco od tych wszystkich informacji dotyczących czystego pieniądza, a z drugiej pokazuje jeszcze bardziej jego potęgę. Oto 1 stycznia roku 2002 z nominacji Partii Republikańskiej Michael Bloomberg objął urząd 108. burmistrza Nowego Jorku, a więc miasta historycznie typowo demokratycznego, w roku 2005 został wybrany ponownie, no a w roku 2009 znów dostąpił tego zaszczytu, choć dwa lata wcześniej, z przyczyn, których możemy się zaledwie domyślać, ogłosił autonomię i przez resztę kadencji działał jako polityk niezależny.
Jednak gdy chodzi o poglądy polityczne, można przyjąć, że Bloomberg to typowy przedstawiciel owego szczególnego gatunku właścicieli świata, dla których poglądy polityczne, czy moralne były zawsze podporządkowane wyborom stojącym z ich punktu widzenia znacznie wyżej w jakiejkolwiek hierarchii. Kiedy startował do walki o stanowisko burmistrza Nowego Jorku, przedstawiał się jako Republikanin, mimo że wcześniej przez wiele lat był członkiem Partii Demokratycznej. Kiedy w roku 2007 ogłaszał swoją niezależność od Republikanów, wprawdzie jeszcze nie składał jakichś bardzo wyraźnych deklaracji, jednak dziś, bez najmniejszych zastrzeżeń, przedstawia się jako zwolennik powszechnego prawa do aborcji, praw homoseksualistów, adopcji dzieci przez homoseksualne małżeństwa, finansowania badań nad komórkami macierzystymi, zakazu posiadania broni, oraz przyznawania obywatelstwa emigrantom, a więc tego wszystkiego czego też oczekuje od tej posłusznej masy współczesny świat. I jest czymś tylko pozornie paradoksalnym, że przy tych wszystkich swoich przekonaniach, gdy chodzi o kwestie gospodarcze i związane ze światowymi finansami, pozostaje Bloomberg zdeklarowanym konserwatystą”.
No a teraz, skoro już mamy jakieś tam pojęcie na temat tego, kto, co i jak, możemy głosować, prawda?

Zarówno książka o miliarderach, jak i wszystkie inne moje książki, można kupować w księgarni na stromnie www.coryllus.pl. Zapraszam.


3 komentarze:

  1. Dzień Dobry, mój syn czytający i słuchający amerykanów mówi, że ewentualna prezydentura Donalda Trumpa byłaby katastrofą.
    Pozdrawiam
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  2. @JP z Wr
    Dlatego własnie System do niej nie dopuści. W najgorszym wypadku go zabiją. Tak jak Kennedy'ego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Katastrofę to już mamy, gospodarczą i polityczną. Prawdziwymi antysystemowcami są ruchy wolnościowe i libertariańskie w USA.

    Werble już słuchać w Europie i na Pacyfiku.

    Trump jest z biznesu i po drobne się nie schyla, to jest problem. Na przykład, ile kosztuje H.C. a ile D.T.

    OdpowiedzUsuń