wtorek, 26 stycznia 2016

Czy dziennikarz niezłomny potrafi na trzeźwo obsłużyć smartfona?

Wczoraj w ciągu dnia córka moja przyniosła mi informację, że Polskie Radio – dziś już pod nowym zarządem – opublikowało informację, że Polska to kraj, który, z punktu widzenia psychopatycznego mordercy Brejvika, zajmuje miejsce jedno z pierwszych pod kątem cywilizacyjnego rozwoju. Dokładnie rzecz biorąc, poszło o to, że ów Brejvik, planując podobno swoje dzieło likwidacji wszystkiego co złe i z jego perspektywy zbędne, Polski nie uwzględnił, no i któryś z wciąż jeszcze pracowników Polskiego Radia uznał za stosowne poinformować o tym Polaków.
Moje dziecko przekazało mi tę informację, ja je poprosiłem o odpowiedni obrazek, wrzuciłem go na Twittera… i, pomijając parę osób, które są zawsze czujne, okazało się, że ów twit nikogo nie zainteresował. Okazało się, że to iż Polskie Radio – w dodatku to odnowione – uznało za stosowne poinformować nas, że Anders Brejvik uważa Polskę za kraj swoich marzeń, nie stanowi dla większości z nas żadnego problemu. A w tej sytuacji, ja bym bardzo chciał wiedzieć, czy ta wiadomość stanowiłaby problem dla nowych władz Polskiego Radia. Czy gdybym ja na przykład o tym, co się właśnie stało w zarządzanej przez nią firmie, poinformował Barbarę Stanisławczyk, ona by się przejęła, czy może wzruszyła ramionami i powiedziała, że nie wie, o co mi chodzi. News to news.
Moje myśli niestety są w tej kwestii zdecydowanie ponure. Otóż moim zdaniem, Barbara Stanisławczyk najprawdopodobniej uznałaby, że nic szczególnego się nie stało, a gdyby w dodatku chciała być tu szczególnie wylewna, to jest bardzo prawdopodobne, że poinformowałaby mnie, że autor tego „brejvikowego” komentarza to wspaniały dziennikarz i jej osobisty przyjaciel, do którego ona ma bezwzględne zaufanie. Oczywiście mogę się mylić, ale zarówno doświadczenie, jak i instynkt podpowiada mi takie właśnie rozwiązanie.
Numer z Brejvikiem miał miejsce przy okazji czegoś równie niemal wstrząsającego. Oto nowy szef publicystyki w TVP Info, Michał Rachoń, wystąpił z absolutnie rewolucyjnym jak na nie tylko telewizyjne standardy apelem, by każdy z nas, który uważa, że polskie dziennikarstwo to syf i nędza, przystąpił do specjalnego konkursu, a jeśli go wygra, Rachoń go z prawdziwą przyjemnością zatrudni i pokaże na wizji. I to jest coś co, z jednej strony, jak już wspomniałem robi wrażenie czegoś prawdziwie wstrząsającego, a z drugiej budzi jak najgorsze podejrzenia, prowadzące do wniosku, że tu tak naprawdę wcale nie chodzi o podniesienie jakości telewizyjnej publicystyki, lecz wyłącznie o stworzenie tak zwanego alibi dla nowej władzy, która dzięki niemu będzie mogła ostatecznie powtórzyć po raz kolejny: sami widzicie, że nie mamy z czego wybierać, a wszystkich najlepszych i tak już mamy.
Dlaczego tak myślę? Otóż przyczyna jest prosta. Czy ktokolwiek z nas jest sobie w stanie wyobrazić, że Jürgen Klopp pewnego dnia ogłasza, że każdy, kto uważa, że jest lepszym piłkarzem od obecnych piłkarzy drużyny Liverpool F.C., ma wysyłać pod odpowiednim adresem minutowe spoty, w których przedstawi swoje umiejętności, no i wtedy ów Klopp, trener drużyny, je oceni i najlepszych weźmie do zespołu? Przecież to jest taki idiotyzm, że mi brak słów, by go w jakiś szczególny sposób skomentować. Każdy z nas bowiem wie, że system – i to każdy tego rodzaju system – zorganizowany jest w taki sposób, że firma zatrudnia tak zwanych headhunterów, których jedynym zadaniem jest wyławiać z tego oceanu talentów talenty największe i ich najzwyczajniej w świecie zatrudniać. Jeśli więc ostatnio dowiadujemy się, że wspomniany Liverpool F.C. ściągnął do siebie jakieś dziecko z Ruchu Chorzów, to wiemy też przecież, że to się odbyło nie na takiej zasadzie, że został ogłoszony konkurs na minutowy filmik i ktoś uznał, że Chorzów wygrał. Przecież to jest całkowicie jasne.
A zatem czemu Rachoń wykonał ten ruch? Odpowiedzi są dwie. On jest albo tak głupi, że to jest właśnie ten poziom, albo on tworzy zwykłą grę pozorów, która sprowadza się do tego, by urządzić ten cyrk, a potem zatrudnić paru znajomych znajomych znajomych, i to oczywiście nie na tak zwany pierwszy seans, ale do obsługi tych, którzy tam już są od pewnego czasu.
Jeden z nich, gwiazda prawicowego dziennikarstwa, Stanisław Janecki, ledwie wczoraj na Twitterze obnażył tę intrygę z naiwnością dziecka, pisząc coś takiego: „Tak, strasznie się boję, nie mogę spać po nocach i jeść, że mnie wykoszą z zawodu posiadacze smartfona potrafiący zrobić minutowy filmik”, w sensie, jak się domyślamy, takim, że on te konkursy ma głęboko w nosie, bo i tak wie, kto jest kim. No i dobrze. My wiemy, że Janecki to głupek i gada, co mu się akurat we łbie ulęgnie, no ale, jak wiemy, w pewnych sytuacjach instynkt to podstawa, a taki Janecki wręcz instynktownie musi czuć, że to co wymyślił Rachoń to jakaś kpina. W końcu oni nie po to przez ostatnie lat udawali patriotów, żeby teraz ich z tego interesu wymiksowali jacyś specjaliści od „minutowych filmików na smartfonie”.
Już kończę. Wczorajszy dzień przyniósł nam coś jeszcze, a mianowicie tak zwany „twit-up z Prezydentem”, gdzie Michał Karnowski, czyli bardziej „cywilizowana” odpowiedź na Tomasza Sakiewicza, schlał się jak świnia, co następnie zademonstrował w swoich komentarzach na Twitterze, które stanowiły tak dramatyczny bełkot, że stały sie miejscami niezrozumiałe. Dziś Paweł Sito zapewnia mnie, że to nie wóda, tylko co innego. Co? Nie wiem. Chętnie bym uznał, że palce zgrabiały od mrozu, gdyby nie to, że mamy odwilż.
Bardzo mi przykro, ale jest fatalnie. Tomasz Lis wprawdzie zakończył swoją karierę w TVP, ale idzie nowe, a ja już czuję dreszcz zwyczajnego wstydu.

Zupełnie nieoczekiwanie, Instytut Wolności zdjął cenzorski zapis z mojego bloga w Salonie24. Czyżby takie wrażenie zrobiła na nich wczorajsza cyrylica?Wracamy więc do punktu wyjścia i patrzymy uważnie, co się będzie działo. Oczywiście, książki, jak zawsze, są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl

3 komentarze:

  1. Dzień Dobry! Powinienem najpierw napisać, że nie jestem antykomunistą i szeroko postawę taką uzasadniać, jeszcze kiedyś na portalu Nasza-Klasa wychyliłem się z taką deklaracją to miałem za swoje, bo okazuje się, że - dla wielu jak już nie jestem antykomunistą to pewnie jestem tym komunistą, co najmniej kryptokomunistą. Sprawa jest prosta jak ogon szczura wystarczy być po stronie prawdy i wtedy żadne anty deklaracje nie są potrzebne. Powróćmy do naszych baranów, otóż prezentowanie naszych postaw w oparciu o postawy naganne, wrogie, nieludzkie jest raczej łatwe ale niezmiernie płytkie i pokrętne, no bo jak tu rozwinąć myśl kiedy korzeń tej myśli zatruty. Opieranie się o zło to jak opieranie się pijanego o walący się płot. Nasi kochani, powtarzam nasi kochani publicyści często, nawet bardzo często w tym schemacie się poruszają. Ja bym chciał inaczej, tak jak np. rozmawiam z moimi dziećmi, kiedy zniecierpliwiony ich perorami kwituję te kwestie pytaniem, oznajmiasz czy pytasz, co ich raczej denerwuje. Otóż forma wypowiedzi jest ważna i czasami treść się zdelegalizuje lub zdezaktualizuje a forma broni się przez wiele lat. Niestety to są pobożne życzenia i dobrze, że tylko pobożne ale gorzej gdy były bez sensu. Odbiór.
    Pozdrawiam
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  2. @JP z Wr
    Kwestia interpretacji Ja bym był za tym, by deklarację "Nie jestem antykomunistą" traktować jako gest w stosunku do komunizmu conajmniej neutralny. Podobnie mam z faszyzmem i aborcją.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobry Wieczór.
    Nigdy w życiu neutralny, nie rozumiemy się, ponieważ to jest też Twoja metoda i nie tylko Twoja, bardzo zresztą powszechna, łatwizna - a szkoda, jest jeszcze inna nieznośna metoda uprzedzania spodziewanej krytyki i inne takie tam załapane nie wiadomo skąd chwyty.
    Pozdrawiam
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń