wtorek, 28 października 2014

O owsiakowym sercu i rozumie lodem skutym

Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy już kiedyś o tym nie wspominałem, ale ten dzień jest równie dobry jak każdy inny, by ową deklarację choćby i powtórzyć, że dla mnie udział w targach książki – każdych targach, nawet tych najbardziej nędznych, w Katowicach – jest najwyższą przyjemnością. Dzień spędzony na tym stoisku jest czymś tak intensywnie fascynującym, że niekiedy mam wrażenie, że nawet gdyby pomysł polegał na tym, że tymi książkami handluje się dzień i noc na okrągło, a czytelników jest zawsze mniej więcej tyle samo, ja bym nawet nie poczuł, że chce mi się spać, by nie wspomnieć o tym, że od tego stania bolą mnie już nogi. Stoję więc od rana do późnego popołudnia sprzedając te książki, no a przede wszystkim rozmawiając z choćby i tylko potencjalnymi czytelnikami, i nawet nie czuję, jak mija czas.
No i słucham Gabriela, który wciąż gada, gada i gada. Ja nie wiem, ilu z nas zna go od tej strony, ale trzeba nam wiedzieć, że Gabriel ma to do siebie, że kiedy pojawi się ktoś i zada mu jakiekolwiek pytanie, on już tylko opowiada, a robi to w taki sposób, że z każdej strony zaczynają przychodzić inni, przystają i go słuchają. I tak te opowieści się toczą przez pół godziny, godzinę, czasem nawet dwie, a on stoi i nie może przestać. Przyznaję, że dla mnie to nie jest sytuacja do końca komfortowa, bo mam wieczne wrażenie, że kiedy tam się odbywają te pogawędki, nie ma sprzedaży, choćby przez to, że cały front stoiska jest zapchany ludźmi i ktoś kto przechodzi obok nawet się nie zatrzyma, nie spojrzy co tam słychać, tylko pójdzie dalej, do jakichś bałwanów sprzedających złote myśli Adama Wielomskiego, czy historyczne opracowania na temat nałożnic papieży. No ale przynajmniej można na chwilę usiąść i dać odpocząć nogom.
No ale, jak mówię, targi to fantastyczna rzecz i gdyby one były organizowane co tydzień w innym miejscu w Polsce, ja bym tam regularnie jeździł i podpisywał te książki z najwyższą radością.
Jak już parę dni temu zeznał sam bohater tego zdarzenia, w sobotę w tym zebranym przed stoiskiem tłumie pojawiła się dziewczynka z wyciętym z jakiejś folii serduszkiem. Z początku, zajęty gadaniem Gabriel jej nie zauważył, natomiast ja – owszem, miałem na nią oko od samego początku. Ona tam stała, ładna, skromna, cicha, grzecznie uśmiechnięta i czekała aż będzie mogła podejść do „pana pisarza”. Wreszcie się jej udało, no i dalej było dokładnie tak, jak Gabriel opowiedział u siebie. A więc, ona poprosiła, by on to serduszko podpisał, a ona je wystawi na owsiakowej licytacji, no i Gabriel je podpisał.
A ja tylko powiem, że ja się od początku bałem, że on z jakiegoś powodu ją odprawi, informując ją, że on Owsiakowi nic nie będzie podpisywał, że jak ona ma życzenie niech idzie do tego nadętego buca Pilipiuka, który tam nieco dalej przebrany za chłopa pańszczyźnianego umiera z nudów, albo że niech się opamięta i przestanie zadawać z psychopatycznymi czarownikami. Dlaczego się bałem? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ona najprawdopodobniej z tego by zrozumiała tylko tyle, że ulubiony autor jej taty, to cham bez serca, a drugi, że to by zwyczajnie z jego strony było głupie i tanie, a ja bym bardzo nie chciał, by mój kumpel Gabriel wykonywał tanie i głupie gesty, bez żadnego sensu i korzyści.
Bałem się więc tego trochę, a z drugiej strony wiedziałem, że nie ma się czego bać, bo, wbrew temu co niektórzy sądzą, Coryllus to jest człowiek niezwykle inteligentny, grzeczny i przede wszystkim myślący. I podczas gdy ja świetnie wiem, na co go stać, gdy dochodzi do debat tu na blogach, gdzie „się psia nędza nikt nie oszczędza”, to nie ma takiej możliwości, że ktoś go przyłapie, jak biega po ulicach swojego Grodziska i zaczepia ludzi, których nie lubi, albo wdaje się w krwawe spory z nieznanymi sobie osobami, którzy w dodatku na owe spory nie mają najmniejszej ochoty.
Z reakcji, jakie zaobserwowałem w komentarzach pod tekstem, w którym opisał Gabriel swoje spotkanie z tym dzieckiem, wnioskuję, że dla części komentatorów sprawą oczywista jest, że Gabriel powinien był to dziecko przepędzić. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ich zdaniem bycie pryncypialnym nie znosi wyjątków i obowiązuje nawet w sytuacjach, gdzie owa pryncypialność nikogo, ale to dokładnie nikogo nie obchodzi i nikomu nie jest do niczego potrzebna. Po drugie, naturalnie (tak, tak – naturalnie!), dla nich to że to dziecko tam przyszło i podsunęło Gabrielowi pod nos tego Owsiaka, to była prowokacja uszyta na najwyższych poziomach Systemu. Tę dziewczynkę tam ktoś na Gabriela nasłał po to, by najpierw oczarowała go swoim bezpretensjonalnym urokiem, a następnie skompromitowała, jako nędznego cwaniaka bez zasad. A on, głupi, dał się na to zagranie nabrać.
Powiem uczciwie, że mało jest rzeczy, które mnie tak irytują, jak ten rodzaj zacietrzewienia, czy może obłędu. Żeby przybliżyć nieco sprawę opowiem pewną angdotę. Otóż czytałem kiedyś u Boba Greena historię o tak zwanym „tylenolowym zabójcy”. Na przełomie lat 70 i 80 w okolicach Chcago ktoś – prawdopodobnie związany z produkcją, czy może dystrybucją tabletek przeciwgorączkowych o nazwie „tylenol” –zatruł cyankiem potasu pewną partię towaru i w związku z tym zmarło siedem osób, w tym mała dziewczynka o nazwisku Mary Kellerman. W ramach śledztwa prowadzonego przez FBI – swoją drogą do dziś bez sukcesu – Greene został poproszony o napisanie specjalnego felietonu, który miał sprowokować zabójcę do ujawnienia się. Tekst o którym mówię jest już tylko opisem całej przygody, o tym, jak Greene spotyka się z agentami, jak odwiedza z nimi rodziców dziewczynki i jak to co się stało widzi. W pewnym momencie, widząc, jak agent FBI zaczyna się angażować w sprawę już nie tylko na poziomie zawodowym, ale jako zwykły, współczujący człowiek, pyta go o to, a ten mu odpowiada mniej więcej tak:
Czasem, kiedy pozwolisz, by to czym się zajmujesz zawodowo, definiowało całe twoje życie, przestajesz robić rzeczy, które powinieneś robić, jako człowiek”.
Przyznaje, że sam mam swoje obsesje i jestem gotów w ich imię walczyć do ostatniej kropli krwi, ale jednocześnie potrafię mieć na uwadze proporcje i nie robić z siebie durnia na każdym możliwym poziomie. Dlaczego? Dlatego przede wszystkim, że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że w momencie gdy wszystko jest równie ważne, tak naprawdę z pewnego punktu widzenia to wszystko też nagle staje się całkowicie bez znaczenia. Jeśli mam się angażować w jakąkolwiek sprawę, mam się w nią angażować całym sobą, a jeśli mam to robić całym sobą, to muszę też mieć świadomość, że sprawa jest tego warta. Przepraszam bardzo, ale – jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu – ja walczę z Owsiakiem i tymi, którzy go prowadzą, by nam zawrócić w głowie, a nie z tymi dziećmi, które stoją każdego roku pod moim kościołem z puszkami i się tak fatalnie dają wykorzystywać. I jeśli im do tych puszek nic nie wrzucam, to nie drę na nich jednocześnie mordy, nie spluwam pod nogi, nie robię im wykładów, których one ode mnie w ogóle nie oczekują, tylko grzecznie mówię „dziękuję” i idę w jedną, lub w drugą stronę. A przede wszystkim, nawet mi przez myśl nie przeleci, że któreś z nich to tajny agent blogerów Sowińca i Gadowskiego, którzy w ten sposób próbują mnie skompromitować. Ludzi, którzy zachowują się w ten sposób nie znoszę i staram się jak mogę tępić.
Podczas targów miałem część z nich pod samym nosem, a mam tu na myśli osoby przewijające się przez stoisko oferujące tak zwane „treści patriotyczno-narodowe” – to tam właśnie widziałem tego Wielomskiego z czymś co się bezczelnie tytułowało „Dekalogiem konserwatysty”. Ponieważ jestem dziś w nastroju niemal pacyfistycznym, nie powiem, jak oni wyglądali, zaczynając na autorach, a na tych dwóch ponurych sprzedawcach kończąc, wystarczy że powiem, że na moje wyczucie, gdyby to dziecko z owsiakowym serduszkiem podeszło tam do nich, zamiast do Gabriela, to oni najpierw zaczęliby się dymić, potem skwierczeć, a następnie stanęli w płomieniach. I to wcale nie dlatego, że są tacy wrażliwi na moc Szatana, ale odwrotnie – bo sami są wypełnieni złem i kłamstwem. To są ludzie, którzy nie mają w życiu żadnego innego celu, poza stałym demonstrowaniem swojego przekonania, że idea to życie, a robiąc to, są tak zawzięci, tak okropnie poważni, tak gotowi, by w tej demonstracji polec, że już nawet nie wiedzą, jak się uśmiechać. I tu, moim zdaniem, nie różnią się niczym od choćby tych najbardziej ogłupiałych nieprzyjaciół Polski, którzy dzień w dzień, od ponad już dziesięciu lat wydzwaniają do „Szkła Kontaktowego”, by wyłącznie pluć i szydzić. A kiedy już im owych szyderstw i śliny nie starcza, biorą w ręce kije, lub coś jeszcze gorszego i ruszają z misją prawdziwą. I mam wrażenie, że to z nich się wywodzą ci, co przez cały boży weekend tłumaczyli Gabrielowi pod jego notką, jak on powinien był potraktować to dziecko z owsiakowym sercem.
Staliśmy przez te trzy dni na stoisku Coryllusa, sprzedawaliśmy książki, a z ścianą słychać było tę ponurą ciszę. Od czasu do czasu zaglądałem tam ukradkiem, by zobaczyć, co się dzieje, ale tam wciąż było to samo, a więc tak zwana załoga, plus od czasu do czasu jacyś młodzieńcy z bródkami w garniturach i te podręczniki dla „prawdziwych konserwatystów”. W pewnym momencie podeszła do mnie pewna pani, która głównie się tam udzielała, najpierw poinformowała mnie, że ma do mnie pretensje o to, jak ja przed laty potraktowałem Artura Zawiszę, a potem sobie poszła. A ja powiedziałem Gabrielowi i Tomkowi, że ja już od dawna mam ochotę napisać jakiś tekst, w którym udałoby mi się tak do końca powiedzieć, za co ja tych owych „konserwatystów” nie znoszę, i dlaczego uważam, że oni są najgorsi, tyle że nie umiem znaleźć na ów tekst metody. Kiedy siadałem do dzisiejszej notki, jak to często bywa, nie wiedziałem, co z niej powstanie, ale nie wykluczam, że jakimś cudem mi się udało.

Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl mamy całą kupę fantastycznych książek, starych, nowych i zupełnie najnowszych. Szczerze polecam, a tych którzy juz wszystko mają, a prezenty porozdawali, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. To już ostatnie dni. Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz