piątek, 3 października 2014

O tym, jak bioetyk Hartman ujrzał prawdę i zwariował

Poniższy tekst, w wersji znacznie okrojonej, a więc zmniejszonej do zwyczajowych 444 słów, znalazł się, jako mój stały felieton, w „Gazecie Warszawskiej”. Tu jednak mamy miejsce na szerszy oddech, a więc też znacznie więcej słów, no i parę dodatkowych refleksji. Proszę więc uważać:

Od paru dni media żyją wypowiedzią znanego nam wszystkim człowieka nazwiskiem Jan Hartman, który na swoim blogu na portalu polityka.pl wyraził opinię, że czas rozpocząć debatę odnośnie legalizacji związków kazirodczych. Sam Hartman wprawdzie – zgodnie ze znaną nam skądinąd bolszewicką tradycją, polegającą na przebieraniu zwykłej podłości w szaty cnoty – zastrzega się, że on osobiście wcale kazirodztwa nie popiera, niemniej uważa, że świat tak się rozwija, że tematu nie unikniemy, no i takie tam, ale my swój rozum mamy i doskonale wiemy, w czym rzecz. Z owym brakiem poparcia akurat zresztą sprawa nie jest tak do końca jasna, bo w swoim tekście, niemal na jednym oddechu, stwierdza Hartman, że „być może piękna miłość brata i siostry jest czymś wyższym niż najwznioślejszy romans niespokrewnionych ze sobą ludzi?", co by akurat świadczyło o tym, że coś mu tam jednak po głowie chodzi, no ale załóżmy, że on faktycznie jest wyłącznie dociekliwym naukowcem, który lubi sobie poteoretyzować. Przyjmijmy naiwnie, że Hartman w istocie rzeczy wcale nie uważa, że piękna miłość brata i siostry (czytaj: seks między tym dwojgiem) jest ponad choćby najwznioślejszy romans ludzi nie będących w związkach rodzinnych, ale jako filozof i intelektualista pełną gębą, w dodatku o mocno lewicowych korzeniach, chce sobie wyłącznie pogadać na ciekawe tematy.
Zanim spróbujemy rozwikłać tę zagadkę, może najpierw jednak, by mieć pewność, że każdy z nas wie, że nie ma do czynienia z jakimś wariatem, który spędza wolne godziny na buszowaniu po krakowskich Plantach i wyszukiwaniu młodych dziewcząt, przed którymi może się bezkarnie obnażyć, ale z autentycznym bohaterem naszej publicznej debaty, rzućmy okiem na to, kim jest ów Hartman, jako osoba publiczna, a w pewnych środowiskach wręcz celebryta. Otóż wedle informacji podanych przez Wikipedię, Jan Hartman to: „polski filozof i bioetyk, profesor nauk humanistycznych, wydawca i publicysta, nauczyciel akademicki, polityk, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego”. Ja wprawdzie nie bardzo wiem, co to znaczy „bioetyk”, jednak, jak widzimy, nawet jeśli Hartman to wariat, to z pewnością nie pierwszy lepszy. No a ten KUL na końcu też, przyznać trzeba, robi pewne wrażenie. Szczęście tylko, że tam nie jest napisane, że on był ulubionym studentem Karola Wojtyły.
Wypowiedź Hartmana, jak już zauważyłem wcześniej, wzbudziła wśród opinii publicznej pewne zainteresowanie, a czasem nawet i coś więcej; wystarczy powiedzieć, że sam wspomniany wcześniej portal polityka.pl, gdzie on prowadzi swój blog, gdzie też opublikował ów apel o dyskusję na temat czy „piękna miłość…” i tak dalej i gdzie głoszenie poglądów powszechnie uznawanych za obłąkane traktowane jest jako norma, uznał słowa Hartmana za zbyt ekscentryczne i wpis usunął. Ja jednak, jako osoba dociekliwa, a poza tym, próbująca zawsze we wszystkim znaleźć coś, co inni przegapili, chciałbym zwrócić uwagę na jeden, moim zdaniem, niezwykle znaczący fragment wypowiedzi Hartmana. Otóż w pewnym momencie, argumentując, że tak naprawdę ciężko jest znaleźć racjonalne argumenty przeciwko związkom kazirodczym, zwłaszcza że ich biologiczna szkodliwość pozostaje kwestią dyskusyjną (swoją drogą ciekawe, że tak mądry i oczytany człowiek nie słyszał o wyspie Tristan da Cunha), pisze on coś takiego: „Wszystko, co mamy na podorędziu, jest natury religijnej i obyczajowej”.
I ja od razu pragnę wszystkich czytelników przeprosić, ale tu akurat uważam, że Hartman ma rację i, przyznaję, że w sposób bardzo przewrotny, ale jednak, chciałbym się za nim, w tej niezwykle dziś dla niego trudnej sytuacji, wstawić. Tak naprawdę bowiem, argumenty przeciwko nie tylko związkom kazirodczym, ale również kłamstwu, morderstwu, oszustwu, zdradzie, niewdzięczności, chciwości i tak dalej i tak dalej, są natury niemal wyłącznie religijnej i obyczajowej. Mam wręcz wrażenie, że nawet nasze niedawne oburzenie na postępek pisarza Karpowicza, który pożyczył pieniądze od kobiety, której świadczył usługi seksualne, a jakby tego było mało, postanowił długu nie zwrócić, ma podłoże religijne i obyczajowe, a nie praktyczne. Tu tak naprawdę bowiem nie ma już nic więcej.
Załóżmy, że gdzieś na świecie żyje plemię, którego odwieczny obyczaj każe dzieciom mordować swoich rodziców, i to w dodatku w sposób rytualnie okrutny, kiedy którykolwiek z nich na przykład straci podstawową sprawność fizyczną. Przyznaję, że nie wiem, czy gdzieś na naszym ogromnym świecie tak się dzieje, ale zakładam, że owszem, a to z tego jednego, prostego powodu, że ja autentycznie nie widzę żadnego argumentu za postepowaniem odmiennym, a więc za litowaniem się nad biednym, schorowanym człowiekiem, jeśli z tego nie ma ani serka, ani mięska, poza jednym – religijnym i obyczajowym. A to jest przecież tylko jeden przykład. Jeśli przestudiujemy różnego rodzaje kodeksy sformułowane przez chrześcijaństwo, będziemy z całą pewnością wiedzieli, że nie należy zabijać, kłamać, zazdrościć, obżerać się, pysznić, cudzołożyć, czy kraść. Natomiast jeśli uznamy, że te wszystkie przykazania są wyłącznie bajką i niczym więcej, to ja nie widzę najmniejszego powodu, by się nimi w ogóle przejmować. Bo świat, w którym żyjemy, jest już tak skonstruowany, że nawet jeśli ktoś twierdzi, że nie wierzy w Boga, a wszelką tradycję traktuje bardzo elastycznie, to jeśli uważa, że na przykład ojca i matkę należy szanować, a w niedzielę wypoczywać, to czyni to wyłącznie z przyczyn religijnych i obyczajowych. Bo, jak bardzo słusznie twierdzi Hartman, innych tu najzwyczajniej na świecie nie ma.
Wypowiedź Hartmana na temat kazirodztwa wskazuje więc moim zdaniem na to, że on, po wielu latach filozofowania, dokonał dla siebie bardzo ważnego odkrycia, tego mianowicie, że jeśli uznajemy, że Boga nie ma, to stąd jest już tylko prosta droga do pełnej konsekwencji konkluzji, że wolno wszystko. I oczywiście, ta myśl go musiała nieco przerazić, i stąd pewnie uznał za konieczne się zastrzec, że on wcale nie popiera owych związków kazirodczych, ale tak tylko nagle sobie pomyślał, że warto by było może o nich podyskutować. Niemniej, moim zdaniem, Jan Hartman, profesor, filozof i bioetyk wszedł niespodziewanie dla siebie na całkowicie nową drogę, a ona albo doprowadzi go do świętości, albo do ostatecznego samounicestwienia. Jestem pewien, że już niedługo się o tym przekonamy. Mam tylko nadzieję, że pierwszą ofiarą tego eksperymentu nie padnie córka Hartmana o pięknym imieniu Zosia.

Wszystkich tych, którym powyższy tekst się spodobał, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Czasem mam nieskromne wrażenie, że w dzisiejszej Polsce innej literatury zwyczajnie nie ma. Niezmiennie też proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

4 komentarze:

  1. Hartman jest wysoko postawionym czlonkiem masonskiej organizacji B'nai Brith i realizuje ich postulaty. Jedzie na zebranie, dostaje wytyczne i realizuje. Proste. Kazirodztwo teraz to modny temat w UE - w Szwecji juz zalegalizowali, w Niemczech maja niebawem zalegalizowac, a w Polsce oddelegowali Hartmana żeby zbadal teren i rozpoczal oswajanie ludzi z tematem. Bo nie ulega watpliwosci, ze po legalizacji zwiazkow gejowskich i oswojenia ludzi z gender, kazirodztwo bedzie nastepnym wyrazem "postepu" w nadążaniu za Europa.

    OdpowiedzUsuń
  2. @anglea
    "Wysoko postawionym"? Ty chyba straciłas kontakt z rzeczywistością.

    OdpowiedzUsuń
  3. W przypadku polskiej sekcji tej organizacji - tak. Przez wiele lat byl zastepca szefa BB na Polske.

    OdpowiedzUsuń
  4. @angela
    Rzeczywiście. Strasznie wysoko. Z ilu oni musieli wybierać?

    OdpowiedzUsuń