czwartek, 16 października 2014

O tym, jak postanowiliśmy wygrać wybory z prof. Religą

Nie wiem, jaki los czeka tygodnik „W Sieci”, kiedy już Prawo i Sprawiedliwośc przejmie władzę, no i, jeśli zachowa swoją pozycję, jaki poziom będzie prezentowało, póki co jednak, z tego co obserwuję, oni przed nakreślonym przez mnie rozwojem sytuacji, a więc zwycięstwem PiS-u bronią się przysłowiowymi zębami i pazurami. I, powiem szczerze, to mnie nie dziwi. Przecież wystarczy spojrzeć na poziom owej publicystyki, by widzieć, że poza tym kabaretem, z którym mamy dziś do czynienia, już nic innego nie potrafią. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że oni sami wiedzą to najlepiej.
Paradoksalnie, sytuacja w jakiej ja się znajduję jest bardzo podobna. Wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński zostaje premierem, z bezwzględną parlamentarną większością wspierającą rząd, któremu on przewodzi, a ja, co w tej sytuacji mam robić? Niszczyć ludzi, których on, Kaczyński, wyznaczył na ministrów, oraz całe to towarzystwo, które niewątpliwie będzie funkcjonowało, jako grupa medialnego wsparcia Rządu Wybawienia Narodowego, a tym samym wciąż się narażać na kolejne komplementy ze strony całej tej bandy złoczyńców, którzy po tylu latach wreszcie zostali odsunięci od władzy, a dziś zaczynają na nowo przebierać nogami, by ponownie dostać to, co zawsze uważali za swoje? A może ja wtedy zostanę jakim anarchistą i będę głosił tę jedną prawdę, że urzędy mają zostać zburzone, a władza powinna zostać przekazana ulicy? A może będę po prostu robił to co robię dziś, a więc stawał na środku tej ziemi i krzyczał wzorem Travisa z filmu „Taxi Driver”: „Listen you fuckers, you screwheads!” Może tak. A zatem trzeba uznać, że ja tu jednak jakieś pole manewru jeszcze mam. Z nimi jest znacznie gorzej.
Mimo że ostatnio wszyscyśmy tu w domu jakby stracili serce do regularnego kupowania tygodnika „W Sieci”, ostatnio się złamałem, i kiedy z zapowiedzi w portalu wpolityce.pl usłyszałem, że oni trafili na jakieś stare komentarze Ewy Kopacz, która w rzekomo okropnie brutalny sposób niszczyła dziś już nieżyjącego Zbigniewa Religę i że owe rewelacje są do tego stopnia rewelacyjne, że postanowiono z nich zrobić okładkowy temat numeru, ruszyłem do kiosku z gazetami i dałem im te 5,90. No i faktycznie, sama już okładka krzyczy wielkim, kolorowym fotoszopem, na którym z jednej strony widzimy dobroduszną twarz Profesora, a z drugiej tego belfegora z wyeksponowaną sztuczną szczęką i groźnie uniesionym zaczerwienionym pewnie od ciągłego obgryzania paluchem. No ale na to machnąłem ręką: w końcu, jak to dziś ładnie zauważył Coryllus, mamy już tylko „prawdę czasu i prawdę sprzedaży”, a mnie przecież interesuje samo mięso, a więc wybity wielkimi literami tytuł „Jak Ewa Kopacz niszczyła Religę”.
Zaglądam do środka i tekst faktycznie jest, poprzedzony nazwiskiem autorki Mai Narbutt i jeszcze piękniejszym niż na okładce Profesorem, a w nim normalna historia życia i kariery Zbigniewa Religi, od czasów, gdy on był jeszcze studentem i podejmował pierwsze decyzje co do swojej przyszłej specjalizacji, przez pierwszy przeszczep, po budowę tego swojego Centrum, no i aż po czasy ostatnie, kiedy to umierał jako minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Żadnych rewelacji. Można by było nawet powiedzieć, że red. Narbutt pisząc swój reportaż zebrała różne informacje, które były dostępne przez te wszystkie lata na temat Profesora i zrobiła z nich syntezę na te trzy czy cztery strony. No może tylko bardziej niż inni zaakcentowała to, że Profesor był ciężkim cholerykiem i jako szef potrafił naprawdę dokuczyć. Jest na przykład historia – do której jeszcze w dalszej części tych refleksji powrócę – o tym, jak dziś słynny kardiochirurg Bochenek, wdowiec po zamordowanej w Smoleńsku Krystynie Bochenek, prosił Religę, wówczas jeszcze swojego szefa, by mu pozwolił pójść do szpitala do żony, która akurat rodziła, a ten go zrugał, że ma się nie opieprzać i brać do roboty, i wiedzieć, że kobiety sobie świetnie w takich sytuacjach radzą, bez pomocy rozhisteryzowanych mężów… no i go nigdzie oczywiście nie puścił. Poza tym jednak tam już nie ma nic.
No niemal nic. W końcu przecież tytuł z okładki zobowiązuje, prawda. Oto faktycznie okazuje się, że Ewa Kopacz Religi bardzo nie lubiła i go notorycznie gnoiła. Pisze Narbutt;
Był przez Kopacz faulowany i atakowany w sposób chamski, trudno użyć innego słowa. Używała argumentów ad personam, obrzydliwych i zupełnie nietrafionych.[…] Niechęć Kopacz do Religi wykraczała nawet poza poetykę walki politycznej. Można było odnieść wrażenie, że odreagowywała jakieś kompleksy”.
Może jakieś przykłady? Wypadałoby przecież, pomyśli ktoś, podać teraz ów zestaw chamskich fauli, tak żeby wyborcy przy najbliższej okazji wiedzieli, co to za swołocz ta Platforma. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tylko jeden cytat, jak to Ewa Kopacz któregoś dnia określiła Zbigniewa Religę mianem „jednego z najbardziej leniwych ministrów”. I to wszystko. Tam nie ma nic więcej. Ja oczywiście pamiętam, jak ona to powiedziała i pamiętam pewne oburzenie, jakie te słowa wywołały głównie jednak nie przez to, że ponieważ każdy znał Religę, jako autentycznego pracoholika, Kopacz najzwyczajniej w świecie mogła się tu zamknąć, ale przez to, że już wtedy mówiło się, że on jest chory, więc siłą rzeczy może robić wrażenie mało aktywnego. No ale, przepraszam, bardzo, czy to faktycznie już było wszystko? Kopacz ogłosiła, że jako minister Religa się obija i to jest powodem robienia przez tygodnik „W Sieci” tematem swojego numeru chamstwo Kopacz? Pisze red. Narbutt, że kiedy Religa posłyszał, jak Kopacz nazwała go leniem, „był wstrząśnięty” i skarżył się współpracownikom, że on by łatwiej zniósł, gdyby ona nazwała go „bandytą, pijakiem, łapownikiem”, a ja rozumiem, że podobnie redakcja „W Sieci” w takim wypadku na temat numeru wybrała już coś innego. Gdyby Kopacz powiedziała o Relidze, że to „bandyta, pijak i łapownik”, my byśmy jej to darowali. No ale leń?
Ja tu trochę sobie ironizuję, ale rzecz jest jak najbardziej poważna. Donald Tusk pojechał do Brukseli, System na stanowisko premiera powołał tę dziwną kobietę, Polska się sypie, Prezydent pisze do siebie listy z prośbą o objęcie patronatem budowy pomnika w ofiar Smoleńska, za pasem seria wyborów, które polska prawica planuje wygrać, a największy prawicowy tygodnik opinii publikuje wielki propagandowy tekst nie dość że dotyczący sprawy tak małej, że nawet przez mikroskop jej nie widać, to w całości zbudowany na niczym nie podpartych insynuacjach. Oczywiście my wszyscy raz że Kopacz znamy, a przede wszystkim dobrze pamiętamy najświeższą historię, więc jesteśmy w stanie natychmiast dostarczyć cały zestaw dowodów na to, jak Platforma Obywatelska i jej politycy – nie tylko Kopacz – profesora Religę traktowali. No ale rozumiem, że ten tekst redakcja tygodnika kieruje nie do nas najbardziej, ale do tych, których chciała do czegoś przekonać. Otóż rzecz w tym, że jeśli przekonała, to tylko do czegoś kompletnie niezamierzonego, a mianowicie do tego, że z tego Religi to tak naprawdę był kawał s…syna. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Otóż ja już gdzieś, z relacji bliskich mi osób, wiem, jak najprawdopodobniej została odebrana informacja o tym, jak to Religa nie pozwolił Bochenkowi pójść do swojej właśnie rodzącej żony. Reakcja tu musi być jednoznaczna i opisałem ją w zakończeniu poprzedniego akapitu. Mamy tu zresztą jeszcze coś. Wszyscy wiemy, że Krystyna Bochenek, kobieta która wtedy rodziła i nie mogła się doczekać wsparcia ze strony męża, wiele lat później zginęła w Smoleńsku obok prezydenta Kaczyńskiego. No i wiemy też, że to była ta miła pani, która organizowała olimpiadę ortograficzną i wszyscy ją kochali. A biedny dr Bochenek do dziś pewnie pamięta, stojąc nad grobem swojej ukochanej żony, jak to kiedy ona im rodziła dziecko nie mógł przy niej być, bo Religa, wielki profesor i pasjonat swojej pracy, nie miał wystarczająco dużo serca. I nikt z tego nie będzie wiedział już nic, ani o Relidze, ani o Krystynie Bochenek, ani przede wszystkim może o dr Bochenku, o którym, jako o surowym szefie, ludzie, którzy go znają mają dziesiątki jeszcze bardziej ciekawych niż ta historii do opowiedzenia. Z kolejnej przedwyborczej zagrywki braci Karnowskich zostanie im tylko jedno: ta Kopacz wcale nie jest taka najgorsza, natomiast o Relidze warto by było pogadać.
Ja nie wiem, który to już raz stawiam to pytanie: czemu oni to robią? Czy oni przeprowadzili wcześniej jakieś badania wśród swoich czytelników i im wyszło, że to w większości są takie barany, że oni się nawet nie muszą bardziej starać, by każdy bez najmniejszych oporów ten ich kit łyknął i poprosił o więcej, czy może faktycznie jest tak, jak już raz zdarzyło mi się pomyśleć, że oni to robią wyłącznie po to, by PiS znów przegrał i by oni nie musieli zmieniać tego, co im tak dobrze od lat już służy? Faktem jest, że to co się dzieje na tak zwanym odcinku propagandy woła o pomstę do nieba. I to na szczęście z każdej strony. Dziś na przykład, idąc z psem na spacer, zobaczyłem wielki billboard reklamujący kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta Katowic, na którym z jednej strony widać jakiego odpicowanego w garniak i rozchełstaną koszulę sutenera, a z drugiej napis: „Katowice. Miasto dla ludzi” i od razu sobie pomyślałem, że może nie jest tak źle. Tyle że co z tego, prawda?
Książka o Diable poszła do druku. Nasz ksiądz Rafał Krakowiak napisał do niej piękną i bardzo dla mnie uprzejmą przedmowę. Oto jej fragment:
Martin Scorsese w 1976 roku zrealizował film p.t. Taksówkarz (Taxi Driver). Przedstawił w nim historię Travisa (granego przez Roberta De Niro) – młodego, niezbyt bystrego weterana wojny w Wietnamie, który pracując jako nocny taksówkarz, zmuszony był obcować ze złem wypełzającym nocą w miasto. Travis komentował to następująco:Nocą wyłażą wszystkie zwierzęta. Kurwy, alfonsy, pedały, transwestyci, narkomani, dilerzy. Pewnego dnia spadnie prawdziwy deszcz i zmyje cały ten brud.
Travis chciał w jakiś sposób na to zło reagować, ale w swej prostocie nie wiedział jak. Sądził, że powinna się tym zająć władza, jakiś prezydent, czy ktoś w tym rodzaju, bo przecież nie można pozwolić, by zło się panoszyło. Złem, które najbardziej Travisa poruszyło, była sprawa Iris (granej przez Jodie Foster). Dziewczyna ta nie miała jeszcze 13 lat. Uciekła z domu i wpadła w łapy Sporta (Harvey Keitel), nowojorskiego alfonsa, który najpierw dziewczynkę w sobie rozkochał, a potem zrobił z niej prostytutkę. Jedna z najmocniejszych (i najbardziej obrzydliwych) scen w tym filmie to ta, gdy Sport z czułością przytula Iris i zapewniając o swej do niej miłości tańczy z nią przekonując, że to co dziewczynka robi na ulicy nie jest wcale złe. Chwilę potem Sport oferuje Iris klientom zapewniając, że mogą z nią zrobić co zechcą, oczywiście za wyjątkiem jakichś brutalniejszych akcji.
Travis nie mógł tego znieść. Ponieważ ci, od których oczekiwał działania byli bierni, a tzw. zwykłych ludzi to nie obchodziło, wziął sprawy w swoje ręce. Kupił broń, zrobił sobie na głowie irokeza, a potem zabił Sporta i jego pomagierów.
Ten film robi olbrzymie wrażenie, zwłaszcza jeśli zestawimy jego treść z naszymi polskimi historiami, a szczególnie tymi historiami, którym przyglądamy się poprzez twórczość Toyaha.
By to dobrze zrozumieć trzeba wreszcie wskazać (a czynię to z wielką niechęcią) na TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. poszerzyć przestrzeń obecności zła.
Gdy spytamy Travisa gdzie jest zło, odpowie nam, że zło się ukrywa, ale nocą jest widoczne jak na dłoni w tych kurwach, alfonsach, ich klientach itd: Wychodzisz i czujesz ten smród. Wszędzie się unosi. Można dostać bólu głowy.
Gdy spytamy Osiejuka gdzie jest zło, odpowie nam, że „po Smoleńsku” zło już się nie ukrywa. Jeśli ktoś chce może je dostrzec w całej okazałości, bo zostało odkryte (albo samo się ujawniło). Zło skrywające się kiedyś pod osłoną nocy, dokonało agresji na światło dnia, potem na to co dla nas święte i drogie, a w końcu na nasze dusze.
TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. podeptać to co bezbronne i słabe.
Gdy spytamy Travisa co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go Sport, bo wykorzystuje nieletnią. Wkurza go także Iris, bo jest frajerką: idzie z każdym degeneratem i śmieciem, i sprzedaje się za nic dla jakiegoś alfonsa, który czeka w korytarzu. I jeszcze uważa – pieprząc się z żulami i mordercami – że to fajne.
Gdy spytamy Osiejuka co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go mniej więcej to samo co Travisa, tyle tylko, że „po Smoleńsku” nie chodzi już o jakąś Iris i jakiegoś Sporta, ale o wszystkich Polaków, bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji chce z nich wszystkich zrobić (bo jest okazja!) kurwy i alfonsów, a oni – nieszczęśni, zaczarowani lub zahipnotyzowani – albo tego nie widzą, albo uważają, że to fajne”.
Mnie jest oczywiście bardzo miło, że ksiądz Krakowiak, pasterz mojej duszy i przyjaciel, tak o mnie dobrze myśli, że kiedy czyta te teksty, to mu się przypomina film „Taxi Driver”, i nie ukrywam, że w tej jego diagnozie coś jest. Ja bym tu jednak chciał wrócić do myśli, która się już tu pojawiła wcześniej i dotyczy nieco innego fragmentu z tego filmu. Oto Travis staje na środku ubitej ziemi i woła „Listen you fuckers!” Ja wbrew pozorom wcale nie nawołuję do tego by strzelać. Wystarczy kazać im słuchać. No ale do tego trzeba mieć serce, a nie myśli skupione na tym, jak idzie sprzedaż.

A propos sprzedaży: idzie zupełnie dobrze. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Na razie wciąż bez książki najnowszej, ale daję słowo, że jest w czym wybierać. Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. jesteśmy w sytuacji tak dramatycznej, jak to dawno sie nam nie zdarzyło i musimy jeszcze przetrwać miesiąc.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.