piątek, 17 października 2014

O ludziach z misją, o fałszowanych wyborach i o nas kundlach

O Macieju Pawlickim, człowieku od lat związanym przede wszystkim z polską branżą filmową, a ostatnio – zapewne głównie dzięki temu, że on okazał się nagle „nasz” – również dziennikarzu, pisałem tu dosłownie raz. Poszło o jego tekst, opublikowany jak najbardziej w tygodniku „W Sieci”, a poświęconym serii niewyjaśnionych samobójstw osób mniej lub bardziej związanych z badaniem przyczyn Katastrofy Smoleńskiej, a dokładnie o ostatni owego tekstu akapit. Pisze tam Pawlicki tak:
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?
Co mnie w zachowaniu Pawlickiego tak poruszyło? Wbrew pozorom, wcale nie to, że on zamiast normalnie użyć nazwy „Polska” zdecydował się na ów ruski żart w postaci „Priwiślańskiego Kraju”. Ja doskonale zdążyłem poznać stan umysłów tych ludzi, ich wrażliwość, poczucie humoru i zwykłą inteligencję, by się zatrzymywać nad tego typu bzdurami. Poszło o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o sposób, w jaki Pawlicki staje nad nami z batem i woła, byśmy się wzięli do roboty, bo Ojczyna w niebezpieczeństwie i w dodatku jeszcze nam grozi, że jeśli dalej będziemy się tak opieprzać, to on rozgłosi, że nie jesteśmy żadnymi Polakami, ale „kundlami”. Czy moim zdaniem nam się nie należą tego typu słowa? Tego nie powiedziałem. Ja sam na tym blogu wielokrotnie miałem okazję, i ją często bardzo bezpośrednio realizowałem, by wyrazić swoje pretensje o to, jak my się fatalnie prowadzimy wobec tego, co się w Polsce – a przecież już w tej chwili nie tylko w Polsce – dzieje. Rzecz jednak w tym, że to iż owe ciężkie słowa padają z ust kogoś takiego jak Pawlicki, a więc człowieka, który najpierw przez całe lata to co dziś przeżywamy budował, potem na to swoje dzieło bezczynnie patrzył, a teraz nagle struga ważniaka i nam mówi, że mamy walczyć, bo inaczej znów okażemy się niegodni, stanowi bezczelność najwyższej miary. Wystarczy przejrzeć dowolny numer tygodnika „W Sieci”, by zobaczyć, jak oni, a więc absolutnie pierwsza liga prawicowego dziennikarstwa, walczą; wystarczy rozejrzeć się wkoło i zobaczyć wymierne efekty tej walki; wystarczy spróbować znaleźć tam choćby jeden tekst, choćby jedną myśl, w jakikolwiek sposób zmieniającą tę nędzną rzeczywistość na lepsze; wystarczy to, by wiedzieć już na sto procent, że tam jest już tylko ciężka gnuśność i zimna obojętność. I na to przychodzi Pawlicki i zaczyna podnosić głos w naszą, nie w swoich kumpli z tygodnika i okolic, ale w naszą stronę, żebyśmy się wzięli za siebie, bo System zamorduje kolejnego człowieka. Oczywiście, jak to mamy robić, tego nam Pawlicki nie powie, raz że sam nie wie, a dwa, że jest tak pyszny w tym swoim przywództwie, że przecież nie będzie się zniżał do tego, by nas instruować.
I teraz się okazuje, że tak jak tam każdy odgrywa rozpisane role, a więc Mazurek z Zalewskim, Dorota Łosiewicz, Jan Pietrzak, ten jakiś Kiersun, Makowski, Fesusette, Makowiecki, a ostatnio już nawet Warzecha, robią jaja i kabaret, Karnowscy przeprowadzają wywiady z „naszymi”, cała kupa specjalistów od kultury na czele z wdową po Andrzeju Łapicki, Adamskim, Ladą i Ciesielskim, zajmują się reklamą i sprzedażą, a grupa mniej już ważnych nazwisk coś tam bredzi o polityce i społeczeństwie, Maciej Pawlicki jak się wydaje przyjął na siebie rolę tego, który rozdziela ogień i organizuje ruch. Ostatnio w artykule redakcyjnym wezwał nas do opamiętania prosto i po żołniersku postawionym pytaniem: „Czy pozwolimy sfałszować wybory?”
I tu znów mógłbym się zapytać, tak jak to zrobiłem poprzednim razem, czy Pawlicki mówi to do mnie, czy może do swoich kumpli redaktorów i artystów filmowców, lub zapewne osobiście mu znanych polityków. No bo jeśli do mnie, to przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że on się już poczuł tak mocno, że się w tej bezczelności zwyczajnie zatracił. Czy on naprawdę właśnie uznał, że władza fałszuje wybory i postanowił w tej sprawie zorganizować pospolite ruszenie, by każdy z nas przy najbliższej okazji pędził do najbliższych komisji wyborczych z aparatem i robił zdjęcia protokołom, bo jak nie, to my już zawsze będziemy tymi „kundlami”? Przepraszam bardzo, ale czy on tam też z nami pójdzie, czy może akurat będzie zajęty czymś innym?
W lipcu 2010 roku, tuż po wyborach, w wyniku których prezydentem został ogłoszony Bronisław Komorowski, zamieściłem na swoim blogu tekst pod tytułem „O burych sukach na poważnie”, gdzie moim zdaniem od początku do końca wykazałem, że wybory te zostały sfałszowane. Pamiętam, że kiedy przedstawiłem swoje wyliczenia, rozgorzała bardzo gorąca debata, z której do dziś pamiętam słowa mojego kumpla Lemminga, który mi napisał, że jeśli rzeczywiście było tak, jak ja mówię, to jesteśmy ugotowani. Dlatego, że nawet taka zbrodnia jak smoleńska, może w końcu zostać wyjaśniona, a winni zostać ukarani, natomiast fałszowanie wyborów to jest coś, z czego już się nie wychodzi tak łatwo, bo to jest już tak zwany „game changer”, a więc coś, co można odwrócić już tylko drogą rewolucji. Zaznaczając, że on w moją teorię nie wierzy, napisał jeszcze coś takiego:
Dlaczego Jarosław Kaczyński milczy? Niczego nie sugeruje nawet? Nie domyślił się? Nie wie? Przecież musiał się domyślić, skoro Ty się domyśliłeś. Dlaczego kontynuuje działalność? Jeśli oszukano w tych, to będzie oszustwo w każdych następnych wyborach, PiS już nigdy nie wygra. To po co ta mobilizacja, mówienie o przyszłych kampaniach itd? Co to za System tak potężny, że umie sfałszować wyniki wyborów od połowy, a nie umie od początku ich kontrolować. Przecież można by od początku dać 53 na Pana Bronka i nikt by nie miał podejrzeń. Jak to jest, że oni są zarazem tacy wyrafinowani i tacy głupi?
Od tamtego czasu, jak wiemy, minęły już ponad cztery lata i dopiero bardzo niedawno zauważyłem, że problem fałszowania wyborów zaczął być podnoszony. Po tym jak ja napisałem swój tekst zapadła kompletna cisza. Dopiero po kilku miesiącach, zadzwoniła do mnie Ewa Stankiewicz i powiedziała, że Pospieszalski jej powiedział o moim tekście i czy ja bym jej mógł go przysłać, bo ona sama nie umie go znaleźć, a chciałaby go przeczytać. Po co jej on, nie powiedziała. Ja oczywiście jej ów tekst posłałem, a później jeszcze zadzwoniłem jeden raz czy drugi, ona już jednak ani nie odbierała telefonu, ani nie oddzwoniła. To wszystko. To był jedyny, że tak powiem, publiczny skutek moich refleksji, wówczas traktowanych przez wielu komentatorów, jak fikcja, a dziś powszechnie przyjmowany fakt.
Ktoś mi powie, że ja jednak muszę być strasznie zarozumiały, że oczekuję od mainstreamowych dziennikarzy, czy ważnych polityków, by czytali mojego bloga. Otóż nie. Ja od nich tego nie wymagam i co więcej tego się po nich nie spodziewam. Natomiast skoro się okazuje, że żaden z nich, w tym oczywiście sam Maciej Pawlicki wtedy, gdy jeszcze z tym można było próbować coś robić, nie dość że nie zauważyli tego przekrętu – przekrętu moim zdaniem całkowicie oczywistego, a dziś już potwierdzonego prawie oficjalnie, w tym przez samego Stefana Niesiołowskiego – to jeszcze nie znaleźli w swoim otoczeniu nikogo, kto by ich do jakiejkolwiek refleksji w tej kwestii zachęcił, to, bardzo przepraszam, ale nich się oni wszyscy ode mnie dziś odpieprzą.
Maciej Pawlicki w swoim tekście w tygodniku „W Sieci”, pisząc o tym, jak to głosy oddane przez zwolenników Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich wyborach, zamiast trafić do urn, a następnie do PKW, trafiły do „czarnej dziury”. Owa czarna dziura tak się Pawlickiemu spodobała, że w jednym krótkim felietonie wspomina o niej aż trzy razy. A ja wciąż pamiętam argument, którego przed czterema laty tak bardzo naiwnie użył mój przyjaciel Lemming, pisząc jak to ja chyba coś źle sobie wyliczyłem z tymi głosami, bo skoro to takie proste, to czemu na to nie wpadł ani Jarosław Kaczyński , ani w ogóle nikt poza mną. Przecież skoro ja się domyśliłem, to on się też musiał domyślić. A więc czemu milczy? Przecież jeśli ja mam rację i doszło do fałszerstwa, to w następnych wyborach też będą fałszować i PiS już nigdy nie wygra. A skoro tak, to po co ta mobilizacja i mówienie o przyszłych kampaniach. No i przede wszystkim, skoro oni sa tacy potężnie, to czemu zaczęli fałszować dopiero od połowy, a nie zaczęli od samego początku? I jak to jest, że oni są zarazem tacy wyrafinowani i tacy głupi?
Jak mówię, od tamtych wyborów i od dnia, kiedy ja opublikowałem tamten przerażający w swojej wymowie tekst, minęło już ponad 5 lat. Kupa czasu. Nawet zdążyliśmy przez te lata zapomnieć o tym, że tam w tym smoleńskim lesie wciąż leżą te szczątki. I na to podnoszą łby nasi dziennikarze, patrzą nam prosto w oczy i tak potrząsając tymi łbami, mówią: „No dalej! Do roboty, wy kundle! Nie widzicie, że w tej waszej gnuśności ciągniecie ze sobą i nas?” Otóż nie. To nie my ich ciągniemy. To oni nas ciągną i to do dziury, przy której tamta wcale nie jest ani taka czarna, ani taka głęboka.
Przyznam, że z katowickim PiS-em i jego społeczną reprezentacją w postaci Klubu Gazety Polskiej mam kontakt sporadyczny, a ostatnio, z pewnych szczególnych powodów, już właściwie żaden. Jednak widząc, że oni tu wciąż w naszym parafialnym kościele urządzają spotkania z ciekawymi ludźmi, przełamię się i zgłoszę do nich, żeby może na kolejne spotkanie zaprosili Macieja Pawlickiego. No i zrobię wyjątek i się tam udam. I mu napluję do oka.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Wszystkie, to znaczy bez tej ostatniej, gdzie swoją drogą tekst o burych sukach jest jak najbardziej. Ale to już niedługo. Polecam. No i bardzo prosze o wspieranie tego bloga. Przyznaję, że juz nie mam siły o to prosić, ale co mi pozostaje? Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz