poniedziałek, 13 października 2014

Czego Kacprzak bał się powiedzieć, a dla mnie to pikuś

Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż mam go z tego powodu, że dokładnie to, co sam planowałem po tych dwóch dniach przerwy napisać – na szczęście nie jak napisać, ale zaledwie co – napisał bloger Marcin Kacprzak, a Administracja wrzuciła mu ten tekst na sam czubek pudła. Tekst o czym? O tym, że Marcin od kilku lat polską piłką nożną interesuje się w stopniu w najlepszym wypadku umiarkowanym, a wczoraj został zmuszony do tego, by z bandą idiotów emocjonować się meczem Polska – Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych z trudem zdobytych plazmach.
I pewnie więc, ja bym już o tym nie pisał, zostawiając wszystko Kacprzakowi, ale ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, których Kacprzak nie napisał, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu Spencer w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym Spencerze, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo.
I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość, że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci. Może być nawet 0-5.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są wciąż jeszcze dostępne wszystkie moje książki, w tym kończący się nakład obu „toyahów” i chyba też już „listonosza”. Oczywiście stale też proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.

3 komentarze:

  1. "„Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo." - to jest niemożliwe i nie dzieje się naprawdę. No ale przecieram oczy i przecież czytam to u Toyaha - więc prawda jest jeszcze bardziej przerażająca.
    I tak sobie myślę, że ten mecz pewnie był ustawiony. Jeden telefon od cioci Angeli po to właśnie żeby Ci nieszczęśni ludzie mogli wnosić takie przerażające okrzyki radości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiscie ze mecz byl ustawiony. System zalatwil sprawe a motloch sie cieszy ze nasza druzyna taka dobra. Chociaz ten strzal Podolskiego w poprzeczke to chyba byl jednak przypadek.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Zebek
    Z Irlandią też. A Podolski chciał walnąć na out.

    OdpowiedzUsuń