sobota, 4 października 2014

O tym jak TVN postanowił mnie ugotować

Temat ten pojawił się tu na blogu na krótką chwilę jakiś czas temu, niemal bez powodu, zupełnym przypadkiem, ale owszem, pojawił się. O co poszło? Otóż dowiadujemy się, że Wielka Brytania, notując najwyższy ostatnio na świecie wzrost ludzi otyłych, opierających swoją dietę wyłącznie na pizzy i hamburgerach, i to w takiej liczbie i na takim poziomie opasłości, że wręcz zagrażających podstawom Imperium, uznała, że sytuacja ta wymaga natychmiastowej reakcji, postanowiła uruchomić bardzo poważną i zakrojoną na niezwykła wręcz skalę propagandową akcję, mającą zachęcić poddanych Królowej do zwrócenia się w stronę jedzenia bardziej tradycyjnego i umiarkowanego. Tak jak można się było spodziewać, główna fala uderzeniowa została skierowana na telewizję, co doprowadziło do powstania całej serii programów, w których różnego rodzaju specjaliści od jedzenia mieli za zadanie tłumaczyć tym idiotom, że poza ową pizzą i hamburgerami, ewentualnie tak zwanymi shortbreadami istnieje inny jeszcze świat i że w tym świecie też jedzenie można zrobić samemu, a nie kupować gotowe z taśmy produkcyjnej.
I oto, wśród tych wszystkich audycji pojawiło się coś, co się nazywa „Come Dine with Me”, a mówiąc oględnie, polega na tym, że jedna osoba z grupy czterech czy pięciu kompletnie nieznanych sobie osób, wybranych spośród najbardziej zwykłych obywateli, zwykłych do tego stopnia, że często po raz pierwszy w życiu dowiadujących się, że ziemniak to coś co rośnie, zrywa się z korzenia, obiera, kroi, a następnie na przykład piecze, a nie kupuje zapakowane w folię w formie frytek i podgrzewa w mikrofalówce, przygotowuje u siebie w domu jak najbardziej wykwintną kolację, na którą zaprasza pozostałych, wszyscy się następnie spotykają, rozmawiają o swoich codziennych sprawach, kosztują te wszystkie frykasy, następnie oceniają poziom owej kuchni, no a dalej następuje zmiana i wszyscy udają się na kolejną wizytę. Całość jest utrzymana w wesołym i sympatycznym nastroju, a żeby nikt się nie daj Boże nie znudził tym amatorstwem, telewizyjny komik z offu wrzuca cały czas lekko złośliwe komentarze. Kiedy już wszyscy zdążą się wykazać, następuje głosowanie i zwycięzca otrzymuje 1 tys. funtów nagrody, z prośbą, by nie przepieprzył ich na batoniki Mars unurzane w cieście, wszyscy biją brawo, całują się na pożegnanie i rozchodzą do domów.
Nie wiem, ilu z nas było kiedykolwiek w Wielkiej Brytanii, ale jest tak, że tam, choćbyśmy trafili na nie wiadomo jaką hołotę, zobaczymy ludzi, którzy z jakiegoś powodu robią wrażenie autentycznych gwiazd. Daję słowo, że ja nie wiem, skąd się to bierze, ale jest faktem, że nawet najgorszy brytyjski menel, jeśli tylko uzna to za potrzebne, robi wrażenie autentycznej osobowości telewizyjnej. W związku z tym, choć program „Come Dine with Me” niemal wyłącznie gości osoby w najlepszym wypadku z tak zwanej klasy niższej średniej (to jest zresztą prawdopodobnie ów podstawowy zamysł propagandowy), obserwowanie ich, jak siedzą przy tym stole, jedzą, gadają i robią miny, jest naprawdę zajmujące, przyjemne a niekiedy i zwyczajnie fascynujące.
I oto, proszę sobie wyobrazić, telewizja TVN, z sobie tylko wiadomych powodów, uznała za stosowne kupić od Brytyjczyków odpowiednią licencję i przenieść ów program, w wersji już całkowicie polskiej, na nasz grunt, pod kompletnie bezsensownym tytułem „Ugotowani”. No i sytuacja jest taka, że od pewnego czasu w którymś z wielu tefaunowskich kanałów emitowany jest ów program, dokładnie ten sam, oparty na tym samym pomyśle, w dokładnie tych samych co oryginalne dekoracjach, a niewykluczone, że z tą samą muzyką, tyle że pod wspomnianym tytułem „Ugotowani”, no i z udziałem naszej polskiej klasy niższej średniej.
Mógłbym teraz oczywiście następną część tych refleksji poświęcić opisywaniu, z jakim typem ludzi mamy tu do czynienia, co to za poziom, i w jaki sposób ten akurat stan rzeczy wpływa na ogólny kształt programu, ale przede wszystkim wydaje mi się, że akurat czytelnicy tego bloga są na tyle doświadczeni, że im moje złośliwości nie są tu do niczego potrzebne, a poza tym, tak naprawdę nie o to chodzi. Jest jak jest, i na to rady ani nie mamy, ani nigdy nie mieliśmy, ani też mieć już nie będziemy. Czy mamy na myśli program „Mam talent”, czy polską komedię, polską piosenkę, polską piłkę nożną, czy wspomniane telewizyjne gówno, ostateczny wynik jest zawsze ten sam. Jest jednak pewien szczególny, i tak naprawdę zupełnie inny od oczekiwanego powód, dla którego ja dziś postanowiłem pisać na ten akurat temat. Otóż parę dni temu, na mój osobisty adres emailowy, zaadresowane osobiście do mnie, nadeszło zaproszenie od niejakiego Pawła Kalisza z TVN-u, abym, jako człowiek z pasją, zechciał wziąć udział w kolejnej edycji tego programu. Mail jest dość długi, ów Kalisz tłumaczy mi, o co w tym programie chodzi, że oni tym razem szukają ludzi ze Śląska, obiecuje, że jeśli się zgodzę, to oni przyjadą do mnie osobiście do domu i sprawdzą, czy się nadaję do tego, by wystąpić w telewizji, a jego podstawowy fragment brzmi tak:
Zależy nam na pomysłowych, oryginalnych osobowościach, ludziach ciekawych świata i innych ludzi! Chcemy spotkać się z ludźmi różnych zawodów, o różnych zainteresowaniach, którzy nie zajmują się profesjonalnie gotowaniem, nie uczą się w szkole gastronomicznej, ale ich pasją jest gotowanie”.
Tak naprawdę jednak wcale nie o jego treść mi dziś chodzi. Rzecz w tym, że wszystko wskazuje na to, że oni autentycznie uznali, że gdy idzie o ciekawych ludzi z pasją, to ja się idealnie tam nadam.
I powiem szczerze, że mam tu pewien bardzo poważny dylemat, i on, wbrew nadziejom niektórych, wcale nie polega na tym, że ja się zastanawiam nad tym, czy to zaproszenie przyjąć, czy nie, ale wyłącznie na tym, że ja chciałbym bardzo wiedzieć, skąd temu Kaliszowi przyszło do głowy, by uderzyć akurat do mnie. Ja oczywiście wiem, jak to się wszystko zaczęło. On najpewniej trafił na ten blog, zobaczył co i jak, znalazł wszystkie potrzebne informacje na mój temat, w tym i tę, że ja mieszkam na Śląsku, no i wymyślił sobie, że ja bym bardzo chciał wystąpić w telewizji, i to jeszcze takiej. Skąd mu to przyszło do głowy? Nie wiem. Najprościej by było uznać, że ów Kalisz jest tak głupi, że z tego co ja tu piszę, zrozumiał tyle tylko, że ja mam bardzo rozdęte ego i dla mnie występ w TVN-ie to nie lada gratka, zwłaszcza gdy jest szansa zarobić całe 5 tysięcy złotych, by nie wspomnieć o darmowej reklamie książek. No i dobra, niech tak będzie: on tyle z tego zrozumiał i to jest jego problem. Jest jednak coś jeszcze. Otóż ja jestem bardzo ciekawy, czemu oni uznali, że ja się im tam przydam? Akurat ja. Nie Eska, nie Zebe, nie nawet to nieszczęście Lexblue – wszyscy jak najbardziej ze Śląska – ale właśnie ja. Otóż mam bardzo poważne podejrzenie – przyznaję, że trochę świadczące o wcześniej wspomnianym rozrośniętym ego, że oni, bez szczególnej wiary w sukces, postanowili zaryzykować i mnie tu na ową kompromitację naciągnąć. A nuż się uda. A nuż ja się dam uwieść? A nuż ja zapragnę tej sławy i zgodzę się zrobić z siebie idiotę i w ten sposób pogrzebię to wszystko, co dotychczas osiągnąłem? Czy to jest nieprawdopodobne?
Myślę o tym mailu i autentycznie widzę tylko dwie możliwości: oni uważają, że ci „Ugotowani” to naprawdę fantastyczna rzecz, a jako taka wymaga równie fantastycznej obsady, więc walą prostą do mnie – w co z oczywistych przyczyn nie wierzę – albo odwrotnie, wiedzą, że to co oni robią, to gówno dla idiotów, a udział w nim to ostateczna kompromitacja każdego, kto ma ambicje wyższe niż ten nieszczęsny pop, i wpadli na pomysł, by w ten właśnie sposób skompromitować kogoś, kto im spać po nocach nie daje. Posadzić go w tym smutnym towarzystwie jakichś (przypominam, że to miał być akurat Śląsk) kuczoków, czy durczoków, kazać mu gotować śląskie kluski z modrą kapustą i roladą wołową, opowiadać o tym, jak to on prowadzi tego bloga i jaki chce być ważny i sławny, a później już tylko czekać aż cała Polska ryknie śmiechem. Czy to jest możliwe? Czy może być tak, że oni osiągnęli już ten stan umysłu? Wygląda na to, że tak.
Ja mam więc dziś i do tego Kalisza i jego kumpli z TVN-u jedną tylko wiadomość. Ten pociąg już odjechał. Was już nie ma. Podobnie jak tych, których tak nienawidzicie. Zniszczyliście ich, a przy okazji siebie. To musiało się tak skończyć. Jeśli idzie o mnie natomiast, to chyba coś się wam pomieszało we łbach: ja już od dawna jestem tam, gdzie wy już nigdy nie dotrzecie, nawet w swoich najdzikszych marzeniach.

A książki jak zawsze są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tak jak to już napisałem wcześniej, a dziś tylko potwierdzam, dziś w Polsce nie ma nic lepszego. I daję słowo, że moja pycha nie ma tu nic do rzeczy. Proszę jak zwykle o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

4 komentarze:

  1. Skoro program polski jest kalka angielskiego i (chyba, bo nie ogladam) chodzi w nim o nauczenie zwyklych ludzi zdrowego jedzenia - to wybieraja jednostki, ktore wg nich wygladaja jakby potrzebowaly tego zdrowego jedzenia, aby schudnac. Moze tu jest klucz wyboru, a przez telefon wciskaja kity, ze chodzi o ludzi z pasja itp. Moze chodzi o ludzi z nadwaga, ktorzy wygladaja jakby caly czas zywili sie gotowcami z mikrofalowki lub zamowionym fast foodem.

    OdpowiedzUsuń
  2. @angela
    Nie. Oni nie szukają ludzi z nadwagą. Wystarczy obejrzeć sobie którykolwiek z tych odcinków, żeby to wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ogladam tv, zadnej tv, moja opinia wynika tylko z tego co pan wyzej napisal. Skoro pisze pan, ze zalozeniem tego programu w wersji angielskiej jest promocja zdrowego sposobu odzywiania celem zatrzymania epidemii otylosci, to czy zalozenia tego programu w wersji polskiej sa jakies inne? Byc moze.
    Zreszta jakie by one nie byly, jak w kazdym programie tvn chodzi o osmieszenie ludzi w nim wystepujacych celem zwiekszenia ogladalnosci.

    OdpowiedzUsuń
  4. @angela
    Aby promować zdrowy sposób odżywiania, nie trzeba do tego zatrudniać grubasów.

    OdpowiedzUsuń