środa, 29 października 2014

Jak zostałem hipsterem prawicy

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem słowo hipster, uznałem, że ów hipster to dziecko w wieku 16-18 lat, które mieszka w Warszawie, ubiera się w pewien fikuśny sposób i jeździ na rowerze, który sam złożyło z kilku różnych rowerów, a które znalazł na śmietniku na Pradze, czy na Mokotowie. Dopiero po dłuższym czasie zdarzyło się tak, że moja najmłodsza córka zaczęła mi coś opowiadać o zespole The Cure, ja jej na to odpowiedziałem, że ja The Cure słuchałem jakieś 13 lat przed tym, jak ona się urodziła, a ona na to wybuchnęła szyderczym śmiechem i krzyknęła: „O! Mój tatuś jest hipsterem!”
Drugi raz z pojęciem „hipster” spotkałem się jakiś czas później, kiedy tak zwane „nasze” media zaczęły nas informować o pojawieniu się nowego zjawiska społeczno-politycznego, pod nazwą „hipstera prawicy”. Kto to taki był ów „hipster prawicy”? Krótko mówiąc ktoś, najczęściej syn któregoś z bardziej popularnych publicystów czy pisarzy, którzy zrobili karierę na tym, że nie lubią Adama Michnika, a więc młody Łysiak, młody Wencel, młody Wildstein, lub ktoś spoza „branży”, natomiast odpowiednio wychudzony, w rogowych okularach i z charakterystyczną bródką, i tym jeszcze czymś, nieopisanym, co jednak od razu rzuca się w oczy, gdy wchodzimy w przestrzeń związaną bezpośrednio z polityką.
Tym razem jednak, kiedy dowiedziałem się, że ci młodzi to „hipsterzy”, wiedziałem, że mamy do czynienia z ciężką manipulacją, no bo, przepraszam bardzo, ale jacy z nich „hipsterzy”? Przecież oni nawet nie są w stanie powiedzieć, że słuchali The Cure w roku 1980. A tu, proszę zwrócić uwagę, mówimy o „hipsterach prawicy”, czyli ludziach, którzy zapewne to, co my wiemy dziś, wiedzieli parę lat temu. A w jakiż to sposób? Bo im tato powiedzieli?
Zacząłem na ten temat rozmyślać, kiedy zauważyłem, że w Salonie24 ponownie się uaktywnił człowiek – ideologicznie i moralnie gdzieś tak między Januszem Palikotem, a Magdaleną Środą – który wcześniej działał najpierw pod nazwą Pantryjota, a następnie pod szeregiem innych nicków, wyłącznie po to, by prowadzić skierowaną przeciwko mnie i Coryllusowi, kampanię czystej, bezwzględnej nienawiści. Pojawił się więc ów Pantryjota, tym razem pod nickiem Kultura Głupcze, no i natychmiast ściągnął do siebie paru komentatorów, którzy nie przegapią żadnej okazji, by się nie podłączyć do plucia do celu, kiedy owym celem jestem ja, czy Coryllus, a podpisują się tu jako Alexander Hamilton, King Artur, czy niezmordowany oczywiście Sowiniec.
Czytałem te komentarze, studiowałem ową wymianę uprzejmości między Pantryjotą, a pozostałymi komentatorami i zacząłem się zastanawiać, jak mogło dojść do tego, że ktoś taki, jak choćby ów Aleksander Hamilton, a więc ktoś, kto wedle wszelkich znanych nam standardów, jest polskim patriotą i szczerym wojownikiem o prawdę, tylko z tego powodu, że mnie osobiście nie znosi, gotów jest sprzymierzyć się z kimś w sposób tak jednoznacznie złym i podłym, jak ów Pantryjota. Poszperałem więc w historii mojego bloga i sprawdziłem, na czym polega rzecz. Otóż, jak wiemy, my tutaj – i ja i Coryllus – walczymy bardzo zażarcie z wszelkimi przejawami fałszu i manipulacji po tak zwanej „naszej” stronie, a przez to, że scena, którą zajmujemy, nie jest aż tak rozległa, by się nam nie udało policzyć, najczęściej – poza politykami – w grę wchodziło dwóch dziennikarzy, Rafał Ziemkiewicz i Witold Gadowski.
Nie będę dokładnie przedstawiał argumentów, jakie wyciągaliśmy przeciwko tym dwóm dziwnym osobom – kto chce, może sobie wszystko znaleźć samodzielnie – w każdym razem stało się tak, że nasze pretensje do jednego i drugiego zostały przez środowisko przyjęte z bardzo dużym niezadowoleniem, oburzeniem, by nie powiedzieć – wściekłością. Wspomniany Alexander Hamilton na przykład, mimo że do pewnego momentu traktował mój blog, jako blog zaprzyjaźniony, a do mnie zwracał się per „Panie Krzysztofie”, po którymś z kolejnych tekstów przeciwko Gadowskiemu, dostał na mnie takiej cholery, że zaczął mnie w sposób wręcz nieprzyzwoity obrażać, przez co został zbanowany… no i się obraził, i od tego czasu nie przegapi już żadnej okazji, by ogłosić wszem i wobec, co to ze mnie za szuja. Jak nadarzy się okazja, to nawet z tym pójdzie do blogera Pantryjoty – powtarzam, kogoś kto mieści się w polskiej polityce gdzieś między Magdalena Środą i Januszem Palikotem, z tą różnicą może, że oni, jako osoby publiczne, są bardziej stateczni, a samego Hamiltona, gdyby trzeba było, zesłał na Sybir.
Od czasu gdy pisałem swój ostatni tekst na temat Witolda Gadowskiego, czy, jeszcze wcześniej, Rafała Ziemkiewicza, minęły już dwa lata. W naszej, polskiej sytuacji, to bardzo dużo. Wystarczająco dużo, by Alexander Hamilton, który wtedy uznał, że mój atak na Gadowskiego jest wystarczającym powodem, by mnie wykreślić z grona przyjaciół, dziś zapewne nie jest w stanie wybaczyć Gadowskiemu, że, podobnie jak wcześniej Ziemkiewicz, zapragnął zostać propagandzistą Onetu, natomiast jego krytyka Ziemkiewicza wciąż jest najczęściej komentowanym tekstem na jego blogu. To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że dla Alexandra Hamiltona to ja jestem kimś tak złym – przez swoją niegdysiejszą krytykę Gadowskiego i Ziemkiewicza – że aby mnie zniszczyć należy się jednoczyć z każdym.
Do czego zmierzam? Bo przecież nie do tego, by pisać o Gadowskim, Pantryjocie, czy nawet o Alexandrze Hamiltonie. Otóż zmierzam do tego, że jak wiele na to wskazuje, to co ja i Gabriel Maciejewski wiedzieliśmy lata temu, dziś dopiero staje się popularne w tak zwanych szerokich kręgach polskiej publicystyki politycznej. No i jeszcze do czegoś więcej. Otóż to, co my wiemy dziś, tacy mądrale, jak Alexander Hamilton zrozumieją dopiero za kolejne parę lat. Co mam na myśli? Otóż Coryllus opublikował dziś tekst, w którym, po raz kolejny zresztą, dowiódł, jak wielka jest różnica – i moralna i jakościowa – między tym, co robimy my, a tym, co oferuje tak zwany rynek. Napisał on jeszcze jedną bardzo moim zdaniem ważną rzecz, to mianowicie, że jeśli oni nam zablokują wszelkie drogi dotarcia do czytelnika, my będziemy nasze treści dystrybuować chodząc wyłącznie od domu do domu. A przez to, że za nami stoi prawda i autentyczny talent, nawet w ten sposób osiągniemy sukces.
Kiedy Coryllus pisał swój tekst, wiedział wprawdzie, że Witold Gadowski, czołowy prawicowy dziennikarz i autor, przyjął właśnie propozycję współpracy z Onetem, natomiast nie wiedział, że oferta Onetu dla niego wynosi 4 złote od stu unikalnych czytelników…
Otóż proszę sobie wyobrazić, że taką właśnie mamy sytuację na rynku idei. Onet ściąga do siebie czołowych prawicowych publicystów, oferując im 4 złote od stu klientów, których oni do Onetu przyciągną, a oni tę robotę biorą bez mrugnięcia okiem. Dlaczego? Czyżby przez to, że poza tym, bez owego wsparcia Systemu, oni są tak naprawdę nikim? Nic na to nie poradzę, ale tak to chyba jednak wygląda. I ja to podejrzewałem nie rok, nie dwa, nie trzy, a nawet nie 6 lat temu, kiedy dopiero rozpoczynałem swoją przygodę z tym blogiem. Głosiłem tę prawdę, narażając się na to, że dziś wielu z tych, którzy wydawałoby się wesprą mnie w tej walce, postanowią zaangażować się całym sercem w to co w Polsce najgorsze, i z każdym dniem w tym swoim obłąkaniu coraz bardziej się będą umacniać. Oni już wiedzą, że to wszystko nie wygląda tak, jak się wydawało, a mimo to ich zacietrzewienie, pycha i zwykła głupota, nie pozwalają im powiedzieć: „Sorry, pomyliłem się, stary. Miałeś rację”.
Głupia sprawa z tym hipsterstwem, no ale co ja poradzę? Wygląda na to, że nawet temu biednemu młodemu Wildsteinowi zabrałem to, na co on tak bardzo liczył.

Ja wiem, że ich to doprowadza do szewskiej pasji, ale to już nie mój problem. Nasze książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam gorąco. A za niecały miesiąc kolejne targi, tym razem w Katowicach. Jak zawsze, bardzo proszę każdego, któremu ten blog coś daje, o wsparcie. Numer konta jest tuż obok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz