czwartek, 24 lipca 2014

O cnocie kłamstwa i jego ostatecznym triumfie

Kiedy dotarła do mnie informacja, że w Klubie Ronina wystąpił człowiek znany nam od wielu już lat, jako bloger Matka Kurka, przyznaję, że zrobiło mi się smutno. Jednak wcale nie dlatego, że do Klubu Ronina mam stosunek jakoś szczególnie nabożny (w końcu, trudno mieć stosunek jakikolwiek właściwie do projektu, który wszystkimi czterema łapami opiera się na nazwiskach takich jak Łukasz Warzecha, Rafał Ziemkiewicz, czy Stanisław Janecki, ani też z tego powodu, że sam miałem okazję tam dwa razy się pokazać, w tym raz, lądując ostatecznie w warszawskiej prokuraturze, ale dlatego, że od razu sobie pomyślałem, że osobą wprowadzającą owego Kurkę na te salony będzie zapewne mój kumpel, a jednocześnie człowiek, którego szanuję, czyli Józek Orzeł. Włączyłem więc z drżącym sercem film z tego spotkania… i odetchnąłem z ulgą. Matkę Kurkę do Klubu Ronina przyprowadził nie Orzeł, ale Łukasz Warzecha, a więc wszystko, że tak to ujmę, pozostało w rodzinie.
Oczywiście wszystkim nam jest w tym momencie znacznie lżej, co nie zmienia faktu, że problem jak najbardziej istnieje, zwłaszcza gdy obejrzymy sobie ów występ w całości, wraz z popisami zgromadzonej publiczności, i z tego co zobaczyliśmy, wyciągniemy odpowiednie wnioski. A wnioski to są jak najbardziej ponure.
Powiem szczerze, że to co się dziś buduje wobec Piotra Wielguckiego, poraża swoim szaleństwem nawet mnie, człowieka jak by nie było już starszego, doświadczonego i wydawałoby się odpornego na wszelkie prowokacje. Gdyby bowiem ktoś mi jeszcze pięć lat temu powiedział, że Wielgucki za rok czy za dwa stanie się szczerym polskim patriotą i naszym sojusznikiem w walce z Systemem, ja bym prawdopodobnie poprosił o następną historię, tyle że już może lepiej z Adam Michnikiem w roli głównej. Powiem więcej. Gdyby ktoś mnie po Katastrofie Smoleńskiej zaczął przekonywać, że na naszą stronę przeszli Jacek Żakowski, Waldemar Kuczyński, czy Piotr Najsztub, ja bym się oczywiście tą wiadomością przejął, ale widząc żywe dowody, musiałbym się jakoś w stosunku do niego ustawić. Przepraszam bardzo, ale jeśli idzie o Matkę Kurkę, on tu się mieści dokładnie tak samo jak niejaki Ketman, czy kpt. Leszek Piotrowski.
Matkę Kurkę, jako internetowego komentatora, poznałem jeszcze zanim sam zacząłem blogować, bliżej się już z nim zapoznałem, kiedy po praz pierwszy zacząłem się udzielać w Salonie24, ostatecznie nawet napisałem na jego temat jeden, może dwa teksty, w tym jedno hasło w swoim „Elementarzu”, i zawsze myślałem o nim, jako o czystym, doskonałym kłamcy; nie o kimś podłym, złośliwym, złym, głupim, ale o kimś, kto jest wręcz uosobieniem bezinteresownego, wręcz instynktowego wręcz kłamstwa. Stało się nawet tak, że ów tekst, który mu swego czasu poświęciłem, nosił tytuł „Matka Kurka, czyli o cnocie kłamstwa”, a teza owej notki była taka, że ów Kurka to człowiek, dla którego kłamstwo nie jest ani koniecznością, ani metodą, ani nawet wynikiem jakiegoś tam nie wiadomo choćby jak chorego procesu intelektualnego, ale naturą. Bożą naturą. Matka Kurka to człowiek, który kłamie, bo tak został stworzony.
No i dziś możemy sobie obejrzeć, jak to w Klubie Ronina ów Matka Kurka na pytanie blogerki Elig odpowiada, jak to on kiedyś był zwyczajnie głupi, bo nasłuchał się i naczytał reżimowych mediów i uznał, że wszystko, co oni tam piszą, to najprawdziwsza prawda, no ale w końcu, gdzieś tak w okolicach Smoleńska, ujrzał prawdę prawdziwą i dziś nie ma takiej siły, która by go od niej oddzieliła.
Przypominam sobie jeszcze jedną sytuację z tamtych, przedsmoleńskich jeszcze, czasów. Otóż zamykając już wspomniany tekst w Salonie24, wkleiłem zdjęcie, które znalazłem w sieci, a na którym obok siebie stoją wówczas dwaj, najwybitniejsi obok Kataryny, polscy blogerzy, Matka Kurka i Azrael, i ogłosiłem konkurs dla czytelników pod hasłem „Który to Kurka”, prosząc jednocześnie, by ci, którzy wiedzą, siedzieli cicho, bo to ma być tylko taka zabawa… no i wówczas, jako pierwszy pojawił się bloger Wszołek i cały figiel zepsuł, jak dziecko krzycząc coś w stylu: „Ja wiem. To ten gruby”. Oczywiście później się tłumaczył, że nie chciał psuć zabawy, ale nie mógł się powstrzymać i się nie pochwalić, a ja dziś już tylko powiem, że to są czasy naprawdę stare. Dziś Matka Kurka nie jest gruby. Powiem więcej, dziś, kiedy on tak siedzi obok Łukasza Warzechy w Klubie Ronina, wygląda nie tylko lepiej od Azraela, ale lepiej nawet od samego Warzechy. Dziś to jest najprawdziwsza gwiazda. Powiedziałbym za Grzegorzem Braunem, że gwiazda śmierci, ale przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda. Jeśli tylko Ruscy nie zrobią nam wojny, wszyscy się z całą pewnością o tym przekonamy.

Wszystkich czytelników i sympatyków tego bloga zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. A przecież nie tylko. Szczere polecam i dziękuję. Również oczywiście bardzo mocno proszę wszystkich tych, którym sie te teksty podobają i dają te minimum codziennej satysfakcji, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Od tygodnia, mamy tu praktyczny dramat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz