wtorek, 3 czerwca 2014

O archipelagach polskości i głupiej ludowej satysfakcji

Powiem zupełnie uczciwie, a przy tym przyznam się do pewnej naiwności, że przez kilka dni zeszłego tygodnia byłem dość mocno przekonany, że tygodnik „W Sieci” wykona gest, jakiego dotychczasowa polityka redakcji nawet nie brała pod uwagę, a który moim zdaniem powinna wykonać, jeśli tylko zależy mu na sukcesie tak zwanej „polskiej prawicy”. Mam tu na myśli wyjście z ofertą do ludzi, na początek może przez wysłanie braci Karnowskich wraz z redakcyjnym reporterem do Gorzowa, przeprowadzenie rozmowy ze znaną nam wszystkim licealistką, Marysią Sokołowską i zamieszczenie jej w stałym, przeznaczonym na główne redakcyjne wywiady, miejscu.
Dlaczego uważałem, że wywiad z Sokołowską powinien otworzyć nowy rozdział w podejściu prawicowych mediów do czegoś, co one same swego czasu lansowały jako „archipelagi polskości”? Otóż dlatego, że moim zdaniem nie ma żadnej możliwości, by udało się pobudzić do życia nasze polskie społeczeństwo, ograniczając debatę do paru redakcji i kilku współpracujących z nimi osób. Nie ma żadnych szans na poruszenie emocji uśpionej części społeczeństwa, dopóki jedyną na to metodą ma być dzielenie redakcyjnych budżetów w ramach „rodziny”, z takim oto założeniem, że jeśli się ludziom po raz kolejny pokaże pisarza Rymkiewicza, czy prof. Nowaka i każe się im mówić to, co każdy z nich mówił już i tak dziesiątki razy, to Polacy któregoś dnia uznają, że są rzeczy ważniejsze, niż sklep i telewizor, otworzą szeroko okna i zaczerpną świeżego powietrza. Wydawało mi się, że skoro jakimś zupełnie niewiarygodnym i szczęśliwym trafem owa siedemnastolatka z Gorzowa pokazała nam wszystkim, jak wygląda ów dotychczas mityczny, a tu tak bardzo autentyczny „archipelag polskości”, nie ma już na co czekać, tylko iść za tym ciosem.
To, jeśli idzie o pytanie, dlaczego chciałem, żeby się tak stało. Teraz pora na to, by odpowiedzieć na kolejne, a mianowicie, dlaczego naiwnie uznałem, że tak się faktycznie stanie? Otóż, jak już pisałem wcześniej na tym blogu, ja dość dokładnie czytam dyskusję, jaką na swoim profilu na ask.fm prowadzi ze światem Marysia Sokołowska, i w ramach owego zaangażowania w pewnym momencie trafiłem na jej wypowiedź, w której obiecała, że więcej na temat jej ideowych i politycznych wyborów będziemy mogli się dowiedzieć w najbliższym wydaniu tygodnika „W Sieci”. Ktoś się Marysię Sokołowska spytał, co ona miała na myśli, mówiąc o zdradzie Tuska, a ona odesłała go do najbliższego numeru „W Sieci”. A ja sobie wówczas pomyślałem, że dobrze jest. Karnowscy po raz pierwszy zareagują, jak przystało na pierwszej klasy dziennikarzy i powiedzą Rymkiewiczowi, Nowakowi, Krasnodębskiemu, Hofmanowi, czy Rokicie, a przy okazji Łozińskiej, Adamskiemu i Feusette, że czas jest taki, że oni muszą poczekać, a co gorsza, że zupełnie nie wiadomo, ile to czekanie może potrwać, i zwrócą się z ofertą prosto do społeczeństwa.
Przyszły mi do głowy tego typu myśli i właściwie od razu wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Dlaczego? Bo oto niemal w tym samym momencie odezwał się Łukasz Warzecha i zakomunikował, że z tą Marysią Sokołowską to jest jakiś humbug, że to co ona zrobiła to rzecz bez znaczenia i że jeśli się mamy zajmować jakąś nieznaną nikomu licealistką z Gorzowa, która coś tam chlapnęła na Premiera, to równie dobrze możemy się emocjonować tym, co na czyjś temat uważa jakaś sprzedawczyni warzyw na placu. Dokładnie było tak:
Sprowadzanie debaty o polskiej polityce do tego, czy Tuska można nazywać zdrajcą czy nie, oraz co można myśleć o autorce takiej opinii, będącej osobą całkowicie prywatną - jest, by tak rzec, ciut niepoważne. Czy jeśli pani Henia ze sklepu w sąsiedztwie też powie o Tusku, że jest zdrajcą, zrobimy jej podobną reklamę?
Nie minął dzień, jak obok Warzechy pojawił się Łukasz Adamski, człowiek, któremu redakcja „W Sieci” regularnie odstępuje pół numeru na jakieś dyrdymały o tym, że zbawienie świata przyjdzie z Hollywood, i poparł go w całej rozciągłości. Tym razem jednak było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej:
Niemniej jednak zdumiony jestem przykładaniem aż takiej uwagi mediów do opinii młodej dziewczyny, której można jedynie z ludową satysfakcją przyklasnąć, że miała cojones by w twarz naubliżać samemu premierowi. Co jednak wynika z jej słów? Kompletnie nic. Co wnoszą do debaty publicznej na istotne polityczne kwestie? Kompletnie nic. Co czytelnicy i dziennikarze o konserwatywnych poglądach by zrobili, gdyby premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu jakiś małolat powiedział, że jest zdrajcą Polski na usługach obcego państwa, powiedzmy o nazwie Watykan? To oczywiście pytanie nie wymagające odpowiedzi”.
Oczywiście, już pewnie w tym momencie wszyscy widzimy, na co z naszej strony sobie zasłużył Adamski, choćby w związku z ową „ludową satysfakcją”, ale nie mogę się powstrzymać przed jeszcze jednym fragmentem:
Mamy problem z publiczną debatą, skoro prywatne opinii nieznanej szerzej licealistki wzbudzają taką dyskusję”.
A więc tu, jak widzimy wszystko się zaczyna i kończy – na „ludowej satysfakcji” i „nieznanych szerzej licealistkach”. Problem polskiej debaty, której w rzeczywistości nie ma, sprowadza się do tego, że społeczeństwo, zamiast kupować książki Adamskiego, czytać felietony Warzechy i pochłaniać z bijącym sercem diagnozy Rymkiewicza i Krasnodębskiego rejestrowane przez bliźniaków Karnowskich, czerpie „ludową satysfakcję” z jakichś dziwnych popisów „nieznanych szerzej” siedemnastolatek, i to w dodatku nawet nie z Warszawy.
To co odstawiło tych dwóch durniów jest dla mnie czymś tak wstrząsającym, że, prawdę powiedziawszy, nie mam już siły, żeby dalej pisać, no ale co się zaczęło, trzeba skończyć, a więc słuchajmy dalej. Otóż zgodnie z moimi obawami, „W Sieci” dała wywiady z Rymkiewiczem, z Krystyną Prońko, z Wojciechem Cugowskim, Janem Pietrzakiem, historykiem Eislerem, poza tym mamy cztery teksty Adamskiego, analizy Zaremby, Skwiecińskiego, młodego Łysiaka, Wencla, Pawlickiego, no i na koniec (jakżeby inaczej) kolejny „alfabet”, tym razem socjologa Żukowskiego. Jest też i owszem tekst Doroty Łosiewicz dotyczący „kwestii Marysi”, tyle że z niego ani nie wynika dla nas jakakolwiek dodatkowa wiedza poza tą, którą i tak już znamy z Internetu, ani nawet nie ma tam jednego śladu osobistej pracy Łosiewicz. Ona najwidoczniej nawet z Marysią Sokołowska nie miała okazji porozmawiać. Każde wypowiedziane przez Marysię słowo jakie ona cytuje, pochodzi z jej wypowiedzi dostępnych w Internecie, a jedyny przekaz tekstu Łosiewicz jest taki, że „licealistka z Gorzowa” z charakterystycznym dla siebie „młodzieńczym urokiem” dokuczyła Tuskowi i reżimowe media dostały w związku z tym cholery. To wszystko.
Jak już wielokrotnie pisałem, cała moja wiedza na temat Marysi Sokołowskiej i tego, co nią może kierować, oparta jest na bieżącym przekazie i własnej intuicji. Ze wspomnianego przekazu jak najbardziej dowiedziałem się najpierw, że ona dokładnie opowie, co miała na myśli, mówiąc, że Tusk to zdrajca w wypowiedzi dla tygodnika „W Sieci”, następnie, że ona jednak nie udziela na razie nikomu żadnych wywiadów, a dziś czytam na jej blogu, że wszystkie redakcje z jakimi ona rozmawiała ocenzurowały jej słowa, w których chciała wyjaśnić kwestię owej zdrady.
A więc wciąż jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Sam napisałem do Marysi Sokołowskiej dwukrotnie, raz bez szczególnego powodu, drugi raz z prośbą o dłuższą wypowiedź, odpowiedziała mi dwukrotnie, grzecznie dziękując za pamięć i dobre słowo, prośbę o wypowiedź pomijając milczeniem. Uważam, że jej zachowanie jest, jak na obecną sytuację, wyjątkowo mądre. Ani my nie znamy jej, ani ona nie zna nas, i póki co, tak musi pozostać. No może, z drobną zmianą z jednej strony. Ona pomału, mam wrażenie, coraz więcej się dowiaduje o nas. I tak, uważam, jest bardzo dobrze. Nie dla nas, bo my na nic dobrego już nie zasługujemy. Natomiast jak najbardziej dobrze dla niej.

Wszystkich zainteresowanych tymi tekstami zachęcam do zajrzenia na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wybór moich wcześniejszych felietonów pod pięknym tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 złotych. Nakład na ukończeniu, kolejny nie jest planowany. Polecam serdecznie. I wciąż proszę wszystkich przyjaciół tego bloga o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Jak zwykle walczymy z rachunkami i dna nie widać. Dziękuję.

6 komentarzy:

  1. Toyahu,

    Wydaje sie,ze Marysia przechodzi w ostatnich dniach przyspieszony kurs wiedzy o 'archipelagach zawisci i malostkowosci' i to glownie ze strony naszych mediow ( o tamtych nie ma co wspominac i na nic innego nie mogla nawet liczyc)
    Co za beznadzieja.

    OdpowiedzUsuń
  2. @tobiasz11
    Zawsze dobrze jest wiedzieć, że mimo że tam, jesteś wciąż tu. Ciekawe, czy uda nam się kiedyś powtórzyć wyczyn sprzed roku?

    OdpowiedzUsuń
  3. Jej ask dziala? Nie moge na niego wejść.

    OdpowiedzUsuń
  4. @tpraw
    U mnie wszystko gra.
    Dała link do wywiadu, jakiego udzieliła (jednak!)niezależnej.pl.

    http://niezalezna.pl//55976-tylko-u-nas-maria-sokolowska-nie-walcze-z-premierem-mi-zalezy-na-dobru-polski

    OdpowiedzUsuń
  5. Toyahu,

    Damy rade a nawet bardziej:)

    OdpowiedzUsuń
  6. @tobiasz11
    To dobrze. To było niezapomniane lato.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.