środa, 25 czerwca 2014

Czy Luis Suarez to kosmita?

Pisałem tu już parę razy o sporcie i wydaje mi się – przynajmniej taka była moja intencja – że przede wszystkim po to, by zwrócić uwagę na coś, czego wydają się nie widzieć ani najbardziej oddani kibice sportowi, ani nawet tak zwani sportowi specjaliści, a mianowicie na to, że sport zawodowy, a więc ten, którym się pasjonujemy na co dzień w telewizji, czy osobiście na stadionach, stanowi ten rodzaj ludzkiego wysiłku, którego my tak naprawdę nie jesteśmy nawet objąć ani naszym rozumem, ani nawet naszą wyobraźnią. Weźmy takich kierowców Formuły 1. Niedawno miałem okazję oglądać film o słynnym austriackim kierowcy Nicki Laudzie, film dość nowy, a więc wykorzystujący już niemal wszystkie techniczne możliwości, jakie niesie współczesne kino, by pokazać to, co pokazać trzeba w sposób maksymalnie realistyczny. Mamy tam więc odtworzony ów słynny wyścig w ulewnym deszczu w Japonii, z którego Lauda się zresztą zwyczajnie ze strachu wycofał, podczas gdy reszta oczywiście jechała dalej. I oto nagle uświadamiamy sobie, że oni pędzą po tym torze, w tym strasznym deszczu, który jest tak gęsty, że tam nie widać już nic, tymi odkrytymi oczywiście samochodami, gdzie nie ma mowy o żadnych wycieraczkach, a więc całkowicie na ślepo, okrążenie za okrążeniem… no i jadą… i najczęściej dojeżdżają. I nie wiem, jak inni, ale ja sobie wtedy pomyślałem, że to jest coś, czego normalny człowiek nie jest w stanie zrobić. Ludzi, którzy potrafią manewrować samochodem z prędkością 300 kilometrów na godzinę, kiedy ulewny deszcz przesłania im drogę w stopniu idealnym, jest kilkunastu, ewentualnie kilkudziesięciu na świecie. I to jest koniec. Reszta stara się osiągać sukcesy na innym polu.
Popatrzmy na skoczków w dal. Oni skaczą te swoje dziewięć metrów i my oczywiście się tym emocjonujemy, bo ten skoczył 10 centymetrów mniej, a ten 20 więcej, i w pewnym momencie te dziewięć metrów staje się dla nas czymś zupełnie abstrakcyjnym, zaledwie liczbą, którą można dowolnie zmieniać i dowolnie sobie wyobrażać. A proszę, spróbujmy sobie owe dziewięć metrów przedstawić nie na ekranie telewizora, czy w artykule w gazecie, ale realnie. Przecież to jest odległość dla normalnego człowieka zwyczajnie nieosiągalna. Więcej: ona jest nieosiągalna dla żadnego człowieka, z wyjątkiem tych paru osób na świecie. Rzecz bowiem w tym, że człowiek nie jest w stanie skoczyć na odległość dziewięciu metrów.
Wszyscy strasznie się denerwujemy, że Agnieszka Radwańska wciąż jest tylko czwartą, czy piątą tenisistką na świecie i mimo, że nam tak na tym zależy, ona nie chce być pierwsza. Na świecie jest, o ile mi wiadomo jakieś 5, czy 6 miliardów ludzi, z czego załóżmy, że 3 miliardy to kobiety, i z tych 3 miliardów kobiet, Agnieszka Radwańska należy do pięciu najlepszych tenisistek. Nie wiem, ile jest na świecie kobiet, które grywają w tenisa, ile z tych kobiet gra w tenisa stale, a ile z nich ma ambicję traktować ten sport wyczynowo. Agnieszka Radwańska należy do pięciu najlepszych. Co trzeba mieć w głowie, żeby być jednym z najlepszych tenisistów na świecie? Co trzeba umieć, żeby pokonać niemal wszystkich pozostałych? My oczywiście się nad tym nie zastanawiamy. Dla nas najważniejsze jest, dlaczego on dziś przegrała i czy to może nie przez to, że się za mało stara.
I tak mógłbym opowiadać o szachistach, bilardzistach, skoczkach wzwyż, sprinterach, koszykarzach, czy golfistach. Ci z nich, o których udaje nam się niekiedy słyszeć, należą do gatunku, z którym my mamy tyle tylko wspólnego, że wyglądamy mniej więcej podobnie. Pod każdym innym względem, również, jak podejrzewam, mentalnym, oni są dla nas jak kosmici. Więcej: o tym, by robić to, co potrafi robić kierowca Kubica, golfista Tiger Woods, biegacz Usain Bolt, czy piłkarz Suarez żaden kosmita nawet nie ma co marzyć. Dlaczego? Bo ten rodzaj wyczynu jest unikalny w sposób uniwersalny i bezwzględny.
A my tymczasem patrzymy na to jak oni grają, biegają, skaczą, rzucają, czy dźwigają ciężary i mam wrażenie, że zbyt często zachowujemy się tak, jakbyśmy sądzili, że właściwie każdy z nas też by tak mógł, tyle że ponieważ jesteśmy nauczycielami, inżynierami, czy lekarzami i zajęci swoją robotą, nie mamy czasu na to by poćwiczyć i im wszystkim pokazać, jak to należy robić.
Ja wiem, że już w tej chwili każdy prawdziwi ekspert od sportu zacznie się na mnie pieklić, żebym się zamknął, bo nie mam o sporcie pojęcia, ja jednak wciąż będę to powtarzał: o tym, czym jest wyczynowy sport, tak naprawdę pojęcia nie ma nikt z nas, a ja postępuję o tyle rozsądnie, że nie dość, że się do tego przyznaję, to jeszcze przedstawiam faktyczne powody, dla których owego pojęcia mieć nigdy nie będziemy.
Od wczoraj cały świat piłkarski kipi z oburzenia na wspomnianego wcześniej przez mnie Luisa Suareza, który, jak mieliśmy okazję oglądać w telewizji wczoraj, ugryzł pewnego Włocha w ramię i prawdopodobnie przez ten gest pomógł swojej drużynie awansować do kolejnej rundy mistrzostw, a sobie załatwił karę, którą z pewnością odczuje. Wszyscy są tym, co on zrobił, jak mówię, oburzeni, ja natomiast mam tu tylko dwie refleksje, i żadna z nich nie wiąże się z jakąkolwiek niechęcią do wielkiego piłkarza Suareza. Pierwsza z nich to taka, że ja kompletnie nie rozumiem, jak można się zgadzać na to, że piłkarze mogą się prać po pyskach, walić łokciami po grdykach, kopać po kostkach, łamać jeden drugiemu nogi, i to często nie przez przypadek, czy w tak zwanym ferworze walki, ale z najczystszą premedytacją, niekiedy w autentycznej nienawiści do przeciwnika, a jednocześnie mówić, że gryzienie to już przesada.
Druga dotyczy już samego zawodnika. Co my w ogóle wiemy na temat tego, co się dzieje w głowie kogoś takiego jak Luis Suarez, podczas jednego z najważniejszych meczów jego życia, który on musi wygrać, a zostało mu jeszcze tylko 10 minut? Otóż na ten temat ani nic nie wiemy, ani wiedzieć nie będziemy, bo Suarez, przy całym szacunku, nie jest człowiekiem, ale kosmitą, a to co się dzieje w jego głowie nie przekłada się na to, co nam się może wydawać, ale choćby na owe 250 tysięcy funtów, jakie on zarabia tygodniowo w samym Liverpoolu. Dlaczego tak ciężko jest o tym pamiętać?
Ugryzł wczoraj Suarez tego Chielliniego, a ja jestem pewien, że Chiellini, jeśli w tej chwili czuje do kogoś żal, to wyłącznie do siebie i swoich kolegów z drużyny o to, że na ostanie 10 minut dali się w tak prymitywny sposób wyprowadzić z równowagi. Bo on, sam będąc wybitnym, jednym z najwybitniejszych piłkarzy na świecie, wie, podobnie jak Suarez, że na tym poziomie liczy się tylko zwycięstwo i nic więcej, a jeśli jednak to „coś więcej” zaczyna mieć znaczenie, to tylko o tyle, o ile ono im owego zwycięstwa nie odbierze. A ten ślad zębów na ramieniu? Bardzo przepraszam, ale to jest, pardon my French, gówno. Niech się cieszy, że nie leży dziś w szpitalu z otwartym złamaniem kości uda.
Pamiętam mecz tenisowy między Djokovicem a chyba Federerem, kiedy to mieliśmy finał, decydujący set, Federer przy własnym secie prowadził 5:3 i w pewnym momencie, Djokovic, nagle, kompletnie bez sensu, w geście jakiegoś idiotycznego triumfu, uniósł w górę ramiona i zaczął się kłaniać publiczności. Od tego momentu Federer nie wygrał żadnej piłki i przegrał cały mecz. Później rozmawiałem z człowiekiem, który na wyczynowym sporcie naprawdę się zna i on mi powiedział, że na tym poziomie siły są tak wyrównane, że liczy się tylko koncentracja, i tak naprawdę jedynym zadaniem zawodnika jest swojego przeciwnika zdekoncentrować, a więc na przykład zrobić coś, co sprawi, że ten choć na moment przestanie zacznie myśleć o czymś innym, niż o meczu. W tym wypadku, chodziło o to, by Federer choć na ułamek chwili zaczął się zastanawiać, czemu ten idiota się tak cieszy. A ja już dziś wiem, że gdyby w tenisie tak się dało zrobić, niewykluczone, że Djokovic podbiegłby do Federera i go ugryzł w ramię. Gdyby tylko tak można było bez większego ryzyka, lub z ryzykiem opłacalnym, zrobić, on by to zrobił. Mimo że jest osobiście miłym człowiekiem, a Federer, to jego dobry kumpel.
Ktoś mnie być może teraz spyta, po co w takim razie się tym sportem emocjonować, no a przede wszystkim, jak, skoro to wszystko się dzieje na tak dla nas niepojętym poziomie. Na to już odpowiedzi nie mam. Mogę tylko powiedzieć, jak ja to robię. Ja oglądam te mecze i zachwycam się z jednej strony tym kunsztem, tym wysiłkiem, tym poświęceniem, a z drugiej wzruszam się jak jasna cholera, kiedy widzę, jak jedni się cieszą, a drudzy płaczą. I powiem szczerze, że czym jestem starszy, tym bardziej jest mi obojętne kto jest po tej stronie, a kto po tamtej. Wystarczą mi te łzy.
A już na koniec, proszę sobie obejrzeć ten klip. On, moim zdaniem, pokazuje dokładnie to, co chciałem powiedzieć, a więc ten kosmos. Lepiej nie mozna.



Serdecznie zachęcam do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie można kupić cała kupę fantastycznych wręcz książek, w tym pięć moich, w tym dwa pierwsze „toyahy” po wyjątkowej cenie. Już niedługo powinien się ukazać nowy numer Kwartalnika, a w nim absolutnie odkrywczy mój tekst o soli. I ani słowa więcej. Prawie. Jak zwykle prosze wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziś, to jest praktycznie jedyne nasze źródło utrzymania.

6 komentarzy:

  1. Ja tylko taką refleksję o różnicy między nami a kosmitami. Otóż osobiście jeżdżę na nartach i to całkim nieźle. I kiedyś jechałem na krzesełku na wyciągu z facetem z 15 lat ode mnie starszym, a buźkę miał taką jakby od urodzenia nic nie robił tylko chlał. No i miał niesamowite narty. Więc pomyślałem sobie po co temu dziadkowi takie narty jak on pewnie i bez nich się nie może na nogach utrzymać. Potem zeszliśmy z tego wyciągu i..... ja nie zdążyłem w ogóle zacząć jechać a "dziadek" już był na dole, na prawdę sporej góry.... to był emerytowany kosmita.

    OdpowiedzUsuń
  2. @sąsiad Grula z Sieprawia
    Może to był jakiś Gąsieniaca?

    OdpowiedzUsuń
  3. Luisa Suareza zapamiętałem z innej akcji. Na poprzednich mistrzostwach, w 1/8 finału, w meczu przeciwko Ghanie, Suarez ręką wybił piłkę z bramki, przez co doprowadził do dogrywki, a później serii rzutów karnych (sam otrzymał czerwoną kartkę), które Ghana przegrała. Szczegóły zdarzenia (również radość Suareza i łzy zawodników z Ghany) można obejrzeć na filmie
    http://www.youtube.com/watch?v=ZgHhYgQnCPg

    OdpowiedzUsuń
  4. @Jacek Dydyński
    Ja to też pamiętam. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na fakt, że od tego czasu Suarez stał się jednym z najdroższych - a więc, według tego schematu, najlepszych - piłkarzy na świecie. I to, moim zdaniem, stanowi jedną z najważniejszych dla nas informacji, jeśli idzie o tę akurat dyscyplinę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem, czy ten temat jest jeszcze otwarty, ale chciałem przypomnieć postać pewnego piłkarza.
    Nie jest jednym z najdroższych i pewnie niewielu wymieni go w gronie najlepszych. Ale jest mistrzem świata. Przez całą karierę wierny tylko jednemu klubowi.
    Dla mnie jest wzorem sportowca i kapitana drużyny. I na szczęście nie jest kosmitą. Jest Człowiekiem.

    Proszę sobie obejrzeć ten klip. On, moim zdaniem, pokazuje dokładnie to, co chciałem powiedzieć:
    http://www.youtube.com/watch?v=j9IpgxncDCg

    OdpowiedzUsuń
  6. @Jacek Dydyński
    Oczywiście że temat jest otwarty, Bardzo dziękuję za ten komentarz i ten clip. Ja jednak mówiłem tylko o wyczynie. Puyol się tu mieści jak najbardziej.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.