środa, 23 lipca 2008

Z Unią Europejską przeciwko intelektualnemu barbarzyństwu!

Jak już tu gdzieś wspomniałem, znów mnie rzuciło na wieś, gdzie stopa młodych intelektualistów z miasta, jeśli postanie, to tylko przez pomyłkę. Myślałem przy tym, że skoro już tak się dałem oderwać od nowej cywilizacji, to i z Salonem kontakt będę miał tylko przez internet w telefonie.
Na szczęście, okazało się, że i tu nasza kochana Unia Europejska wyciągnęła do nas moherów pomocną dłoń i zafundowała wszystkim chętnym tzw. sieć.
Korzystam więc z tej okazji, żeby dokuczyć jak zwykle wszystkim tym, którym nawet przez myśl by nie przeszło, że któregoś dnia właśnie Unia Europejska przyłoży rękę do propagowania tak nieprzyzwoitych poglądów.
Szczerze powiedziawszy, może być jeszcze gorzej, ze względu na samo miejsce, z którego nadaję. Otóż moja wieś to Sławatycze nad Bugiem, które to miejsce, dzięki działalności jednego lokalnego wariata i interesom poza-lokalnych absolutnie nie-wariatów, może niedługo już zastąpić Jedwabne na mapie polskiej nienawiści.
O co chodzi? Mianowicie ostatnio, osoba znana lokalnej społeczności aż nazbyt dobrze, opublikowała artykuł, z którego wynika, że w Sławatyczach, w roku 1942, Niemcy, przy aktywnym udziale lokalnej społeczności wymordowali w ciągu zaledwie 3 dni tysiąc obywateli żydowskich. Informacja ta jest pod każdym względem tak głupia, jak głupi jest umysł tego dziwnego człeka, co nie zmieniło faktu, że śladem tych chorych kalkulacji, do Sławatycz zaczęli zjeżdżać goście z całego świata, żeby się rozejrzeć i ocenić sytuację.
Więc, jak mówię, jeśli sprawa okaże się hitem, to, że Unia Europejska w gruncie rzeczy umożliwiła mi to moje dzisiejsze pisanie, może być naprawdę śmiesznie.
Nie o tym jednak chciałem pisać. Powodem dla którego tu przyszedłem był wczorajszy wpis w Salonie niejakiego Ras Fufu, który wlazł wczoraj w nocy od razu na czołówkę SG, by z samego rana wylecieć z hukiem. Kiedy zobaczyłem ten tekst, wyglądało na to, że jego intelektualna potęga przykuła uwagę zaledwie 17 komentatorów, z których niemal wszyscy zastanawiali się jedynie nad tym, jak to się stało, że coś tak idiotycznego spotkało się z aż takim szacunkiem ze strony administracji.
Tekst był faktycznie wyjątkowo debilny, nawet jak na poziom, do którego zdążył nas autor przyzwyczaić. Do tego stopnia debilny, że pojawiły się podejrzenia, że Ras Fufu się najnormalniej w świecie upalił i odjechał. Ja jednak nie byłem szczególnie oburzony, raz ze względu na to, że uznałem, że administracja, umieszczając tekst tego nieprzytomnego rastafarianina na czołówce, po prostu się pomyliła, co przecież się zdarza, a po drugie, wśród komentarzy znalazłem dwa, które zainteresowały mnie z perspektywy czystej socjologii.
Za chwilę do tego wrócę. W tym punkcie chciałbym jednak przypomnieć pewien mój tekst, jeszcze sprzed miesięcy, o wykopywaniu taboretu. Mówiąc krótko, chodziło o to, że w obecnej sytuacji w Polsce nie ma szans na cywilizowaną debatę między zwolennikami PiS-u, a jego przeciwnikami, ponieważ ludzie, którzy nie znoszą Kaczyńskich, w swojej ogromnej większości, kierują się wyłącznie marzeniem, by znaleźć się któregoś dnia wśród tych, którzy będą wykopywać taboret na którym w ostatniej chwili swojego życia będzie stał jeden lub drugi Kaczor.
Jakakolwiek jest sytuacja, jakiekolwiek pojawiają się pytania, czy dylematy, przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości myślą tylko o jednym. Jak by to było pięknie, gdyby można było doczekać tego dnia!
Ludzie o tego typu umysłowości, trzymają się razem, napędzają się wzajemnie swoją nienawiścią, jak się spotkają na obcym terytorium rozpoznają się przy pomocy sobie tylko znanych znaków i haseł i – jak mówię – żywią się jednym marzeniem. Nie potrzebują dyskusji, nie potrzebują pytań. Oni będą w swej obsesji tkwić tak długo, aż się zmęczą i wrócą do swoich łóżek. Dokładnie, jak ci straszni mieszkańcy od Tuwima.
Wracam teraz do tekstu Fufu. To co wczoraj pojawiło się nocą na SG nie było – na ile oczywiście jestem w stanie ocenić – tekstem politycznym. Czysty bełkot człowieka, który wypalił bardzo dużo papierosów z marihuaną i gada. Tekst, którego nie ma sposobu, by skomentować w jakikolwiek merytoryczny sposób. Tekst nie wiadomo o czym, nie wiadomo po co napisany, bez żadnej wartości nawet na poziomie czystej literatury. Kompletna pomyłka.
Dlatego też większość komentarzy, wyrażających zdziwienie faktem, że tak niezwykły wykwit chorego umysłu został uznany, za zdarzenie realne, były jak najbardziej zrozumiałe. Ktoś się oburzał, że skoro on, to czemu nie ja, kto inny – dlaczego w dziale politycznym, kto inny – dlaczego tak wysoko. I ja, choć sam się za bardzo nie przejmowałem, bo raz, że znam twórczość tego upalonego lwa, a dwa, że – jak mówię – podejrzewałem pomyłkę w systemie, ten szok rozumiałem.
Nagle, jak grom z czystego nieba, wśród komentarzy pojawiło się dwóch salonowiczów, niejaki wartburg i pewna dama, która bywa wszędzie i stara się, by ją wszyscy lubili, którzy wykazali wielkie zainteresowanie tekstem Rasa Fufu. Wartburg napisał, że to dobrze poczytać coś lekkiego i takiego świeżego, natomiast rzeczona dama napisała komentarz merytoryczny (sic!).
Najpierw się zdziwiłem, ale już po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu. Oni się po prostu rozpoznali w tłumie. Oni zobaczyli, że są wśród swoich i że cokolwiek by się działo, nic ich nie rozłączy.
I nieważne, co pisze ich brat w nienawiści. Nieważne, jakie myśli krążą wokoło, jakie idee. Nieważne też są opinie innych osób, nieważne argumenty. Ich – tych trzech kompanów – łączy jedno serce i jedna miłość, a tak długo, jak w swojej wspólnej perspektywie będą widzieć taboret i sznur, tak długo nic nie ma znaczenia.
Pisze więc dziś ten mój tekst z małej wioski na wchodzie Polski, z ufundowanej przez Unię Europejską, internetowej – nawet nie kawiarenki – lecz zwykłej świetlicy, żeby po raz kolejny zaapelować do moich przyjaciół w wierze: jeśli chcecie dyskutować – dyskutujcie, ale nie róbcie sobie większych nadziei. Po drugiej stronie macie plazmę. Plazmę ulepioną z nienawiści i szyderstwa. Tego się nie da przebić ani nożem, ani słowem. To po prostu musi któregoś dnia usnąć. Usnąć i już się nie obudzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz