środa, 9 lipca 2008

Artur Borubar, a twórczość Juliana Tuwima

Wróciłem dziś do domu po całym tygodniu spędzonym na Kaszubach. I muszę od razu zakomunikować, że nie zauważyłem, by ktokolwiek coś tam w okolicy rozpylał. Świat wokół mnie wyglądał sympatycznie, ludzie zachowywali się normalnie, jeśli cokolwiek pojawiało się na niebie, to tylko przelotne chmurki.
Tym samym, zagadka ostatniego kulturowego obsunięcia się premiera Donalda Tuska musi pozostać przynajmniej częściowo nierozwiązana.
Oczywiście jest możliwe, że to coś, co zaatakowało pana premiera, jeśli dotarło do Helu, to tylko do Władysławowa, najdalej do Chałup (do dziś nie umiem zapomnieć, jak przed laty pan Donald uznał za stosowne poinformować mnie, że śpi nago).
Natomiast Kuźnica, w której się wczasowałem, pozostała na sto procent nietknięta.
Na dziś więc, o premierze i jego piłkarzykach - sza!
amiast o nich, chciałem tu porozmawiać o pewnym wczasowiczu i pewnym artyście, czyli o zjawisku, które na swój własny użytek nazywam ‘nadętą amatorszczyzną'.
Jeszcze zanim wyjechałem nad morze, trafiłem tu w Salonie na blogowicza o ksywie Mireks. Bloger Mireks zaintrygował mnie z dwóch powodów: pierwszy to taki, że przedstawił się, jako "publicysta amator", drugi to taki, że okazał się amatorem w obu znaczeniach tego słowa, czyli kimś, kto uwielbia pisać, a jednocześnie, kto pisać umie na poziomie wyłącznie podstawowym. Czyli, że na ogół wie, że zdania oddziela się kropkami. Czyli taki człowiek spod znaku: "Ja nie bardzo umiem, ale bardzo lubiem."
Trafiłem więc na tego Mireksa i pomyślałem sobie, jak to jest, że pewne dziedziny życia są dla różnego typu ‘pasjonatów' otwarte, a inne nie.
Na przykład wiadomo powszechnie, że jeśli ktoś nie ma prawa jazdy, to, nawet jeśli bardzo lubi szybką jazdę, nie powinien jeździć autem w miejscach, gdzie przebywają ludzie. Podobnie, jeśli ktoś nie jest wykształconym lekarzem, to medycyną może się parać jedynie na poziomie syropu, ewentualnie apapu. A jeśli przyjdzie mu do głowy wziąć do ręki skalpel i przy pomocy kleju kropelka łączyć złamane kości, bo "jestem lekarzem amatorem z Poznania", to od razu go opiszą w programie Z dala od Polski, czy jakoś tak.
Są też dziedziny, gdzie bez odpowiednich referencji nie ma się wstępu fizycznie. Na przykład, jeśli ktoś uwielbia być posłem, musi najpierw skutecznie podlizać się pewnej określonej grupie wyborców i tym posłem zostać. Inaczej się nie da.
Jednak wiadomo też, że na przykład można nie umieć śpiewać, a zostać słynnym piosenkarzem; albo można "mieć we krwi" aktorstwo i występować w filmach, nawet w rolach pierwszoplanowych.
No i oczywiście, jak się okazuje, można nie mieć pojęcia o polityce, o społeczeństwie, o języku pisanym, a z powodzeniem - oczywiście "amatorsko" - wymądrzać się na każdy dowolny, nawet najbardziej skomplikowany temat.
Ciekawe, że na przykład tu w Salonie, jeśli idzie o tę konkretną kwestię, proporcje rozkładają się zupełnie "po równo" między czerwonymi, a całą resztą. Kto wie, czy nawet czerwoni są słabsi?
Na plaży w Kuźnicy, któregoś dnia pojawił się człowiek z rodziną i telefonem komórkowym. Najpierw przez telefon pozałatwiał bieżące sprawy biznesowe (chodziło o ustawienie programu artystycznego na dyskotekę, czy jakieś wesele), a później, zgodnie ze wskazówkami Donalda Tuska poszedł grać ze swoim małym synkiem w piłkę. Wszystko odbywało się tradycyjnie. Pan Tato wrzeszczał, pokazywał żółte kartki, wywalał się, groził kartką czerwoną. W pewnym momencie dziecko zapytało, jak się nazywa w ich drużynie bramkarz. W tym momencie pan Tato uśmiechnął się porozumiewawczo do współplażowiczów i powiedział: "Borubar".
Pomyślałem sobie wówczas, że nie jest wykluczone, że człowiek ten jest wybitnym gitarzystą basowym, albo klarnecistą, albo świetnym tzw. dyrektorem artystycznym do spraw letnich imprez muzycznych. Możliwe też, że dobrze gra w piłkę nożną. Nie ulega dla mnie jednak wątpliwości, że politycznie pan Tato zorientowany jest na tyle tylko, że na dowolną kwestię może odpowiedzieć - tak jak w tej grze o nazwie pomidor - jedynie "Borubar".
Wracając z plaży, kupiłem Rzepę, a w niej wywiad ze Zbigniewem Hołdysem, autorem paru znanych piosenek, oraz gitarzystą Maryli Rodowicz i zespołu Perfect. Hołdys opowiada troszkę o muzyce, najwięcej jednak o prawie, teatrze i o życiu społecznym. Trochę też o polityce.
Co mówi? Mianowicie tak:
Prawnicy oszukują, ale nie wszyscy, bo w Ameryce nie oszukują, a nawet, jak oszukują, to też są inni, którzy pomagają nie dać się oszukać.
Teatr jest fascynujący, o wiele bardziej niż granie na gitarze.
Lecha Wałęsę, podobnie jak O.J.Simpsona, nikt za rękę nie złapał; Simpsona uniewinnili, a Wałęsę skazali.
Dzieci nie należy bić. On Tytusa nie bił.
W imię prawa i sprawiedliwości człowiek okrutnie niszczy.
Chyba lepiej mieć jedną żonę i dzieci, ale są tacy, którzy uważają, że nie - na przykład Jodie Foster, albo różne egzotyczne kultury.
Największą ofiarą rozwodów są dzieci.
Pieniądze to nie wszystko.
I wreszcie: zespól Feel jest do niczego.
Po co tu się znęcam nad Zbigniewem Hołdysem - ani wybitnym muzykiem, ani tym bardziej wybitnym analitykiem? Z tego prostego powodu, że on właśnie, w sposób chyba najdoskonalszy symbolizuje całą intelektualną ubogość naszej debaty. Kiedy czytam tu w Salonie refleksje niektórych tzw. publicystów-amatorów, to widzę to, co Rzepa tak wyraźnie pokazała na przykładzie właśnie Hołdysa. Czyste, histeryczne zainteresowanie obrazami i gestami, bez najmniejszej próby syntezy i wyciągania wniosków. Coś, co kiedyś tak przejmująco wyraził Julian Tuwim:
Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.
Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań - na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford... że kino...
Że Bóg... że Rosja... radio, sport, wojna...
Warstwami rośnie brednia potworna...
Gdyby Julian Tuwim pisał dziś, a chciałoby mu się wpaść w tandetną publicystykę, to pewnie zamiast tego "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo..." napisałby, że WSI... że Kaczory... że laptop... że tarcza... że Borubar.
Jak wspomniałem, Zbigniew Hołdys zakończył swoje refleksje krytyką grupy muzycznej Feel. Ta ostatnia informacja jest szczególnie interesująca, ponieważ Zbigniew Hołdys obudowuje ją merytorycznie i retorycznie. Mówi tak: "Gdybym tak źle grał na instrumentach, nie założyłbym zespołu".
Myślę, że teraz już każdy wie, do czego zmierzam. Jestem pewien, że zarówno pan Tato z plaży, przeróżni komentatorzy z Salonu i mnóstwo innych specjalistów w swojej dziedzinie, od czasu do czasu wydają z siebie okrzyk: "Gdybym ja tak źle..."
Co oczywiście, nie przeszkadza ani jednemu, ani drugiemu, ani całej reszcie niedzielnych amatorów, w przerwie od swoich zwykłych zajęć, zadzierać nosa na każdy temat.
Czy tym swoim dzisiejszym wpisem sugeruję, że niektórzy moi koledzy z Salonu powinni przestać pisać? Absolutnie. Muszą - niech piszą. Ich prawo. Ich wstyd. Jeśli któregoś dnia, na naszym forum pojawi się ten człowiek od Borubara, albo nawet sam Zbigniew Hołdys - powiedzmy, że teatr mu zbrzydnie i postanowi się wziąć za publicystykę - trudno, niech już i oni się tu popisują. Niech te "wypchane głowy grubo im puchną".
Natomiast jeśli już będą pisać te swoje głupstwa, to niech przynajmniej przed kliknięciem w guziczek ‘wyślij', zechcą przeczytać choć raz, to co wyżej napisali i wezmą pod uwagę, że ich teksty czytają nie tylko ich politycznie rozchwiani fani, ale i inni użytkownicy Salonu, którzy szukają czegoś bardziej merytorycznego.
I przynajmniej zadbają o to, żeby zdanie, akapit, czy wreszcie cały wpis, miały w miarę wyraźny początek, rozwinięcie i zakończenie.
Przynajmniej tyle.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.