piątek, 25 lipca 2008

Polska, czyli jedna refleksja w kilku tematach

Dobiega końca mój tygodniowy pobyt na mojej pięknej wsi, więc i czas na podsumowanie. Od początku tygodnia zdarzyły się trzy rzeczy: mój Kościół uroczyście pochował Bronisława Geremka, poseł Palikot wrócił z urlopu, Platforma Obywatelska przeprowadziła kolejną prowokację na rzecz podtrzymania władzy.
Jednocześnie, w ciągu tego jednego tygodnia, korzystając z bardzo sprzyjających okoliczności przyrody, że zacytuję klasyka, przeczytałem książkę na temat współpracy Lecha Wałęsy z tajnymi służbami.
I, zanim wrócę do spraw bieżących, chciałbym przez chwilę skupić się na książce.
Oczywiście to, co stanowi główną tezę pracy ipeenowskich historyków, nie jest dla mnie niczym zaskakującym, niemniej sposób przedstawienia sprawy, bogactwo i solidność dokumentów – to wszystko, owszem, poraża.
Dziś więc, kiedy kwestia współpracy i zdrady Lecha Wałęsy znalazła się poza dyskusją, zwraca uwagę jeden, bardzo smutny, a może i przerażający fakt. Cały ruch Solidarności, cała zmiana systemu, cała tzw. rewolucja, u swoich podstaw, znajdowała się pod ścisłą kontrolą komunistycznej agentury.
Bo proszę popatrzeć. Przywódcy strajków w trzech kluczowych dla rewolucji solidarnościowej ośrodkach, czyli Sienkiewicz w Jastrzębiu, Jurczyk w Szczecinie i Wałęsa w Gdańsku byli agentami komunistycznych służb.
O czym to świadczy? O tym mianowicie, że od samego początku, ruch, który być może – choć dziś nie jest to już takie oczywiste – był związany ze spontanicznym odruchem protestu, bez najmniejszego wysiłku został spacyfikowany przez komunistyczne państwo. Dowodzi to przede wszystkim siły, jaką dysponuje państwo wobec tego wszystkiego, co się dzieje w ramach tego państwa.
Mówię „w ramach tego państwa”, ale przecież nie tylko. W miarę upływu czasu i w miarę pozyskiwania nowych wiadomości, nowych faktów, nowych dokumentów, musimy dojść do przekonania, że czarny wpływ państwa sięgnął tam, gdzie sięgać absolutnie nie powinien. Czyli Kościoła.
Istnieje bardzo bolesne, ale i bardzo sensowne podejrzenie, że wpływy służb bardzo ściśle dotknęły Kościoła na najwyższych piętrach hierarchii. Według coraz bardziej powszechnych i mocnych podejrzeń, najbliższe otoczenie Papieża było przez cały okres pontyfikatu ściśle inwigilowane.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to co piszę, to wiadomości złe, wiadomości najgorsze, ale niestety tak to widzę i to co widzę, opisuje.
Do czego zmierzam? Mianowicie do tego, co się zdarzyło w tym tygodniu, czyli do pogrzebu Bronisława Geremka, do słów Janusza Palikota i do kolejnych zabiegów Platformy na rzecz realizacji swoich obietnic wyborczych.
Po tych wszystkich latach, latach które faktycznie tworzyły podwaliny dla tego, z czym się zmagamy w miesiącach obecnych, mamy prezydenta, który dzięki bożej opiece, został szczęśliwie nam dany, człowieka mądrego, wykształconego, zrównoważonego, człowieka o silnej świadomości narodowej. Człowieka, według najbardziej obiektywnych standardów sympatycznego i miłego, który jednocześnie jest oskarżany o wszystko, co najgorsze. O chorobę alkoholową, o szaleństwo, o brak inteligencji, wreszcie o zwykłe chamstwo. Oskarżany jest w majestacie prawa, oficjalnie, absolutnie bezwstydnie.
Mamy Kościół rozbity, moralnie szantażowany, nieustannie terroryzowany z jednej strony przez Państwo, z drugiej przez siły masońskie, a z trzeciej jeszcze strony przez ośrodki wewnątrzkościelne. Kościół, który właściwie walczy o przetrwanie nie w wojnie z gasnącą wiarą, lecz w wojnie, którą mu wytoczyła państwowa i przy-państwowa agentura.
No i wreszcie mamy władzę, która uzyskała społeczny mandat, obiecując jedno: że zbuduje taboret i uplecie sznur dla jedynego człowieka, który chciał powstrzymać – nie mówię pokonać – powstrzymać zaledwie marsz czarnej agentury.Człowieka, który dokonał próby pokonania tego planowanego chaosu.
A gdy okazało się, że ten człowiek jest zbyt silny i zbyt uczciwy, a przez to tak trudny do zniszczenia, i gdy pojawia się strach, że ogłupiała publiczność, nie dostawszy swojej porcji strawy, odwróci się od nich i zniknie, to władza ta zaczyna się zachowywać, jak zagrożony śmiertelnym niebezpieczeństwem drapieżnik.
I to oczywiście nie wiadomo, dokąd nas zaprowadzi.
Oczywiście, pozostaje nam obietnica silna, obietnica absolutnie kluczowa: „...a bramy piekielne go nie przemogą”.
I w tych niewesołych dniach, możemy się tego trzymać. Czego wszystkim, którzy tego pragną, życzę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.