poniedziałek, 5 października 2020

Szara strefa niejednoznaczności, czyli zrozumieć nazizm

 

      

      Jak już pisałem wczoraj, prawdopodobnie w reakcji na zamieszanie jakie pojawiło się w publicznej przestrzeni w związku z kolejnymi niemieckimi wybrykami, tak złośliwie zwany Der Onet opublikował tekst na temat niemieckiego przewodnika turystycznego po Generalnej Guberni, a trzymając się starej zasady, że najlepszą obroną jest atak, do artykułu dodał serię zdjęć prezentujących podhalańskich górali, członków niesławnej, kolaborującej z Niemcami organizacji o nazwie Goralisches Komitee, radośnie pozujących obok niemieckich okupantów.

       Minęła noc i ten sam Onet postanowił pójść za ciosem, tyle że tym razem tematem relacji stała się nie historia polskiej kolaboracji, lecz niesławnego obozu Gross-Rosen i skomplikowanych losów jego załogi. Oto, proszę sobie wyobrazić, że jak się okazuje, członkiem jej był polski Żyd nazwiskiem Nusyn Wekselman. Oto relacja Onetu:

Zatrzymajmy się na moment na Nusynie Wekselmanie, czyli historii żydowskiej – tragicznej, niejednoznacznej. Najtrudniejszej ze wszystkich, które poznałam: ofiara i kat spotkały się w jednej osobie.

Nusyn walczył w kampanii wrześniowej. Po powrocie do rodzinnego Będzina widział, jak zaczyna się gehenna jego rodziny i całej społeczności żydowskiej. Do Auschwitz trafili wszyscy jego bliscy, w tym żona, prawdopodobnie będąca w ciąży. Wiemy to wszystko z akt – ale rozmiaru cierpienia tego człowieka nie da się z nich wyczytać.

Nusyn trafia – jako młody, zdrowy i silny Żyd – do kolejnych obozów pracy. Zachowuje życie, ale zostaje kapo i zaczyna się w pewnym momencie znęcać nad współosadzonymi, innymi Żydami. Jest na tyle okrutny, że w jego otoczeniu powstaje pomysł, by się go pozbyć. Więźniowie rozpuszczają plotki na jego temat, komendantowi obozu ktoś donosi, że Wekselman rabuje złoto i rzeczy osobiste więźniów. Ktoś planuje zabicie go zastrzykiem z trucizną – w ramach ‘dintojry’. Ostatecznie do tej próby nie dochodzi.

Ale po wojnie Wekselman zostaje schwytany, bo o jego kryjówce donosi więzień, którego Nusyn katował w jednym z obozów. Na procesie kilkudziesięciu innych więźniów zeznaje przeciw niemu bardzo szczegółowo – przyznając zresztą, że chcą zemsty.

Wekselmana ułaskawił Bierut. I to dwukrotnie. Najpierw wybawił go od kary śmierci, potem od dożywocia, więc Nusyn spędził w więzieniu tylko osiem lat. Wielu skazanych w takich sprawach prosiło o łaskę, ale to był jeden z nielicznych przypadków, kiedy Bierut się do wniosku przychylił.

Historia Nusyna Wekselmana jako kapo to przykład, jak działała ‘szara strefa niejednoznaczności’. To pojęcie ukuł Primo Levi, więzień Auschwitz. Niemcy skonstruowali system obozowy w taki sposób, że katów i ofiar nie dzieliła jasna granica. Ofiary tej machiny zostały wprzęgnięte w jej tryby, były także narzędziami oprawców – co chyba najlepiej widać na przykładzie Żydów kierowanych do Sonderkommanda.

Opisałam historię Wekselmana, według mnie tragiczną, ale nie oceniam jej. Siedząc w wygodnych mieszkaniach, z rodziną, w ciepłych kapciach - nie wiemy, ile byśmy w tamtym czasie i miejscu zachowali z własnego człowieczeństwa”.

        Ponieważ nigdy wcześniej o tym Wekselmanie i jego tragicznych losach „kata i ofiary” nie słyszałem, zajrzałem głębiej do sieci i dowiedziałem się, że Wekselman w momencie gdy trafił w ręce komunistycznej władzy, pierwsze co zrobił to bardzo kulturalnie i grzecznie zaczął wszystkich napotkanych funkcjonariuszy zapewniać, że jest szczerym komunistą i bardzo by chciał służyć Czerwonej Rewolucji, w efekcie czego dyrektor więzienia w którym przebywał wystawił mu nadzwyczaj pozytywną opinię, no i Bierut nie miał innego wyjścia jak Wekselmana ułaskawić.

        I tu dochodzimy do najciekawszego. Otóż ani w Internecie, ani – co jeszcze ciekawsze – w relacji Onetu nie ma marnego słowa co się stało z Wekselmanem po tym jak opuścił więzienie. Słyszymy, owszem, o tym, jak ciężkie miał życie i jak ów ciężar sprawił, że my nie mamy dziś prawa go w żaden sposób oceniać. Otrzymujemy nawet jako premię specjalne określenie „szara strefa niejednoznaczności”, które, jak rozumiem, ma nam służyć na przyszłość do rozróżniania tego co złe naprawdę, a co złe tylko w naszym głupim pojęciu. Tak, byśmy choćby wiedzieli to, że gdy chodzi o goralenvolk, to oni stanowią czarną plamę na naszych polskich aspiracjach, natomiast co do Wekselmana i jemu podobnych, powinniśmy bardzo uważać na to, co nam się kotłuje w naszych czarnych sercach, by nie skrzywdzić człowieka.

         Otóż nic z tego. Czytam informację na temat wspomnianych wcześniej podhalańskich folksdojczów i dowiaduję się na przykład, że sam prezes owego towarzystwa, Wacław Krzeptowski, został w styczniu 1945 pojmany i wyrokiem Polskiego Państwa Podziemnego powieszony. Tu nie było mowy o tym, by ktokolwiek, stawiając go przed sądem, zastanawiał się nad „szarą strefą niejednoznaczności”. Podobnie, jak sądzę, nie było tego typu myśli w przypadku innego działacza Goralisches Komitee, oraz pomysłodawcy stworzenia specjalnej podhalańskiej jednostki bojowej Waffen-SS, Henryka Szatkowskiego. Ten z kolei, w odpowiedniej chwili, wraz z wycofującymi się Niemcami, ewakuował się z Polski, pozostawiając w Zakopanem żonę i dzieci, i dziś nie jest znana ani data jego śmierci, ani miejsce gdzie został pochowany.

        I to jest moim zdaniem sytuacja gorsza nawet od piekła. A skoro tak, to myślę sobie, że gdyby się miało okazać, że podobne nieszczęście spotkało również Nuksyna Wekselnana, to ja bym się w tej sprawie skutecznie zamknął. Niestety, obawiam się, że zarówno milczenie Onetu jak i wszelkich innych źródeł w tym temacie świadczyć może o tym, że ów Żyd jest bardzo mocno zapisany w czy to polskiej, czy to izraelskiej powojennej historii i na jego grobie do dziś są palone świeczki.

       A w tej sytuacji moja wyssana z mlekiem matki nienawiść każe mi mieć nadzieję, że przynajmniej ci folksdojcze z Onetu poniosą kiedyś karę odpowiednią do swoich uczynków.






 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.