czwartek, 8 października 2020

O Matce Boskiej w szatach czarnych i błękitnych, czyli kto się uchowa?

 

       Możliwe bardzo, że ci z nas, którzy mieszkają w Warszawie, sprawę znają bardzo dobrze, gdy chodzi jednak o całą resztę, to albo nie mają o niej bladego pojęcia, albo ewentualnie coś tam może pamiętają z ubiegłorocznych medialnych przepychanek. A zatem z przyjemnością przypomnę w czym rzecz. Otóż jeszcze kilka lat temu pojawił się pomysł, by przeprowadzić rewitalizację warszawskiej Starej Pragi, tak by ona wreszcie odzyskała swoją, może nie aż świetność, ale by się stała bardziej kolorowa. By zrealizować ów pomysł, jak można się było od początku spodziewać,  postanowiono pójść po najtańszej linii oporu i zlecić całą robotę lokalnym artystom. Wśród zatem całego szeregu przeróżnych geszeftów, na czoło wyszedł projekt pod nazwą „Otwarta Ząbkowska”, którego założeniem było najpierw zamknięcie wszelkiego ruchu kołowego na ulicy Ząbkowskiej właśnie, a w dalszej kolejności zorganizowanie tam cyklu przedsięwzięć w wykonaniu szukających jakiejkolwiek roboty artystów. Do projektu dołączyli się pracownicy miejscowego domu kultury „Dorożkarnia”, którzy zorganizowali tak zwany  „Mobilny Warsztat ARTystyczny”, a którego motywem przewodnim było zbudowanie 5 ławeczek, na których będzie można sobie posiedzieć, jednocześnie podziwiając eksplozję młodych talentów. A ja już tak tylko na marginesie zastanawiam się, czy owo wyróżnione wielkimi literami ART pozwoliło organizatorom nieco podbić cenę.

       I oto 8 lipca tego samego roku wspomniany Dom Kultury podpisał umowę o dzieło z niejaką artystką Moniką Rakowską, która za jedyne 1250 zł. zabrała się do pracy. Zaczęła od samej ławeczki, a następnie zaczęła ją przyozdabiać. Z zasuszonych połówek cytryn wykonała szpiczaste kapelusze, pomalowała je na czarno, następnie nalepiła na nie kropki i wreszcie umieściła je na długich trzonkach, w taki sposób by wszystko przybrało wygląd kolonii grzybków halucynogennych, zasadziła je w doniczkach, a wśród nich postawiła szklaną kapliczkę, do której włożyła figurkę Matki Boskiej w czarnych szatach. Część grzybów zdecydowała się Rakowska umieścić również w samej kapliczce, tak by one towarzyszyły Maryi już bardziej bezpośrednio. 

       U stóp kapliczki umieściła zapalniczkę, a wokół niej czarne ptaki, kawałki węgla, gałęzie. Nad kapliczką zawiesiła czarny daszek, a na nim niedojedzony słonecznik, oraz czarną pajęczynę, rynnę, a pod nią miskę. Całość otoczyła płotkiem, na którym została zawiesiła zębatkę od roweru z pojedynczym pedałem. Obok ławeczki postawiła jeszcze stolik z popielniczką, zgniłymi deseczkami, oraz pułapkę na szczury. A w to wszystko jeszcze wrzuciła stare radio. Swoje dzieło przedstawiła zainteresowanym jako symbol symbol kontemplacji i walki o czystość środowiska i zaczęła wyglądać efektów.

      Te nastąpiły niemal natychmiast. Jak się można było spodziewać, u starych warszawiaków instalacja zaczęła prowokować bardzo wrogie reakcje, zwłaszcza że w ciągu paru kolejnych dni w pobliżu ławeczki pojawił się szereg kolejnych artystów, którzy zaczęli ozdabiać cały teren na podobny sposób. Wspomniana wrogość przejawiła się najpierw w tym, że któregoś dnia niezidentyfikowana kobieta rozbiła kapliczkę, zabrała figurkę Matki Boskiej i zbiegła z miejsca zdarzenia. Gdy Rakowska powstawiała szybki na nowo, kolejny ktoś przyszedł pod osłoną nocy i również nowe szybki powybijał. Rakowska oczywiście natychmiast szkodę naprawiła, jednak co gorsza, sprawą zainteresowały się media z obu stron sceny i zarówno Rakowskiej jak i jej instalacji zrobiły odpowiednią reklamę, przedstawiając jedno i drugie albo jako ciężką profanację, albo jako przykład artystycznej wolności w faszystowskim kraju.

       Instalacja Rakowskiej święciła swoje triumfy jeszcze przez jakiś czas, kiedy to zamieszkały w pobliżu pewien nadzwyczaj dzielny człowiek, nieskończenie wdzięczny Matce Boskiej za uratowanie go swego czasu od niechybnej śmierci, nazwiskiem Jan Maciej Piotrowski, nie mogąc dłużej znieść owej demonstracji wulgarnego satanizmu, przyszedł na miejsce ze swoją laską, przy której pomocy najpierw otworzył kapliczkę, delikatnie wyjął figurkę Maryi, równie delikatnie odstawił ją w bezpieczne miejsce, po czym, przy pomocy tej samej laski, rozpiździł w drobny mak owo czarne dzieło czarnej duszy. Następnie, zamiast się ukrywać, stanął na owych pięknych zgliszczach z dumnie wypiętą piersią i powiedział: „To byłem ja”.

        Oczywiście, w tym momencie, występując w imieniu Rakowskiej, Dom Kultury „Dorożkarnia” poinformował media, że zniszczone dzieło warte było 25 tys, zł. i zgłosił naszego wspaniałego wandala na policję, która to, zgodnie z procedurami, skierowała sprawę do Prokuratury Rejonowej dla dzielnicy Warszawa Praga.

        A ja pewnie o tym co się tam stało bym ani nie wiedział, ani tym bardziej dziś o tym nie pisał, gdyby nie fakt, że mój serdeczny kumpel Jan Maciej Piotrowski nie poinformował mnie właśnie o tym, że po roku obradowania, zajmujący się sprawą prokurator zdecydował się sprawę umorzyć, stwierdzając, że Piotrowski to swój gość.

      I teraz, już na sam koniec, kto wie, czy nie to co tak naprawdę stanowi cały sens dzisiejszej notki, a więc fragment uzasadnienia ostatecznego umorzenia:

Okoliczności jego czynu były takie, że instalacja zanim została zniszczona stała się obiektem ożywionej dyskusji w mediach, w których pojawiały się głosy bardzo krytyczne na temat dzieła Moniki Rakowskiej, wskazujące na jego obrazoburczy charakter. Konieczne jest w tym miejscu odwołanie się do opinii biegłego z zakresu religioznawstwa, który stwierdził że ‘figura matki Bożej Niepokalanie Poczętej w otoczeniu grzybków halucynogennych stanowi szyderstwo nie tylko z wizerunku Maryi, ale także z wiary katolickiej i zostało z premedytacją zastosowane. Kpienie i fałszywe przedstawianie świętych wizerunków, którym należy się szacunek, ponieważ odnoszą się one wprost do Boga, stanowi bluźnierstwo, jak podaje Katechizm Kościoła K, nr 2418. W takim razie należy uznać, że figurka Matki Boskiej w otoczeniu grzybków halucynogennych stanowi obrazę uczuć religijnych i promocję wyszydzania wartości chrześcijańskich’. W świetle powyższego jest oczywistym, że czyn podejrzanego można usprawiedliwić w rozumieniu społecznym okolicznościami w jakich się go dopuścił.

Sposób i okoliczności popełnienia przez Jana Piotrowskiego zarzucanego mu czynu są ściśle  powiązane z oceną jego zamiaru i motywacji. Niewątpliwie podejrzany działał z zamiarem bezpośrednim, jednak na ostateczną ocenę strony podmiotowej społecznej szkodliwości czynu wpływa ocena jego motywacji. Nie sposób zaprzeczyć złożonym przez podejrzanego wyjaśnieniom, z których wyłania się obraz osoby doświadczonej przez życie między innymi wypadkiem, w którym mógł stracić życie i który uznaje jako znak dany od Boga

Wyżej opisane złożone przez niego wyjaśnienia uznać należy za wiarygodne nie powodowane jedynie chęcią uniknięcia odpowiedzialności karnej. Dodać trzeba, że są one konsekwentne aksjologiczne. W podejrzanym zrodził się imperatyw moralny zapobiegnięcia dalszemu szerzeniu się profanacji i uznał, że – będąc gotów ponieść pełne konsekwencje –  musi dać wyraz sprzeciwu wobec zgorszeniu. Jego motywacja nie zasługuje na potępienie, a wręcz przeciwnie, w sprawie podejrzanego można dostrzec szlachetne pobudki. Swoistym paradoksem jest to, że przez zachowanie Jana Piotrowskiego, które wypełnia znamiona czynu opisanego w art. 288 §1 kk, Monika Rakowska stała się artystką bardziej znaną. Jak zauważyła biegła z zakresu sztuki współczesnej, ‘szum medialny, jaki wywołuje wystawienie, a najbardziej zniszczenie instalacji, przyniósł autorce realny sukces’. Działanie Jana Piotrowskiego nie wypływało przy tym z odosobnionego przekonania o zaistniałej obrazie uczuć religijnych. Przekonanie to – jak widać w opinii biegłego z zakresu religioznawstwa – było słuszne”.

       Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wciąż jesteśmy bardzo daleko od tego by polski wymiar sprawiedliwości wreszcie sprostał wymaganiom cywilizacyjnym, gdzie słowo „cywilizacja” jest rozumiana w sensie podstawowym i znanym od wieków. To jednak orzeczenie i ta decyzja pozwala mi wierzyć, że w jakiś tam jednak sposób trzymamy się odpowiednio upatrzonej drogi i bardzo liczę, że z niej nie zejdziemy.

      A gdy chodzi o to, co potrafi Matka Boża, o czym tu trochę było, spójrzmy może na to zdjęcie:



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.