piątek, 9 października 2020

Czy Rolf przeprosi za swojego pana?

 

Ktoś powie, że to o czym piszę dziś to nic nowego i owszem, to rzeczywiście nic nowego, niemniej i czasy takie i takie też napięcia, że każde słowo, choćby powtórzone, wielokrotnie, ma swoją moc. A zatem dziś mój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”. Bardzo proszę.   

 

 

      Nie wiem czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” znają kultowy w niektórych środowiskach komediowy program brytyjskiej telewizji „Latający Cyrk Monty Pythona”, a jeśli nawet, to czy pamiętają odcinek kiedy to przed sądem staje człowiek oskarżony o wielokrotne i nadzwyczaj okrutne morderstwo i zwracając się do bardzo surowego sądu wygłasza mowę, w której z najwyższą elokwencją, z jednej strony przeprasza za haniebny czyn, którego się dopuścił, a z drugiej, prosi o najbardziej surowy wymiar kary. Wystąpienie owego zabójcy jest bardzo długie i niezwykle emocjonalne, na tyle jednak poruszające, że pod sam koniec wszyscy obecni, nie wyłączając samego prokuratora, wręcz błagają o to by owego mordercę uwolnić od wszelkiej odpowiedzialności. Dlaczego? Bo przeprosił i zrobił to w naprawdę wzruszający sposób.

        Przypomina mi się ów żart, ile razy, obserwując bieżące wydarzenia polityczne, słyszę, że ktoś powinien za coś przeprosić. Ktoś zachowuje się w sposób skandalicznie chamski, w dodatku nacechowany wyjątkową bezczelnością, a uczyniwszy co uczynił, odchodzi z szyderczym uśmiechem na twarzy, a cała widownia krzyczy: „Przeproś!” Tak jakby to jedno głupie i w pewnych okolicznościach w gruncie rzeczy kompletnie bezwartościowe słówko, miało cokolwiek zmienić.  Powiem szczerze, że osobiście do owego „przepraszam” mam stosunek na tyle pogardliwy, że nie rozumiem czemu tak wielu z nich tak bardzo się przed nim broni. W końcu to tylko słowo. A wspominając ów skecz z Monty Pythona, możemy mieć naprawdę mocne podejrzenie, że jego wypowiedzenie może się naprawdę opłacić.

         Myślę więc o owym „przepraszam” często i oto słyszę, jak ono ponownie wraca w treści apelu kierowanego do pewnej Niemki, która uznała za stosowne publicznie wezwać do „finansowego zagłodzenia Polski i Węgier”. I oto dosłownie wszyscy komentatorzy współczesnej sceny politycznej wręcz błagają tę dziwną kobietę, by wypowiedziała to jedno maleńkie słowo „przepraszam”, tak by oni mogli spokojnie jej wybaczyć całą jej podłość.

         Póki co, ów apel pozostaje nierozpatrzony. Wręcz przeciwnie, Niemka zachowuje się jakby przeżywała najpiękniejszy czas swojego życia. Co dalej będzie, nie wiem, natomiast ze swojej strony chciałbym powiedzieć, że nawet gdyby ona odstawiła dokładnie ten sam cyrk, jaki oglądaliśmy w skeczu Monty Pythona ja bym pozostał niewzruszony. Natomiast chętnie przypomniałbym jej – i całemu światu – pewną historię sprzed lat.

        Otóż jeszcze w latach 40-tych ubiegłego wieku, w jednej z polskich wiosek przebywał pewien Niemiec ze swoim psem imieniem Rolf. Raz na rok, podczas wakacji, do Niemca przyjeżdżał w odwiedziny jego małoletni syn. Każdego dnia owo dziecko wychodziło z Rolfem na spacer, patrolowało całą wieś, i ile razy w zasięgu wzroku pojawił się jakiś Polak, dziecko spuszczało Rolfa ze smyczy i Rolf Polaka zagryzał. Oczywiście, ponieważ miejscowi znali dobrze ów zwyczaj, podczas owych spacerów drogi były wyludnione, jednak kilka razy nieszczęście się zdarzyło.

        I ja mam teraz prosić by ktoś nas przepraszał. Prosić kogo? Rolfa?



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.