czwartek, 7 listopada 2019

O pobożnych schizmatykach i wybrukowanym piekle


      Cały wczorajszy i przedwczorajszy dzień poświęciłem na rozpamiętywaniu tego, co się stało poprzedniego wieczoru podczas telewizyjnej audycji „Warto rozmawiać”. Wspomniałem o tym we wprowadzeniu do historii ani świętego, ani błogosławionego nawet księdza Antoniewicza, również za parę dni, więcej na ten temat pojawi się tu na blogu, przy okazji publikacji najnowszego felietonu do „Warszawskiej Gazety”, wczoraj wieczorem jednak wreszcie wpadłem na pomysł, jak powinna wyglądać moja na to co się tam stało reakcja, by była najbardziej skuteczna, no i jestem tu, „jasny i gotowy”.
     Najpierw jednak powiem, w czym rzecz. Otóż Jan Pospieszalski postanowił najnowsze wydanie swojego programu poświęcić dwóm tematom, właśnie zakończonemu tak zwanemu Synodowi Amazońskiemu, oraz polskiej premierze filmu „Nieplanowane”. Gdy chodzi o film, przyznam, że ani nie dotrwałem, ani dotrwać nie miałem potrzeby, natomiast, owszem, rozmowy Pospieszalskiego ze swoimi znajomymi wysłuchałem w całości i to co mnie w niej uderzyło, to dwie rzeczy, pierwsza to ta, że o samym Synodzie było mało, a ile razy pojawiała się okazja, by o nim porozmawiać, to wypowiedzi natychmiast schodziły w stronę bardzo ciężkiego,  i co gorsza w nadzwyczaj śliski sposób podstępnego, ataku na papieża Franciszka za jego rzekome próby zniesienia kapłańskiego celibatu. Doszło wręcz do tego, że zarówno sam Pospieszalski jak i zaproszeni przez niego do studia ekspert religijny tygodnika „W Sieci” Grzegorz Górny i redaktor naczelny portalu Polonia Christiana, Sebastian Kratiuk, pozwalali sobie na najbardziej bezwstydne aluzje w stosunku do Papieża, natomiast ksiądz Isakowicz-Zaleski z pobożną miną dziękował każdemu z osobna, że powiedział coś, czego „jemu mówić nie wolno”. I tak to leciało, kiedy jednak w pewnym momencie doszło do tego, że ksiądz Zaleski nie wytrzymał i otwartym zupełnie tekstem zakomunikował, że jeśli papież Franciszek „się nie opamięta”, to w ten sposób doprowadzi do pierwszej w historii Kościoła schizmy, której autorem będzie Watykan, a Kratiuk z Górnym zaczęli się niemal publicznie modlić, to z kolei  ja nie wytrzymałem. I wcale nie przesadzam. Kiedy ksiądz Zaleski zakomunikował: „Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”, odezwał się lud i tych dwóch gogusiów ze staranie przylizanymi przedziałkami nad śliskimi uśmiechami na zatroskanych twarzach, ogłosili, że w tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak „modlitwa, różaniec, pokuta oraz jałmużna”. Zobaczyłem oczami wyobraźni Grzegorza Górnego, jak w tym swoim wypieszczonym garniturze i różańcem w jednej dłoni, a w drugiej kolejnymi książkami o Świętym Gralu, których tym razem nie sprzeda, ale rozda w ramach jałmużny, dostałem autentycznej cholery.
       Co ciekawe, chyba po raz pierwszy w historii swojej audycji Pospieszalski nie zdecydował się dopuścić do dyskusji nikogo z tak zwanej „drugiej strony”, choćby po to, by Telewizja Polska mogła powiedzieć, że broni papieża. Trochę mnie to zmartwiło, jednak po pewnym czasie uznałem, że to może i lepiej, bo naprawdę byłoby tragedią, gdyby Pospieszalski, swoim starym zwyczajem generowania awantur, na przeciwko księdza Zaleskiego posadził księdza Lemańskiego na przykład. Mijał zatem wczorajszy dzień i nagle trafiłem w Internecie na katolicki portal Catholic Herald i tekst pewnego C.C. Pecknolda. Ani sam portal, ani też chyba ów Pecknold nie są wielkimi entuzjastami obecnego pontyfikatu, natomiast, owszem, oni publikują informacje, które wskazują jednoznacznie, że przede wszystkim owa histeria, z jaką dziś mamy do czynienia w telewizyjnych studiach, to nic nowego, i że jeśli można w ogóle mówić o jakiejkolwiek schizmie, to  wyłącznie ze strony kompletnie niedouczonych i w tym swoim niedouczeniu kwestionujących podstawową dotyczącą Kościoła naukę Jezusa o „Skale, której bramy piekielne nie przemogą”. Specjalnie z myślą o czytelnikach tego bloga przełożyłem tekst owego Pecknolda na język polski i dziś pragnę go tu przedstawić. Proszę posłuchać:

        Powszechnie wiadomo, że podczas Soboru Watykańskiego II, wielu kapłanów, zakonników, biskupów i teologów spodziewało się zmian w nauczaniu Kościoła odnośnie antykoncepcji. Owa nadzwyczaj postępowa nadzieja została zniszczona przez jednoznaczne stwierdzenia encykliki Humanae Vitae papieża Pawła VI, w której to potwierdził on odwieczne nauczanie Kościoła. Wielu z nas jednak zapomina, że ​​inne wielkie rozczarowanie liberalnego kościoła lat 70. dotyczyło celibatu kapłańskiego. „Miękkie” nauczanie Kościoła odnośnie małżeństwa i moralności seksualnej szło w parze z oczekiwaniem, że celibat kapłański, jak swego czasu przewidywał Karl Rahner, nie przetrwa przejścia Kościoła do nowoczesności.
    Krótko po zakończeniu Soboru tysiące kapłanów odeszło od Kościoła, seminaria i klasztory zaczęły pustoszeć, zarówno pod względem liczebności, jak i świętości. Spadek liczby księży był częściowo wynikiem upadku wiary w kapłaństwo, sakramenty, ofiarę samej Mszy. Kiedy tylu kapłanów przeszło w stan świecki, udział osób świeckich zaczął być traktowany jako swego rodzaju klucz do przezwyciężenia owego kryzysu. Ku radości świeckich szyderców i wyznawców Marcina Lutra, zlaicyzowani kapłani czasem posuwali się nawet do tego, by żenić się ze zlaicyzowanymi zakonnicami.
      Jednak wielu wytrwało. Wielu pozostało wiernymi kapłanami i ci nadal wierzyli, że ich doświadczenie soboru – jako „wydarzenie” bardziej duchowe, niż rozumowe – wzywa ich do pracy nad głębszą, epokową zmianą, nawet gdyby do jej urzeczywistnienia miało dochodzić przez całe ich życie. I nie chodziło tu wcale o poglądy zwykłych mężczyzn i kobiet, uniesionych duchem czasu. Owe emocje zostały podniesione do najwyższych poziomów.
      W 1970 r. grupa najwybitniejszych niemieckich teologów obecnych na krajowej konferencji biskupów, wydała komunikat, w którym podkreślili, że potwierdzenie w roku 1967 przez papieża Pawła VI celibatu kapłańskiego, i to mimo tak wielkiego i powszechnego sprzeciwu, wymaga dyskusji. Stwierdzili wówczas autorzy owego pisma, że jakiekolwiek zastrzeżenia Pawła VI co do święceń małżeńskich (viri probati) nie mogą stanowić końca dyskusji. Nalegali przy tym, by Kościół znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby zdecydować się na bardziej otwartą, bardziej kolegialną dyskusję na temat celibatu kapłańskiego. Oto wspomniany tekst:
    My niżej podpisani teologowie, dzięki zaufaniu niemieckich biskupów powołani do komisji do spraw wiary i moralności, czujemy się zmuszeni do przedstawienia następujących rozważań biskupom niemieckim.
    Nasze refleksje dotyczą konieczności pilnej analizy i roztropnego przyjrzenia się obecnemu prawu dotyczącemu celibatu w Kościele Łacińskim zarówno w Niemczech, jak jak całym Kościele Powszechnym.
      Kościół musi zachować Swoją misyjną siłę wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. W każdym wypadku, obowiązujący dziś nakaz celibatu nie może stanowić absolutnego punktu odniesienia w ewentualnych dyskusjach, z takim wymaganiem, że wszelkie inne kwestie kościelne i duszpasterskie muszą być z nimi zgodne. Jeśli wobec „szczególnych wyjątków” nawet sam papież nie odrzuca sposób bezwzględny możliwości wyświęcania starszych żonatych mężczyzn („viri probati”), co przecież i tak już jest w niektórych sytuacjach praktykowane, tym samym więc potwierdza, że przy zaistnieniu nowych okoliczności, można by ponownie ocenić prawo i praktykę celibatu.
      W swojej analizie, nie zasugerowaliśmy niemieckim biskupom żadnych rozwiązań, jednak mamy prawo i obowiązek w tej trudnej chwili, na podstawie naszego teologicznego doświadczenia, oraz w poczuciu nadanego nam obowiązku, przekazać członkom niemieckiej konferencji biskupiej, z całym szacunkiem dla ich wysokiego urzędu i stanowiska, że gdy chodzi o temat celibatu, powinni oni mieć prawo do wystąpienia z nową inicjatywą nawet wobec dotychczasowej praktyki Kościoła, czy deklaracji samego papieża.
       Powyższy list został podpisany przez Josepha Ratzingera, Karla Rahnera, Waltera Kaspera, Karla Lehmana i kilku innych mniej znanych teologów niemieckich. Trzej z nich zostali kardynałami, a jeden nawet papieżem. Chociaż później napisał niektóre z najpiękniejszych rzeczy o celibacie kapłańskim, w rzeczywistości to właśnie Benedykt XVI uczynił najwięcej na rzecz zwiększenia liczby żonatych kapłanów.
       Mylą się więc ci, którzy sądzą, że kwestia viri probabti – o której tyle dyskutowano podczas ostatniego synodu amazońskiego – jest w jakikolwiek sposób wyjątkowym owocem pontyfikatu papieża Franciszka. Wedle relacji George’a Weigela, jeden z biskupów brazylijskich odpowiedzialny za kształtowanie planu synodu Amazońskiego, pod koniec postępowania synodalnego z pasją wykrzyknął „To nasza ostatnia szansa”. Musimy jednak zrozumieć, że to właśnie tacy jak on kapłani, wielu z nich pod sam koniec swojego życia wyprowadzonych na tę jedną chwilę ze swoich emerytur, przeżyli całe swoje życie w nadziei na tę właśnie ostatnią szansę.
      Dla tego właśnie pokolenia wciąż przeżywającego tamto „epokowe wydarzenie”, to właśnie musi być ten moment, kiedy oni wreszcie poczuli, że są już bardzo bliscy doprowadzenia kapłaństwa do miejsca, na które tak bardzo liczyli w latach 70. Ale cóż to jest za miejsce? Czy owa „ostatnia szansa” nie jest przypadkiem „ostatnim westchnieniem” tamtego pokolenia, które przez chwilę żyło w nadziei ostatecznych zmian? Czy to nie jest ostatnie westchnienie tych, którzy stawiają proces nad treścią? Czy to nie jest koniec owego pokolenia teologów, którzy traktują ludzkie doświadczenie jako standard wobec pisma i tradycji? Czy to nie jest koniec pokolenia, które uważa, że ​​tymczasowe potrzeby stoją wyżej od kontemplacji wiecznych prawd, zwracając większą uwagę na lokalne posągi niż na Najświętszą Maryję Pannę?
        Jest też jednak i inne pokolenie, być może nie tak jeszcze liczne, które chce na nowo postawić tamte granice. Istnieje pokolenie, które kontempluje święte dziewictwo Chrystusa, które widzi nie tylko ludzkie prawo, ale wyższość świętego celibatu jako ofiary słusznie nakazanej dla głoszenia doskonałej ofiary Chrystusa. Jest takie pokolenie, które wierzy, że głoszenie Chrystusa ukrzyżowanego przyniesie większe żniwo. Jest takie pokolenie. Nawet jeśli jeszcze głównie nie w Rzymie, to istnieje. I oddycha pełną piersią.

      Na zakończenie pragnę zwrócić uwagę na dwie kwestie. Przede wszystkim mam tu na myśli nazwisko Josepha Ratzingera, które pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie, a w dalszej kolejności na fragment innej wypowiedzi tego samego Pecknolda, tu nie cytowanej, gdzie znajdujemy opinię, że nigdy w całej historii Kościoła nie znajdziemy czasów, gdzie był On mniej, lub bardziej grzeszny niż jest dzisiaj, nie wyłączając z tego nawet tamtych dni, kiedy Jezus chodził po Ziemi, a jednocześnie sugeruje Pecknold, że w tej sytuacji ani dziś ani wtedy nie należało nic więcej ponad modlitwę i posłuszeństwo.
      Zwróciłem na to uwagę w esemesie, który wysłałem Pospieszalskiemu, ale nie muszę chyba zapewniać, że nie zareagował. W końcu to są bardzo zajęci ludzie.









6 komentarzy:

  1. Dzięki za tłumaczenie.
    Co to za obraz pod tekstem?

    OdpowiedzUsuń
  2. @Mateusz
    Caspar Friedrich "Krzyż w lesie".Drobna uwaga na przyszłość. Klikając w dowolny obrazek, znajdziesz odpowiednie informacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki.
      Kliknąłem, ale informacje mi się nie pokazują, tylko wyśrodkowuje mi obrazek na środku ekranu.

      Usuń
    2. @Mateusz
      Klikasz prawym, a w telefonie przytrzymujesz obraz i klikasz "znajdź w google".

      Usuń
  3. Po tym tekście wypadałoby tylko wrócić do tego, co nasz Ksiądz Krakowiak napisał o jaspisie i już się tak bardzo nie martwić.
    http://toyah1.blogspot.com/2013/02/don-paddington-o-sw-jadwidze-i-pewnym.html?m=1

    Dzięki!

    OdpowiedzUsuń