piątek, 29 listopada 2019

Ile czasu potrzebuje wyborca Platformy Obywatelskiej na przeczytanie jednej książki?


Jutro wyjeżdżam do Warszawy na targi, a zatem plan jest taki, że już dziś przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, jutro z samego rana postaram się wrzucić coś odpowiedniego na weekend, no a potem zobaczymy się chyba dopiero we wtorek. A więc wszystkich, którzy są w możliwościach, w sobotę i w niedzielę zapraszam do Arkad Kubickiego na stoisko nr 99, a tych którzy nie będą mogli, pozdrawiam gorąco i proszę trzymać kciuki.


        Podejrzewałem to już wcześniej, ale dopiero teraz słyszę, że statystyczny wyborca Platformy nie jest ani młody, ani wykształcony, ani nie pochodzi z dużego miasta. Na kogo przeciętny japiszon głosuje, nie wiem – może na nikogo – natomiast wiem, że z badań wynika, że nie na Platformę. Wiem jednak jeszcze coś. Otóż prowadząc od ponad dziesięciu lat własny blog i wydając książki, znam dość dobrze ludzi, którzy popierają Prawo i Sprawiedliwość, czy bardziej dokładnie, prawicę. Z moich obserwacji, a daję słowo, że po tych wszystkich latach naprawdę mam tu pewne pojęcie, prawicowi wyborcy to w głównej mierze ludzie przede wszystkim bardzo oczytani, często znakomicie wykształceni, a nie rzadko bardzo zamożni. No i często zamieszkujący duże miasta, Warszawy i Gdańska nie wyłączając.
      Znam też oczywiście i tych, którzy nawet jeśli mają tradycyjne poglądy i mijają mnie każdej niedzieli w kościele, to Prawa i Sprawiedliwości pasjami nienawidzą i powiem zupełnie uczciwie, że ci akurat – a mówię tu głównie o tych, którzy swoich poglądów w żaden sposób nie ukrywają – to ludzie, ujmując to bardzo krótko, starsi i, że tak to nieładnie ujmę, prości. Czy to o czymś świadczy? Oczywiście niekoniecznie; żadnych przecież badań nie prowadziłem, natomiast mam podstawy twierdzić, że słysząc o rezultatach wspomnianych wcześniej sondaży, nieszczególnie jestem zdziwiony.
      I choć, jak mówię, pewności co do słuszności moich spostrzeżeń mieć nie mogę, to właśnie przydarzyło mi się coś, co sprawiło, że waham się jeszcze mniej, niż miało to miejsce wcześniej. Oto pewna komentatorka, nadzwyczaj popularna wśród najbardziej radykalnej części udzielających się na Twitterze przeciwników Prawa i Sprawiedliwości, opublikowała szyderczy komentarz odnośnie niedawnej wypowiedzi premiera Morawieckiego, w której ten się pochwalił, że w swoim długim życiu przeczytał jakieś cztery do pięciu tysięcy książek. W reakcji na tę informację zapłonęło piekło, a inni komentatorzy obrzucili Premiera tak nieprawdopodobną falą hejtu, że osobiście dawno czegoś podobnego nie widziałem. O co ów hejt? Otóż proszę sobie wyobrazić, że w znacznej większości wypadków o to, że Premier kłamie jak bura suka, bo to jest zwyczajnie niemożliwe, żeby ktokolwiek był w stanie przeczytać tyle książek. Jakiś szczególnie biegły w arytmetyce twitterowicz wyliczył nawet, że gdyby to co Premier mówi było prawdą, to – uwaga, uwaga –  on by musiał czytać jedną książkę dziennie przez piętnaście lat!  A przecież wiemy dobrze, że normalny człowiek nie jest w stanie przeczytać jednej książki w jeden dzień. Kto inny napisał, że nawet jeśli przyjąć, że on czytał jedną książkę przez dni cztery, to wówczas musiałby dziś mieć ponad 60 lat.
       W tej sytuacji, biorąc pod uwagę intelektualny standard czytelników „Warszawskiej” mógłbym sprawę pozostawić bez komentarza, jednak proszę mi pozwolić na jedno zdanie. Otóż mnie samemu, gdy byłem dzieckiem, zdarzało się czytać po parę książek dziennie. No ale ja nie głosuję na lewactwo.


        

8 komentarzy:

  1. Potwierdzam możliwość. Jestem dowodem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja potwierdzam i dodaję, że rachunek 1 książka dziennie jest oderwany od możliwości, więc nierealistyczny.

      Ja np. w 30 minut przeczytałem pewną powieść Umberta Eco (akurat nie Imię róży) zanim wyrzuciłem ją do kosza za obrazę szacunku dla czytelnika; dowolny Ludlum jest uczciwszy wobec czytelnika.

      To jest mój rekord.

      Pamiętam, była zima, w kominku ogień ...

      ... a jednak wybrałem kosz. Taką bowiem siłę mają uprzedzenia!

      Usuń
  2. Stacja TVN24 milczy w tej sprawie?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ oczywiście! Nie ma tylu książek. Tokarczuk z Twardochem jeszcze nie zdążyli napisać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bedac mloda nastolatka czytalam na lekcjach pod lawka i pod koldra z latarka w zebach. Dzisiaj wybieram wygodny fotel :)
    Co wiecej, sporo popularnych ksiazek, np. Egipcjanin Sinuhe, 1984, pozyczalo sie od znajomych na jeden, dwa dni.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak z takim premierem wejść do Europy? No jak?
    A tak serio, to czytałam (ups), że studenci polonistyki musieli kiedyś przeczytać tyle wyłącznie w czasie studiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda! W języku polskim od dawna utrwalony jest jest taki związek frazeologiczny: pożeracz książek. Związek ten i jego znaczenie należą do kodów kulturowych.

      Czyżby do kodów obcych dla KODów?

      PS.: Pamiętam pewien styl dziewczęcego podrywu: na książkę. Warto było dużo czytać!

      PPS.: Ja zbuntowałem się dopiero przy pamiętnej fali literatury latynoamerykańskiej, w której poza może 5 pozycjami reszta to był chłam. Ale jak zawzięcie czytany!

      Usuń