piątek, 22 listopada 2019

O potrzebie odpieprzenia się od Patryka Jakiego


      Jak wspomniał w swojej wczorajszej notce Coryllus, w targach książki na Stadionie Narodowym w Warszawie od wielu już lat nie uczestniczymy, jednak ja wciąż, mimo upływu czasu, pamiętam ów maj, kiedy zjawiliśmy się tam po raz ostatni. Wspominam jednak tamte targi nie tyle ze względu na ów nieznośny wręcz chaos, uniemożliwiający wręcz nie tylko skuteczną sprzedaż, ale zwykły kontakt z czytelnikiem, ale na człowieka, który na stoisku tuż obok sprzedawał wydane przez siebie bardzo piękne i bogato oprawione albumy poświęcone historii białej broni. Rozmawialiśmy trochę i ów wydawca, wiedząc, że jestem anglistą, poprosił mnie bym spojrzał na jeden z owych albumów wydany w języku angielskim. I nie chodziło mu broń Boże o to, bym się tej robocie przyjrzał w sposób krytyczny – on nie miał najmniejszych wątpliwości, że tam nie ma gdzie choćby szpilki włożyć – lecz zwyczajnie chciał się pochwalić, jak on bardzo zadbał o to, by to wszystko było dopracowane na ostatni guzik.
      Rzuciłem więc okiem na to tłumaczenie i właściwie już po pierwszych kilku zdaniach wiedziałem, że to jest dokładnie to, czego się można było spodziewać. Ów tekst nie był oczywiście jakoś rażąco źle napisany; zdania były zrozumiałe, z paroma wyjątkami wewnętrznie połączone w miarę sensownie, błędów ortograficznych nie zauważyłem, interpunkcja utrzymana w standardzie do którego jestem przyzwyczajony nawet wówczas gdy czytam komentarze zamieszczane na Twitterze w języku polskim, natomiast, owszem, to była na tyle, że tak powiem, „badziewne”, że zwyczajnie nie miałem sumienia, by mojemu nowemu znajomemu to powiedzieć. Było mi zwyczajnie głupio poinformować go, że ten jego naprawdę bogato wydany album, gdy chodzi o pomysł, by go wzmocnić wersją angielską, jest zwyczajnie psu na budę.
      Wspomniałem o tym wcześniej, ale powtórzę: to było dokładnie to czego się spodziewałem, a zatem ani nie miałem ochoty na szyderstwa czy chichoty, ani nawet na to, by zapamiętać wypatrzone fragmenty i na ich temat plotkować ze znajomymi. Powiem zupełnie szczerze, że znając sytuację na tak zwanym rynku, ja już od dawna jej nie traktuję jako tematu do rozważań, a co dopiero rozmów. Jest jak jest i lepiej już nigdy nie będzie. Co najwyżej gorzej.
      O co chodzi? Otóż wystarczy wziąć do ręki pierwszą z brzegu książkę anglojęzycznego autora – jak wygląda sytuacja z językiem francuskim, niemieckim, czy jakimkolwiek innym, nie wiem – przetłumaczoną na język polski, by w całej krasie ujrzeć nędzę, która praktycznie uniemożliwia normalną lekturę. Dla kogoś kto zawodowo porusza się między językiem polskim a angielskim i zna swój fach, owo doświadczenie jest całkowicie nieznośne choćby przez to, że czytając każde kolejne zdanie, wie on dokładnie, jak brzmiało zdanie wyjściowe, a co więcej przez jakie męki tłumacz musiał przejść, by móc w końcu uznać, że robota została wykonana. I proszę  mi wierzyć, że to jest coś, co sprawia, że można już tylko czytać w oryginale. Podobnie jest zresztą ze wszystkim: szkołami językowymi, podręcznikami, filmami, różnego rodzaju instrukcjami, czy nawet tekstami na reklamach. A być może najwięcej śmiechu jest wtedy, gdy któryś z telewizyjnych redaktorów próbuje rozmawiać po angielsku z zaproszonym gościem. To wszystko stanowi pracę ludzi osób zwyczajnie niekompetentnych, którzy są głęboko przekonani, że stanowią śmietankę zawodu.
      I daję słowo, że to się dzieje na wszystkich możliwych szczeblach. Niedawno miałem okazję słuchać tekstów przygotowanych przez tak zwany Operon – praktycznego monopolistę na rynku – na okoliczność próbnych matur. Podczas gdy zgodnie z przepisami maturzysta ma się wykazać rozumieniem tekstu czytanego przez tzw. native speakera, ludzie z Operona uznali, że oni do tej roboty wydelegują swoich lektorów, którzy wszystko przeczytają tak, że nikt się nawet nie zorientuje. No więc, jak mówię, ja to słyszałem i się zorientowałem do tego stopnia, że jedyny problem jaki miałem, to ten, że się musiałem rumienić ze wstydu.
      Skąd, ktoś zapyta, dziś ten temat. Otóż od wczoraj cały Internet plus media głównego nurtu mają tak zwaną „bekę” z Patryka Jakiego, który postanowił wystąpić do swoich kolegów europejskich parlamentarzystów ze słowem sformułowanym w języku angielskim, przy pomocy którego wyjaśni każdemu z osobna, jak niesprawiedliwie jest Polska traktowana przez międzynarodowe elity polityczne i kto za tym atakiem stoi. Rzecz w tym, że ktoś w „Gazecie Wyborczej” najpierw zauważył tam jakiś błąd, potem dał ów tekst do konsultacji, gdzie kto inny znalazł jeszcze jeden błąd, no i w końcu, całkiem naturalnie, redakcja się dowiedziała, że ów tekst jest napisany fatalną angielszczyzną i z satysfakcją zwróciła na ten fakt uwagę, na co Patryk Jaki się obraził i zapowiedział, że za tę potwarz poda „Wyborczą” do sądu, a sprawę ma wygraną, bo – uwaga, uwaga – on wprawdzie pierwszy tekst napisał po polsku, natomiast do jego przetłumaczenia zaangażował najlepszego tłumacza w mieście, wybitnego fachowca i  specjalistę od języka angielskiego. I to jest właśnie coś, co – podobnie jak to było w przypadku wspomnianego na początku pana od białej broni – mnie ani trochę nie zaskoczyło. Ja doskonale wiedziałem, że to nie Patryk Jaki jest autorem owego tłumaczenia, z tego prostego względu, że on by tak nie potrafił, natomiast z całą pewnością za tym potworkiem stoi jeden z tych najwyższej klasy fachowców, których, jak się domyślam, w Warszawie jest cała kupa, i którego Patryk Jaki do tej roboty za ciężkie pieniądze wynajął, w głębokim przekonaniu, że ten mu to zrobi tak, że mucha nie siada. I to stąd teraz z takim przekonaniem wygraża „Gazecie Wyborczej” i każdemu, kto próbuje z niego szydzić.
      Otóż gdy chodzi o mnie, ja nie szydzę ani z Jakiego, ani z tego z Bożej łaski specjalisty. Jaki języka nie zna i znać nie musi, a ten ktoś kogo mu polecono, jeśli na coś zasługuje, to wyłącznie na ciężkie słowo z powodu bezczelności, z jaką się wpycha tam gdzie nie powinien. On zasługuje na ciężkie słowo choćby przez to, że każdy fachowiec czytając zdanie: „You have on the other side proof”, nie ma najmniejszej wątpliwości, że w języku polskim na 100% stało: „Macie z drugiej strony dowód”. To jest bowiem dokładnie ta sama sytuacja, kiedy widzimy zdanie „Old bear strongly sleeps” i wie, że to z myślą o angielskich dzieciach ktoś zapragnął przetłumaczyć znaną piosenkę „Stary niedźwiedź mocno śpi”. Ja natomiast jestem gotów w sytuacji w której się znaleźliśmy, poszydzić choćby z wynajętego na tę okoliczność przez Wirtualna Polskę eksperta z londyńskiego King’s College, niejakiego Alexandra Clarksona, który na temat tekstu Jakiego mówi:
To okropne! Czy on nie ma w swoim zespole nikogo, kto mógłby to napisać w zrozumiały sposób?
       A ja chciałem powiedzieć, że skoro ów Clarkson z taką wrażliwością troszczy się o profesjonalizm polskich europosłów, niech może najpierw pójdzie do British Council, czy do kierownictwa Cambridge University Press, które to jednostki autoryzują egzaminy Operona, ale które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dały też wszelkie niezbędne certyfikaty temu oszustowi, który dał się polecić Patrykowi Jakiemu jako wybitny fachowiec. Ale nie tylko to. Niech on odwiedzi wielkie brytyjskie wydawnictwa, takie jak Longman choćby, i się tam popyta, dlaczego oni w swoim zespole nie mają nikogo, kto by zadbał o to, by podręczniki jakie oni wydają w Polsce z pomocą lokalnych autorów były pisane przez osoby, które znają język przynajmniej w takim stopniu w jakim je znają polscy uczniowie. Niech on może skontaktuje się z kierownictwem wydawnictwa Pearson tam u siebie na miejscu i zapyta ich dlaczego oni do kontaktu z nauczycielami z Polski zatrudniają jakąś Hinduskę, z którą nie można nawiązać podstawowej rozmowy, a przynajmniej nie wtedy, gdy trzeba rozmawiać po angielsku. A redaktorzy z Wirtualnej Polski niech może nam wyjaśnią, kto jest dla nich tu na naszym podwórku językowym autorytetem i niech nam broń Boże nie mówią, że Radek Sikorski.
      Przepraszam bardzo, ale ja niezmiennie dostaję cholery, gdy z ludzi słabo znający język szydzą ci, co go znają jeszcze słabiej, natomiast są głęboko przekonani, że są na tyle ekspertami, że mogą bez problemu wystawiać innym oceny. A jeszcze większej cholery dostaję na tych, ze szczególnym uwzględnieniem samych Brytyjczyków, którzy tak naprawdę mają głęboko w nosie, jak kto mówi, rozumie i pisze po angielsku, jeśli tylko spełnia wobec nich wymagania biznesowe, ewentualnie polityczne. Dopóki oni się nie ogarną, od Patryka Jakiego wara! Bo on akurat zachował sie najlepiej z nich wszystkich. Potrzebował fachowca, więc udał się do fachowca.


Gdyby ktoś był zainteresowany tematem, polecam swoją najnowszą książkę o Imperium i jego tajnej broni. Tam wszystko wykładam punkt po punkcie. Mam pewną liczbę egzemplarzy u siebie, pod adresem k.osiejuk@gmail.com, natomiast w weekend przełomu listopada i grudnia będę w Warszawie na targach, no ale o tym już będę informował osobno.


       


6 komentarzy:

  1. @Autor
    Warto o tym wszystkim przy każdej okazji przypominać, nigdy za wiele.

    Jedna z najgorszych rzeczy na świecie to wtedy kiedy kompletny laik próbuje uchodzić za wtajemniczonego, a jeśli chodzi o język angielski to w Polsce jest z tym podwójny obłęd, co pięknie opisałeś i wypunktowałeś w swoich książkach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tymi tłumaczami jest tak, jak z tym pajączkiem - samochwałą, który twierdził, że robi takie pajęczyny, że "mucha nie siada".
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tylko Ty potrafisz ubrac w slowa to co chcialbym powiedziec lub napisac a nie potrafie.I tu nie chodzi tylko o ten znakomity tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Tobiasz11
      To się bezwzględnie musi skończyć tym, że ja tam do Was przyjadę i sobie poużywamy życia.

      Usuń
  4. "Co najwyżej gorzej."
    Nic tylko zmilczeć i zamilknąć. Obyś nie miał racji, ale chyba jednak ...

    OdpowiedzUsuń