wtorek, 5 listopada 2019

O dobrym księdzu i świętym poecie, czyli o bramach co nie przemogą


Wczoraj miałem tu tekst o naszych Los Perfectos, niesiony kolejnymi emocjami, napisałem mniej więcej w tym samym temacie felieton dla „Warszawskiej Gazety” i już czuję, że przez najbliższe dni nie będę potrafił myśleć o niczym innym jak o tej bandzie faryzeuszy, zaczynając od ks. Isakiewicza-Zaleskiego, a kończąc na Grzegorzu Górnym. Może jednak dziś, choćby przez to, że zbliża się kolejna rocznica śmierci księdza Karola Antoniewicza, ale też dla nabrania odpowiedniego oddechu, przypomnę pewien dawny tekst, który najpierw ukazał się w niegdysiejszych „Zeszytach karmelitańskich”, potem tu na tym blogu, a wreszcie, w postaci szczególnego epilogu, ozdobił moje „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Posłuchajmy proszę jeszcze raz tej opowieści i, proszę, uważajmy na nowych Lutrów, bo tym razem idą ławą.


      7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


     A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.
     Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
    Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
     Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
       Karol Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Antoniewicza.
      Władze nakazały natychmiast przerwać tę działalność i choć w istocie rzeczy została ona przerwana, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.




1 komentarz:

  1. Thank you very much for seeing good information.
    Thank you very much for seeing good information.

    OdpowiedzUsuń