piątek, 20 czerwca 2008

Szybcy i wściekli na politycznych salonach

Dziś i wczoraj w Salonie świetny wpis pana Krzysztofa Kłopotowskiego o Andrzeju Celińskim..
Oczywiście, Andrzej Celiński dla tych, którzy mają go okazję obserwować od początku, jest już postacią symboliczną. I to postacią symboliczną w nieustannym rozwoju. Zawsze był taki jak dziś, tyle że obecnie jest pełniejszy, dojrzalszy i coraz bardziej, że tak powiem, pomnikowy.
Zatem słowa, które pan Kłopotowski cytuje, o tym “rzyganiu” i o “małych pokracznych ludziach” wciąż odzwierciedlają ten sam stan umysłu, co przed wielu, wielu laty, gdy ukuł pan Andrzej hasło o “spoconych ludziach goniących za władzą”. Tyle że dziś, na jakże wyższym poziomie wykwintności.
Jak wspomniałem, Andrzej Celiński jest postacią symboliczną. Co więc symbolizuje? Otóż jest on tylko lepszym przedstawicielem pewnego gatunku polityków, czasem dziennikarzy, którzy, z jakiegoś niejasnego powodu, są tak nieprawdopodobnie nafaszerowani złością, nieustanną, chorą złością, że jak zaczynają mówić, a retorycznie są często bardzo dobrze przygotowani, natychmiast robią kolosalne wrażenie.
Znamy ich na ogół bardzo dobrze. Wśród polityków są to Władysław Frasyniuk, Stefan Niesiołowski, być może, retorycznie troszkę słabszy, Lech Wałęsa; wśród dziennikarzy choćby Tomasz Wołek, czy Jacek Żakowski.
Zawsze się zastanawiałem, czemu oni tacy są. Dlaczego, kiedy chcą powiedzieć, że ktoś kłamie, to mówią, że kłamie jak pies, brudny do tego. Kiedy chcą powiedzieć, że ktoś się myli, to mówią, że ten ktoś to chory na mózg półgłówek. Kiedy chcą powiedzieć, że kogoś nie lubią, to od razu dodają, że ten ktoś jest pokraczny, no i spocony.
Dlaczego, jak grupa obywateli dokona innego wyboru, niż któryś z nich, to oni nie powiedzą, że ci ludzie są na przykład głupi. Natomiast błyskawicznie sklasyfikują ich, jako bydło.
Albo śmieci.
Podpowiada mi jeden z moich oczytanych znajomych, że w ten sposób pisał Lenin. Ze to jest język pierwszej, wielkiej, poważnej rewolucji.
No ale dlaczego Lenin tak pisał? Czyżby to był obowiązujący styl, przenoszony na obecne czasy przez uzdolnionych uczniów tego męża? A może był to wewnętrzny, psychiczny problem samego Lenina? No i też psychiczny problem Celińskiego, Frasyniuka, Wołka i innych?
Pewną odpowiedź na to pytanie daje Jarosław Kaczyński, który, jeszcze przed wielu laty, w swojej książce Czas na zmiany tak oto scharakteryzował Andrzeja Celińskiego:
Facet jest trochę po czterdziestce, ale wrzody żołądka od nadmiernych ambicji, to on ma od zawsze. Dziwne, jak on te swoje nie zaspokojone ambicje jeszcze przeżywa.
Całkowicie chorobliwy przypadek. Jego zachowanie i charakter powodują, że irytuje nawet najbliższe otoczenie. To jest człowiek, który wie, że minęły już 4 lata od wyborów. Tylu ludzi "wskoczyło", zabłysnęło, objęło stanowiska, czasem straciło, czasem zyskało. Byli i 'bezczelni profani' jak Bielecki, co nawet premierami zdołali zostać. A on nic. Jestem przekonany, że Bielecki budzi się z krzykiem z tego powodu. Tu zabiegał, tam zabiegał i nic. Książkę wydał, fabrykę do Płocka sprowadził, i nic. Ogłosił nową teorię polityki głoszącą, że tylko on jest prawdziwym politykiem, i nic. Nawet marnym marszałkiem Senatu go koledzy nie zrobili. Ba, nawet nie wysunęli. Absolutna niesprawiedliwość pod każdym względem. A przecież to jest człowiek na swój sposób inteligentny i gdyby nie miał takiego charakteru, to przy jego bardzo bliskich swego czasu związkach z Geremkiem, mógł zajść daleko. Miał cenna w swoim środowisku cechę: tolerował katowanie go przez Geremka.
Czasem, kiedy do mnie przychodzili, a nie były to żadne towarzyskie wizyty, tylko posiedzenia Sekretariatu KKW, które często odbywały się u mnie w domu, Geremek go wręcz maltretował. Ile tylko można. Nigdy nie wiedziałem, o co chodzi. Wyżywał się na Cylinderze, jak się go wtedy nazywało. Wstyd mi było na to patrzeć. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. To było takie intensywne, złośliwe pomiatanie. Złośliwe bicie faceta, który to zresztą spokojnie znosił.
Oczywiście, ani Jarosław Kaczyński, ani ja tym bardziej, nie jesteśmy psychiatrami, więc trudno wyrokować. Niemniej wydaje mi się, że wyjaśnienie przyczyn takiego, a nie innego pokręcenia emocjonalnego może leżeć właśnie w kompleksach.
Kto wie, czy nie jest tak, że człowiek ma ambicje, które go przerastają, ale przez to, że wciąż przebywa w tym samym, skażonym środowisku, niespełniony, niezadowolony, zaszczuty – w końcu już tylko potrafi zgrzytać?
A polityka i takie odpowiedzialne i prestiżowe rejony, jak dziennikarstwo, mogą, bardziej niż inne środowiska, produkować po prostu wariatów.
Idę sobie ulicą i widzę jakiegoś biednego, roztrzęsionego człowieka, który macha rękami i klnie. Klnie potwornie, klnie strasznie. I widać, że nie jest piany. Jest po prostu tylko tak okropnie wściekły, że to machanie rękami i przekleństwa wydają się być ostatnim środkiem ekspresji, jaki mu pozostał.
Co mu się przydarzyło w życiu? Kto i jak go zawiódł? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że on już nie wytrzymuje.
I tak, niewykluczone, jest z Andrzejem Celińskim. Pamiętajmy, że lata mijają. Od czasu, gdy Jarosław Kaczyński przedstawił swoje refleksje, minęło już ponad dziesięć lat, a z panem Celińskim wcale się nie zrobiło lepiej. Wtedy jeszcze kimś tam był, mimo wszystko. Wstąpi do komunistów, bo myślał, że może tam się jakoś uleży. I nic.
A teraz to już tylko TVN24 go czasem zaprosi. Jak Jana Tomaszewskiego, czy Henryka Pająka.
A pod tefauenem, jak wiemy, jest już tylko skalne dno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz