środa, 4 czerwca 2008

Oto mój hołd dla Prezydenta Wałęsy - i teraż już może się Pan zamknąć

Lech Wałęsa był bardzo złym prezydentem, prezydentem rozpaczliwie złym. Wiele osób, które na niego głosowały, w tym ja, oczywiście nie spodziewało się nawet w najgorszych snach, że to wszystko się tak fatalnie skończy.
Dziś po latach, my wszyscy, wyborcy Lecha Wałęsy, ludzie, którzy z osobą Przewodniczącego wiązali takie nadzieje, czujemy albo obojętność – w końcu to było tak dawno – albo ciągły żal, albo, ewentualnie obok jednego i drugiego, wstyd i wyrzuty sumienia.
Do napisania tego tekstu zainspirował mnie gość, mój kolega z Salonu, który w swoim komentarzu napisał, że
“Długo trwało uświadamianie sobie, do jak monstrualnego oszustwa SAM się w swojej naiwności (głupocie? odporności na informacje?) przyczyniłem”.
Uważam, że mimo, oczywiście niewątpliwego faktu, żeśmy się dali nabrać i być może nawet okazaliśmy się naiwni, nie ma najmniejszego powodu, żebyśmy się z tym naszym ówczesnym wyborem czuli aż tak bardzo źle.
Nawet gdybyśmy już wówczas wszyscy znali postać Mieczysława Wachowskiego, nawet gdybyśmy już wtedy wiedzieli, że to co mówili niektórzy, mianowicie że Wałęsa jest człowiekiem, delikatnie mówiąc, z przeszłością, jest prawdą; nawet gdybyśmy już wtedy mieli informacje, że Wałęsa będzie tak bardzo kiepskim prezydentem, to i tak mieliśmy tylko ten jeden wybór – albo Wałęsa, albo Tymiński. Wałęsa, czyli ktoś, kogo jeszcze można jakoś kontrolować, czy to przez państwo, czy to przez Kościół choćby, albo Tymiński, prawdopodobnie sowiecki agent, który pierwsze co by zrobił, to przekazał władzę ludziom, przy których Wachowski to ministrant w tatrzańskim kościółku.
Jest oczywiście taka ewentualność, że Tymiński nie był żadnym agentem, ale to tylko ci durnie od Mazowieckiego wykreowali Tymińskiego, żeby odebrał głosy Wałęsie. Ten rodzaj przebiegłości, choć może się wydać nieprawdopodobny, w głowach niektórych z tych panów – a ja te głowy dobrze pamiętam – mógł się pewnie narodzić.
I tak jednak nic to by nie zmieniło. Tymiński zostaje prezydentem – my możemy się zacząć pakować.
Jarosław Kaczyński prawdopodobnie już wtedy podejrzewał, a może i wiedział, że z Wałęsą będą kłopoty. Stąd pewnie propozycja, o której dziś mało kto pamięta, ale która pojawiła się na chwilę, żeby Wałęsę wybrał Parlament i w ten sposób ograniczył choć trochę jego pozycję i wpływy, ale wobec zdecydowanego sprzeciwu samego Wałęsy, który był słusznie pewny wygranej, ale też i środowisk ROAD-owskich, czy wręcz masońskich, którzy z kolei – z absolutnie niezrozumiałych powodów – byli pewni wygranej Mazowieckiego, ta koncepcja upadła.
Dlaczego Tadeusz Mazowiecki nie mógł zostać prezydentem? Odpowiedź jest niezwykle prosta. Z początkowym poparciem ponad 90%, w ciągu zaledwie kilku miesięcy, swoim kompletnym nieudacznictwem, amatorstwem i towarzyską bylejakością, premier Mazowiecki sprowadził swoją pozycję do takiego poziomu, że nikt przed nim, ani już nikt po nim (chyba nawet komuniści i Buzek) nie potrafił dokonać takiej sztuki.
Gdy zbliżały się wybory, dla każdego normalnie myślącego człowieka było jasne, że ludzie tak bardzo nie lubią zarówno premiera, jak i jego ministrów i protektorów, że, jak trzeba będzie, to wybiorą nawet kogoś takiego, jak Tymiński, byleby już nie musieć patrzeć na te twarze i słuchać głosu rzecznik Niezabitowskiej.
Ktoś kto był jeszcze dzieckiem w roku 1989, albo wręcz jeszcze się nie narodził, może myśleć, że rewolucja solidarnościowa był a wielką i wspólną manifestacją całego społeczeństwa. Nic bardziej mylącego. W wyborach czerwcowych wzięło udział nawet nie 70% uprawnionych. Ponad 30% głosującego społeczeństwa uznało, że to co się dzieje nic ich nie obchodzi, bo jedyne, co ich interesuje, to albo butelka pod wieczór, albo jakieś miłe słowo ze strony kogoś takiego, jak niespełna rok później ten dziwny człowiek z Peru.
Tych ludzi Wałęsa oczywiście też nie interesował, ale dla nich Wałęsa był przynajmniej kimś, z kim się mogli identyfikować, ale Mazowiecki? Bez żartów.
Więc, jak mówię, gdyby nie Lech Wałęsa – agent czy nie agent, dureń czy mędrzec – prezydentem zostałby ruski agent i wtedy dopiero byśmy zobaczyli, co się stanie.
Jeśli ktoś myśli, że w przypadku takiego kryzysu, nowe polskie służby zrobiłyby z Tymińskim porządek, to się myli bardzo i to bardzo grubo. Cała tak zwana ekipa Mazowieckiego, nawet zakładając, że Kiszczak i Jaruzelski nie mieli nic do gadania (żart!), był atak absolutnie i żałośnie leniwa, bezmyślna i niezdolna doi jednego sensownego ruchu, że w tak dramatycznej sytuacji, prawdopodobnie wystarczyłby jeden wieczór, żeby ich przekonać, że jest okay. A gdyby mieli jeszcze jakieś wątpliwości, to Adam Michnik wytłumaczyłby im wszystko bardzo starannie.
Więc sprawa jest absolutnie jasna. Gdyby nie było Wałęsy, nie byłoby już Polski.
Co z Wałęsą teraz? Znów odpowiedź jest prosta. Nic. I nieważne, czy dlatego, że okazał się słaby, czy dlatego, że zawsze był słaby. Czy może dlatego, że czasy były tak trudne, a może przeciwnik okazał się tak niesłychanie silny. Tego nie wiemy i pewnie już się nie dowiemy.
Osobiście sądzę, że przeciwnik był prawie nie do pokonania. A najgorsze było to, że mało kto zdawał sobie sprawę z jego potęgi, determinacji i możliwości. Dopiero teraz możemy przynajmniej częściowo zobaczyć, z jaką to potężną siłą mieliśmy do czynienia przez te 18 lat.
Z drugiej strony jednak, wielu z nas wiedziało, że tylko Lech Wałęsa jest w stanie zmierzyć się z tymi wówczas symbolicznymi pająkami z wyborczych spotów. I że tylko on potrafi skutecznie używać tej – również symbolicznej wtedy – siekiery.
On jednak ani jej nie użył, ani prawdopodobnie nie chciał użyć, a w najlepszym dla siebie rozwiązaniu – nie miał siły użyć.
Tak czy inaczej, to dzięki niemu – Lechowi Wałęsie – jego obecności i jego determinacji, żeby zostać prezydentem, udało się jednak uratować naszą Polskę.
I nawet fakt, że on sam o tym nie wie, nie zmieni tej prostej prawdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz