piątek, 19 czerwca 2020

O tym co wiemy, czego się dopiero dowiemy i czego nie będziemy wiedzieć nigdy


      Nie będę ukrywał, że gdy chodzi o moje aktualne priorytety, to najchętniej nie pisałbym o niczym innym jak tylko o zbliżających się wyborach prezydenckich i o tym, jak będziemy musieli sobie radzić gdy przez jakiś przedziwną złośliwość losu, prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski. Z drugiej strony, jeśli tak naprawdę się nad tym zastanowić, to o czym tu pisać? Że nie ma na świecie socjologa, który byłby w stanie zbadać tak zwane społeczne zachowania w sytuacjach rozstrzygających? A cóż ja mogę mieć na ten temat do powiedzenia? Że demokracja to fatalne nieporozumienie, czy może że jest pewien zestaw argumentów i związanej z nimi siły przekonywania, która sprawi, że się nagle wszyscy ogarniemy, podczas gdy w ostatecznym rozrachunku, jak zawsze wszystko jest kwestią nieogarnianego przez nas przypadku? A zatem, muszę się przyznać do porażki i poświęcić dzisiejszy tekst kwestii absolutnie różnej od tego, czym wszyscy dziś żyjemy, a w moim odczuciu dotyczącej spraw absolutnie podstawowych.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że znaczna część mediów ledwie co wczoraj przekazała rzekomą rewelację, która poruszyła serca i umysły wielu, że oto jeszcze w roku 1969 władze działającej na terenie Berlina opieki społecznej przekazały w ręce niejakiego Dr Helmuta Kentlera, seksuologa z Hannoveru, troje porzuconych przez patologiczne rodziny dzieci, a ten w ramach prowadzonych przez siebie badań jak najbardziej naukowych, umieścił te dzieci w domach znanych służbom pedofilów, w przekonaniu, że w ten sposób owi pedofile znajdą drogę do skutecznej resocjalizacji, a jeśli nie, to przynajmniej sobie odpowiednio poużywają. Od tego czasu projekt zwany powszechnie „eksperymentem Kentlera” tylko się rozwijał prowadząc do stanu, gdzie w latach 70. w samym Berlinie ponad tysiąc dzieci trafiło w ręce pedofilów, a wszystko z tej jednej przyczyny, że pewien ważny naukowiec postanowił sprawdzić, czy jego teorie trzymają się kupy, a niemieckie państwo mu to z najwyższą radością umożliwiło.
       Jak wspomniałem, były to lata 70-te, a ja tylko wspomnę, że był to też czas, gdy w roku 1975 znany nam tu ówdzie Daniel Cohn-Bendit, ówcześnie jeszcze nie poseł do Europarlamentu, lecz zaledwie wychowawaca w przedszkolu, wydał książkę, w której wychwalał same korzyści płynące z „erotycznych zabaw” między dorosłymi a dziećmi. Co ja mówię o roku 1975? Jeszcze w roku 1981, lokalny polityk Jürgen Trittin, po latach poseł do Bundestagu oraz przez siedem lat minister w rządzie Gerharda Schrödera, w imieniu Partii Zielonych podpisał petycję wzywającą do uznania pedofilii jako skłonność naturalną, w żaden sposób nie podlegającą kryminalizacji.
       I oto dziś niemal wszystkie media głównego nurtu podają informację, że oto właśnie owa afera ujrzała światło dzienne i wobec niej cały świat zamarł w bezruchu. O co chodzi? Rzecz w tym, że o Kentlerze i jego szatańskim eksperymencie świat miał okazję usłyszeć już przynajmniej – przynajmniej! –  cztery lata temu, a więc – by nie wspominać już o mediach niemieckich –  choćby z artykułu jaki ukazał się w roku 2016 choćby w dzienniku „The Irish Times”, gdzie wszystko zostało opisane bez jakichkolwiek niedomówień. A zatem, jeśli dziś nagle nasze media, od TVP Info przez Onet po TVN24, jako wiadomość dnia podają informację, że Niemcy znalazły się w samym centrum pedofilskiej afery, to ja mam do powiedzenia tylko jedno: oni nas od początku do końca prowadzą na smyczy, którą raz nieco poluzowują, a innym razem ściągają tak byśmy zajmowali się tylko tym, czym aktualnie powinniśmy się zajmować.
      Czytam dziś doniesienia zarówno na portalu TVP Info, jak i TVN24 i widzę jak tu i tam sprawa owego Kentlera przedstawiana jest jako absolutny news. Mało tego, z tego co czytam wynika, że sprawa zaczęła swoje nowe życie również w Niemczech. Tam też nagle wszyscy się nagle przebudzili i zauważyli, że coś takiego jak „eksperyment Kentlera” w ogóle kiedykolwiek miał miejsce. A ja się już tylko zastanawiam nad ową raz dłuższą raz krótszą smyczą, i wcale nie tylko wtedy gdy chodzi o jakieś niemieckie tajemnice, ale w ogóle, gdy przed sobą mamy to czym żyjemy na co dzień. Wygląda bowiem na to, że wszystko czego się dowiadujemy i co zostaje nam wyznaczone jako temat do bieżących smutków i radości podlega bardzo starannej reglamentacji. O tym, czym one chcą byśmy żyli, media z całą pewnością nas poinformują. To co w aktualnej sytuacji nie powinno stanowić przedmiotu naszych trosk, zostanie również bardzo starannie rozplanowane w czasie tak byśmy niegdy nie czuli ani przesytu ani niedosytu emocji. Cel jest jeden: każdy z nas ma mieć dokładnie tyle w głowie, ile mu zostało przydzielone. A jeśli komuś mało, niech cierpliwie poczeka, a na pewno przyjdzie czas, kiedy będzie mógł sobie poszumieć.
       A w tej sytuacji starajmy się pamiętać, że nie ma nic ważniejszego niż nasza pierwotna intuicja. I nie dajmy sobie wmówić, że nie jesteśmy w stanie mieć własnego zdania, o ile ktoś nam nie pozwoli go mieć.


      

1 komentarz:

  1. Za studenckich czasow, jak juz bardzo sie nudzilismy to gralismy w gre 'odgadnij' . Wymyslalo sie chocby i taka durna historyjke, ze niewidomy idzie do restauracji, zamawia pelikana i wkrotce pada na zawal. Nalezalo odgadnac z jakiego powodu zadajac pytania i odpowiadajac na te pytania. Pozniej kiedys opowiedzialem o tej zabawie i tak jakby nikt nie kumal. Bo przeciez zawsze mozna bylo wygrac . To sie zaczelo juz dawno, to byl tez czas kiedy moj nauczyciel angielskiego powiedzial nam kiedys na lektoracie, ze ogolnie uwielbiana Gazeta Wyborcza z premedytacja wykrzywia rzeczywistosc .

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.