poniedziałek, 8 czerwca 2020

Czy Renata Kim lubi czytać książki?


         Parę dni temu na Twitterze chyba albo na Facebooku – przepraszam, ale bywam i tu i tam, i nie bardzo się już potrafię połapać co jest skąd – trafiłem na komentarz reżysera filmowego Andrzeja Saramonowicza, który postanowił odnieść się do faktu, że w czasach pandemii, wielu komentujących bieżące wydarzenia, pokazuje się na tle półek z książkami i to wśród licznych komentatorów wywołuje szydercze komentarze. Otóż zdaniem reżysera filmowego Saramonowicza, owo szyderstwo wynika bezpośrednio z faktu, że owe komentujące osoby nie są w stanie uwierzyć, że są na świecie ludzie, którzy nie dość, że czytają książki, to jeszcze ich po przeczytaniu nie wyrzucają, ale odstawiają na półki. Od tej refleksji filmowy reżyser Saramonowicz doszedł do z jego punktu oczywistej konkluzji, że wszyscy, którzy szydzą z tej wystawy, to elektorat Prawa i Sprawiedliwości, czyli ludzie dla których książka pozostaje towarem absolutnie ostatniej potrzeby.
         Powiem szczerze, i przyznawałem to już tu parokrotnie, że sam książek od wielu lat nie czytam. Czemu tak jest, uczciwie powiedzieć nie potrafię, ale podejrzewam, że poza zwykłym starczym otępieniem, które sprawia, że nawet dziś jeszcze nie zacząłem oglądać na Netfliksie „Irlandczyka” Scorsesego, nie bardzo wiem, czemu miałbym na starość po raz siedemdziesiąty trzeci czytać „Pod Wulkanem” Lowry’ego, „Człowieka bez właściwości” Musila, „Auto da fe” Canettiego, że już nie wspomnę o moich ulubionych „Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa”, czy „Głowie na tranzystorach” Ożogowskiej. W związku z tym, nie bardzo też rozumiem, dlaczego, kwestia tak zwanego czytelnictwa wciąż od czasu do czasu funkcjonuje jako argument przy oddzielaniu ludzi mądrych od głupich. Nie rozumiem też, czemu tu akurat największą estymą cieszy się wspomniane czytelnictwo, a nie na przykład rozeznanie w liczbach. Czemu w powszechnej ocenie idiotą jest ktoś, kto nie czyta książek, natomiast nie jest owym idiotą, ktoś kto – tak jak to zdarzyło się w przypadku pewnego dziennikarza stacji TVP Info – pokazał, że dla niego nie ma różnicy, czy w kościołach może się gromadzić jedna osoba na 10 metrów kwadratowych, czy może 10 osób na ten sam metr. Czemu nie jest idiotką posłanka Platformy Obywatelskiej Joanna Mucha, która ledwo co wczoraj ogłosiła na swoim Twitterze, że ktoś zebrał już 5 tysięcy podpisów na Rafała Trzaskowskiego i wystarczy jeszcze tylko pięciu takich jak ten, i osiągniemy „z górą 100 tysięcy”? Podkreślam: „z górą”. Czemu wreszcie idiotką nie jest dziennikarka "Newsweeka" Renata Kim, która wczoraj wrzuciła do Internetu zdjęcie na którym prezentuje się dumnie przed billboardem Andrzeja Dudy, na którym ktoś mu dorysował hitlerowski wąs i "ząbek", a literę "d" przerobił na "p", i  następnie, próbując ów wygłup usprawiedliwić, wyjaśniła, że ona tam była prywatnie, a nie jako poważna dziennikarka? Wygląda na to, że do tego, by zostać członkiem bandy, wystarczy że się zaprezentuje odpowiednio bogatą bibliotekę, a cała reszta nie ma znaczenia.
        Nie będę się tu upierał, że mam rację, ale faktem jest, że niemal od zawsze w moim pojęciu  nie mógł być traktowany jako osoba inteligentna i wrażliwa ktoś, u kogo w domu nie ma muzyki. Ile razy przychodziłem do kogokolwiek na wizytę, pierwsze co mnie interesowało to nie półka z książkami, ale półka z płytami. Jeśli tam podczas wspomnianej wizyty nic nie grało, miałem wrażenie, że mam do czynienia z ludźmi pozbawionymi podstawowej wrażliwości, ale też prostej inteligencji. Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że u mnie w domu od rana do wieczora gra muzyka, a w miejscu półek na książki stoją rowery, lub wiszą rodzinne zdjęcia. Tu akurat tych książek jest aż tak dużo, że, szczerze powiedziawszy, z powodu owego bezsensu jest mi niekiedy zwyczajnie wstyd. No, ale się nie rzucam ani też nie mam zamiaru się jakoś szczególnie popisywać.
        Mam natomiast pewne bardzo konkretne przemyślenia, którymi chciałem się tu dziś podzielić. Otóż, jak pewnie wie część z zaprzyjaźnionych użytkowników wspomnianego Twittera, w dniu w którym Rafał Trzaskowski zaczął zbierać podpisy na rzecz swojej kandydatury w wyborach prezydenckich i niemal natychmiast jego tak zwany sztab zaczął się chwalić sukcesami w zbieraniu podpisów, syn mój zamieścił szyderczy wpis, ozdobiony zdjęciem jeszcze z roku 2015 ogromnej, ustawionej przed katowickim Spodkiem, wielokrotnie zakręconej olbrzymiej kolejki miłośników gier komputerowych, czekających na to by wziąć udział w corocznej imprezie pod nazwą „Extreme Masters”, oraz komentarzem: „Taka kolejka do złożenia podpisu dla Rafała Trzaskowskiego dzisiaj pod katowickim Spodkiem. Jest moc”.
      Powiem otwarcie, że z mojego punktu widzenia owe szyderstwo było nadzwyczaj zabawne, i fakt że ono nie zostało jakoś sczególnie docenione mnie zmartwił. Chwilę potem zresztą, w komentarzu do wpisu mojego syna, któś wrzucił zdjęcie zatłoczonej po brzegi plaży w Sopocie z podobnym komentarzem, i to akurat spodobało się znacznie bardziej, do tego stopnia, że to akurat zdjęcie do dziś u wiele osób wywołuje na Twitterze szczere rozbawienie. I oto, proszę sobie wyobrazić, nagle zdjęcie zamieszczone przez mojego syna zupełnie na poważnie zamieścił profil pod nazwą „Dosyć rządów PiS”, a ten z kolei wpis podała dalej aktorka Krystyna Janda, w głębokim przekonaniu, że te setki osób pod katowickim Spodkiem stoją po to właśnie, by złożyć podpis pod kandydaturą Trzaskowskiego. Chwilę potem, na profil Krystyny Jandy zajrzeli ludzie ze znanego nam aż nazbyt dobrze „Soku z buraka” i podali dalej owo zdjęcie, z tym samym przekazem, że Trzaskowskiego popierają tysiące, a kto wie, czy nie miliony nawet.
      I w tym momencie stało się coś z mojego punktu widzenia wręcz niewyobrażalnego, bo mianowicie na te wrzutki zareagowały niemal wszystkie prawicowe media i ogłosiły, że wspomniany „Sok z buraka” manipuluje, bo wrzucone przez mojego syna zdjęcie – o którym zresztą dziś już mało kto wspomina – to fejk.
       Mało tego. Proszę sobie wyobrazić, że ci którzy mimo wszystko zdecydowali się dotrzeć do oryginału, uznali że syn mój to jeszcze jeden internetowy troll, opłacany przez sztab Rafała Trzaskowskiego. Doszło wręcz do tego, że wśród tych idiotów pojawił się we własnej osobie sam Romuald Szeremietiew i on też nie zechciał zadać sobie trudu, choćby zaglądając na profil mojego syna, by sprawdzić, czy nie doszło do zwykłego żartu. On również, podobnie jak Janda i osoby prowadzące wspomniany „Sok z buraka”, uznał, że to zdjęcie – podkreślam, że oczywisty żart – to antypolska manipulacja.
        O co mi chodzi? Otóż tak jak zawsze, problemem nie jest ani pojedyncze zdarzenie, ani pojedyncze osoby. Tu bowiem, nie ma najmniejszego znaczenia jakim durniem jest aktorka Janda, administratorzy „Soku z buraka”, czy nawet Romuald Szeremietiew. Nikt, dosłownie nikt, nie pomyślał o tym, że prawdopodobnie Janda, autorzy strony „Dosyć rządów PiS”, że już nie wspomnę o administratorach „Soku z buraka”, to głupcy, którzy nie zauważyli w tym zdjęciu ironii. Mało tego, nikt nie zarzuci dziennikarzom prawicowych mediów, że oni też są tępi, skoro nie widzą, w Jandzie et consortes bandy bałwanów, ale że wyłącznie politycznych oszustów. Dlaczego? Jak rozumiem, dlatego, że oni należą do owej inteligentnej mniejszości, która jak reżyser Saramonowicz czyta książki.
      To co mnie dziś szczególnie dręczy, to myśl że naprawdę by nie zaszkodziło, gdyby oni wszyscy wszystkie te książki, które trzymają w domu, wyrzucili na śmietnik – a z własnego doświadczenia wiem, że antykwariat ich zwyczajnie nie przyjmie – natomiast zaczęli słuchać muzyki. Gdy chodzi akurat o nich i prezentowaną przez nich wrażliwość, wystarczy że zaczną od zespołu Boys. 



1 komentarz:

  1. Napisałem dwa podobne zdania na FB ostatnio o tym prezentowaniu się dumnie na tle książek. Najbardziej podoba mi się zwykle sposób ułożenia tych książek, pełna profeska.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.