wtorek, 16 czerwca 2020

Czy Komisja Europejska zakaże Polsce produkcji margaryny Palmy?


Zanim przedstawię kolejną notkę zmuszony jestem ogłosić coś, co nie może czekać. Otóż otrzymałem właśnie z ZUS-u informację o zadłużeniu sięgającym jeszcze roku 2014, co powoduje, że w ciągu 7 dni muszę skądś wyszarpać ponad 5 patyków, a przyznaję bez bicia, że tyle to ja nie mam nawet na życie. W związku z tym bardzo proszę wszystkich starych, ale też i nowych czytelników, którzy znaleźli na tym blogu jakąś swoją przystań, by po raz nie wiem już który zechcieli jednorazowo mnie wesprzeć. A ja ich wszystkich zachowam w serdecznej wdzięczności i będę tu nadal, dla naszego wspólnego dobra, w miarę możliwości codziennie, publikował swoje kolejne bardziej lub mniej doraźne refleksje. Dla wszystkich zainteresowanych wklejam numer konta: Krzysztof Osiejuk  50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.

      Dziś tymczasem chciałbym nieco pociągnąć temat powszechnego usuwania z powszechnej pamięci wszelkich śladów niewłaściwego traktowania przez rasę białych panów czarnych mieszkańców naszej planety. Byliśmy już świadkiem niszczenia pomników, ostatnio pisałem o tym, jak ktoś nagle sobie uświadomił, że słynnego rondo w Liverpoolu swoją nazwę Penny Lane zawdzięcza jakiemuś handlarzowi niewolników i tabliczkę i ową nazwę zamalował czarną farbą, a teraz właśnie słyszę, że BBC zdecydowało się jednak przywrócić ocenzurowany na krótką chwilę epizod słynnego serialu komediowego „Fawlty Towers” o Niemcach. Kto widział ten wie, a ja może tylko przypomnę, o co tam chodziło. Otóż ani o Niemców, ani o kobiety, ani o inne niekoniecznie poprawnie politycznie kwestie, ale o jak najbardziej „czarnuchów”. Jest zatem tak, że Fawlty rozmawia z Majorem, ledwie już przytomnym staruszkiem, pamiętającym jeszcze czasy, gdy Imperium było jak najbardziej Imperium i rozmowa wygląda tak:
-  Zawsze ma pan do pomocy Elsie.
-  Kogo?
-  Elsie.
-  Ona wyjechała kilka lat temu, Majorze.
-  To dziwne. Wydawało mi się, że widziałem ją ledwo co wczoraj.
-  Nie sądzę. Mieszka w Kanadzie.
-  Dziwne stworzenia te kobiety.
-  Przepraszam, ale mam rzeczy do zrobienia…
-  Znałem kiedyś jedną. Bardzo ładna, wysoka, ojciec był bankierem.
-  Naprawdę?
-  Nie pamiętam nazwy banku.
-  Nic nie szkodzi.
-  Musiałem na nią mocno lecieć, bo zabrałem ją by zobaczyła Indie.
-  Indie?
-  Na Oval. Fantastyczny mecz. Cudowna końcówka. Surrey musiało zdobyć 33 punkty w pół godziny. A ona nagle wyszła, żeby przypudrować sobie... ręce, czy coś tam... Kobiety. Nigdy nie wracają.
-  Bardzo mi przykro.
-  Ciekawe, że ona przez przez całe przedpołudnie mówiła na Hindusów „czarnuchy”. Ależ nie, powiedziałem. Czarnuchy to Karaiby. Ci tutaj to brudasy. Nieprawda, odpowiedziała. Krykiet to wyłącznie czarnuchy.
-  Im się wszystko miesza. Ja to widzę codziennie u swojej żony. W ogóle nie potrafią myśleć.
-  Ale jak ona miała na imię? Wciąż ma mój portfel.
-  Jak już mówiłem. Żadnego pojęcia o logicznym myśleniu.
-  Kto?
-  Kobiety.
-  Myślałem, że mówi pan o Hindusach.
-  Nie. Czyż to nie Oscar Wild powiedział, że one mają mózgi jak ser szwajcarski?
-  Że takie twarde?
-  Nie. Że pełne dziur.
-  Naprawdę? Hindusi?
-  Nie. Kobiety.

      Proszę spojrzeć, co tu się dzieje. Każdy kto zna ten serial, ale też choćby prześledzi przetłumaczoną przeze mnie rozmowę, wie że Major – a wraz z nim całe to nie tylko postkolonialne myślenie – jest tu straszliwie wyszydzony. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może uznać, że tu w jakikolwiek sposób obraża się Czarnych. Zresztą każdy kto zna poglądy Johna Cleese’a i w ogóle jego kolegów z Monty Pythona wie, że oni są ostatnimi ludźmi na Ziemi, których można by było zakwalifikować jako rasistów. A mimo to, na fali owego zidiocenia, BBC decyduje się w pierwszym odruchu zdjąć ten odcinek z agendy. I my się teraz dziwimy, że ktokolwiek, a w tym niechby i nawet ktoś tak głupi jak Kolenda-Zaleska, mógł pomyśleć, że kiedy ktoś powie, że LGBT to ideologia a nie ludzie, sugeruje, że ludzie homoseksualni nie są ludźmi lecz zwierzętami?
       Jest jednak coś, o co tym razem boję się naprawdę. Pewnie niektórzy z nas pamiętają moją notkę sprzed lat o czarnym bohaterze afrykańskich wspomnień Roalda Dahla, Mdisho z plemienia Mwanumwezi. Cała książeczka, z której zaczerpnąłem ów przykład, jest wręcz wypełniona kolonialnym myśleniem, gdzie Kolorowi – niezależnie czy zamieszkują tereny Indii, Karaibów, czy Afryki, są w sposób oczywisty przedstawicielami rasy niższej i sam Roald Dahl, choć mocno naznaczony duchem głębokiego humanizmu, by nie powiedzieć chrześcijaństwa, nie jest w stanie oderwać się od cywilizacji, która go wychowała. Oto fragment z rozdziału o Mdisho. Jest więc wrzesień roku 1939, ówczesna Tanganika, właśnie Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom i plan jest taki, by wszystkich okolicznych Niemców internować w świeżo zorganizowanych obozach. Ponieważ z punktu widzenia Mdisho oszczędzanie jeńców nie ma najmniejszego sensu, bierze ów ostry muzułmański miecz, pędzi przed siebie i obcina głowę miejscowemu plantatorowi sizalu.  Dahl jednak nie potępia Mdisho, lecz stara się go usprawiedliwić w taki oto szczególny sposób:
Spojrzałem na niego i się uśmiechnąłem. Nie mogłem mieć do niego pretensji za to co zrobił. On był zaledwie dzikim tubylcem z plemienia Mwanumwezi, ulepiony przez nas Europejczyków na kształt oswojonego służącego, a teraz jedyne co zrobił, to rozbił skorupę, w której był zamknięty”.
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale ja naprawdę, nomen omen, czarno widzę przyszłość Roalda Dahla i jego książek. Jeśli tylko któryś z nich sobie przypomni ten fragment, a po nim wyszuka jeszcze kilka podobnych, jak choćby ten, gdzie panna Trefusis informuje, że jej czarny służący obcina jej paznokcie u nóg, bo ona się tej roboty brzydzi, a na jej plantacji każdy Czarny musi chodzić w butach, bo ona nie może patrzeć na ich bose stopy, to będziemy mieli wszystkie te cudowne książki, całą tę wielką literaturę na zawsze z głowy.
     Ja na szczęście wszystko co mogłem jego mieć, to już mam, i nie oddam tego nawet kiedy każda z tych książek stanie się prawdziwym białym krukiem. A gdy chodzi o powszechny obłęd, którego w tej czy jakiejś innej postaci chyba jednak nie unikniemy, to staję jasny i gotowy.




2 komentarze:

  1. Ja bym się tam o Dahla nie martwił. Truchleję raczej na myśl co zacznie się dziać gdy jakiś bystry intelektualista odkryje, że u nas od zawsze dzieci jeżdżą na kolonie. Od maleńkości uczone kolonialnej roboty- kolonie letnie, kolonie zimowe, a jak który nie nadąża to jeszcze półkolonie! Z pokolenia na pokolenie uczeni tego jednego. Niech tylko ktoś to dostrzeże...

    OdpowiedzUsuń
  2. @2,718
    Wiesz co? Zachęciłeś mnie. Ja od przyszłego tygodnia zacznę swoją wnuczkę uczyć na pamięć wierszyka "Murzynek Bambo", a potem opublikuję jej recytację w Sieci.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.