poniedziałek, 29 czerwca 2020

Kiedy polityka to być bardzo trudna temat


      Jeszcze zanim w ogóle doszło do tych wyborów, a już z pewnością dużo przed tym, jak dowiedzieliśmy się, że Andrzej Duda jednak nie powtórzył sukcesu Aleksandra Kwaśniewskiego z roku 2000 i będziemy musieli czekać kolejne dwa tygodnie na rozstrzygnięcie wciąż jak najbardziej aktualnej kwestii, co z Polską, rozmawiałem z naszą córką o sprawach dla nas tak ważnych, i ona mi powiedziała, że większość z jej koleżanek i kolegów nie ma bladego pojęcia, jak się nazywa obecny premier polskiego rządu; że już nie wspomnę o tym, że one tak naprawdę nie wiedzą nawet, czy ten rząd to to samo co Senat, czy może Parlament..
      Dziś, kiedy już wiemy, że Andrzej Duda zdobył te swoje czterdzieści parę procent głosów i brakuje mu jeszcze trochę, ja mam już tylko jeden problem: co z tymi wszystkimi, którzy w ogólnym zachwycie, że oto została pokonana kolejna bariera frekwencji, pozostają tam gdzie byli dotychczas, a więc w miejscu, gdzie tak naprawdę nikt nie wie, kto jest dziś premierem, a kto prezydentem, że już nie wspomnę o tym, jak się nazywa prezydent Warszawy.
      Pamiętam wybory w roku 2007, kiedy wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość musi odzyskać władzę, która mu została tak niespodziewanie odebrana, i moja, tym razem starsza, córka poinformowała mnie, że jej koleżanki ze studiów planują iść głosować, tyle że one nie bardzo wiedzą, kto jest tym kandydatem SLD: Tusk czy Kaczyński, bo im ktoś mówił, że na jednego z nich nie wolno głosować i one zapomniały, na którego to. Mało tego. Mam znajomą, osobę starannie wykształconą, inteligentną, z dobrą bardzo pracą, od dawna już nie należącą do tak zwanych młodych, wykształconych z dużych miast, która niedawno opowiedziała mi, jak się to właśnie dowiedziała, że Wałęsa żyje z wykładów, które wygłasza na całym świecie i choć ona wie, że to jest kompletny głupek, to podziwia go za to, że udało mu się nauczyć angielskiego aż tak dobrze, żeby wygłaszać wykłady. A ja sobie myślę, że punkt do którego doszliśmy my, ludzie którzy polityką żyją i jak najbardziej wiedzą, jak ma na nazwisko obecny Prezydent RP, i co to w ogóle jest owa III RP, to zarówno koniec pewnego etapu, jak i początek nowego, a my wobec owej nowej perspektywy stoimy kompletnie bezradni i nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie jednego stęknięcia.
       A zatem jesteśmy po pierwszej rundzie wyborów, a ja już wiem, nie sprawdzając nawet oficjalnych wyników, że gdy chodzi o moją okolicę, tu dziś prezydentem jest Rafał Trzaskowski. Wiem, że wszyscy ci ludzie, lub zdecydowana większość z tych, których każdej niedzieli spotykam na mszy w kościele, z całą pewnością zagłosowali przeciwko Andrzejowi Dudzie. A to świadczy o tym, że moje dotychczasowe przekonanie, że ja żyję wśród osób, które lubią spokój i stateczność, jest funta kłaków warte. Oni nie marzą o niczym innym jak o tym, by coś się wreszcie zmieniło. Na spokój i stateczność czas również przyjdzie, ale dopiero wtedy, gdy o drugą kadencję będzie walczył ten no... no ten.... Trzaskiewicz, czy jak mu tam.
      A zatem przed nami druga tura wyborów i wszyscy się zastanawiamy, jak się dotychczasowe głosy rozłożą w niedzielę za dwa tygodnie. Gdy chodzi o mnie, to powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, choć oczywiście mój wrodzony optymizm każe mi wierzyć w zwycięstwo prostego wiejskiego instynktu, swoją drogą Diabeł jeden wie, jak długo jeszcze. Natomiast nie da się ukryć, że sytuacja, gdy ktoś taki jak Rafał Trzaskowski zjednuje sobie sympatię 30 procent z części społeczeństwa, która w ogóle wie, z kim ma do czynienia, a cała reszta na temat prezydenta Andrzeja Dudy nie ma innych refleksji niż ta, że to jest zwykły fantom, musi martwić.
      Wydawało się, że kiedy rząd wprowadzi pamiętne 500+, 13 i 14 emeryturę dla starszych państwa, i pojawi się cała dodatkowa masa najróżniejszych – wydawałoby się, że zupełnie naturalnych –  gestów ze strony opiekuńczego państwa, okaże się, że wszyscy ci z nas, którzy z tych dobrodziejstw skorzystali, zechcą się zainteresować, dzięki komu to wszystko i jaka nauka z tego dla nich wynika.
        Okazuje się jednak, że nic z tego. Znaczna część z nas wciąż jest przekonana, że nasze życie faktycznie ogranicza się do tego, co my możemy zaobserwować na lokalnych placach zabaw, gdzie spędzamy czas czas ze swoimi dziećmi lub wnukami, no a potem oczywiście w audycjach Polsatu. Rozmyślam więc na temat wyników pierwszej tury prezydenckich wyborów i widzę ów wynik Rafała Trzaskowskiego: 30 procent. Trzydzieści procent ludzi w ogóle zainteresowanych tym co się dzieje, uznało, że to jest ich wybór.
      Nie wiem, jak się potoczy dalsza część kampanii. Nie mam pojęcia, czy wygra Andrzej Duda, czy prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski, wiem natomiast, że po tych wszystkich latach najpierw peerelu, a potem tego wszystkiego, co nawet nie jest w stanie uzyskać swojej odpowiedniej nazwy, przed nami jeszcze bardzo daleka droga, i może wtedy dopiero uda nam się ogłosić, że jest nas bezwzględna większość.
         A co się stanie za dwa tygodnie, jak mówię, nie mam bladego pojęcia, natomiast jak najbardziej jestem pewien, że przyjdzie w końcu taki moment, że się obudzimy. Tendencja w każdym razie jest zachowana.



2 komentarze:

  1. "...natomiast jak najbardziej jestem pewien, że przyjdzie w końcu taki moment, że się obudzimy."

    Oczywiście, nie traćmy nadziei.

    OdpowiedzUsuń
  2. no my się tak budzimy i budzimy i obudzić się nie możemy.
    Jestem wstrząśnięta wynikiem Trzaskowskiego, słabo mi się robi na myśl o życiu wśród naszego społeczeństwa, które daje się rozgrywać byle dupkom tylko za pozytywne recenzje w Die Welt

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.