czwartek, 2 czerwca 2016

Przenosimy Stadion Narodowy do gminy Ropczyce

W Warszawie bywam cztery, pięć razy do roku i uważam, że jest to wyczyn, który, gdy dojdzie do ostatecznych rozstrzygnięć, może mi pomóc nawet wtedy, gdy stanę przed św. Piotrem, a on mi powie, że mnie nie ma na liście. Czy zatem, ktoś zapyta, ja jeżdżę do Warszawy w ramach pokutnego samoudręczania się? Nie. Gdyby to ode mnie zależało, ja bym to dziwne miasto omijał szerokim łukiem, sięgającym z jednej strony Lublina, a z drugiej choćby nawet i Łodzi, jest jednak tak, że to w Warszawie odbywają się rok w rok targi książki, na których wypada mi być i to przez Warszawę wiedzie droga do mnie na wieś, którą mam przyjemność odwiedzać każdego lata. W Warszawie też mieszka mój serdeczny kumpel, znany niektórym z nas z tego bloga, Lemming, który ile tylko razy może, zaprasza mnie do siebie i gości mnie, jak jakąś gwiazdę i spotkania z nim są dla mnie niewiele tylko mniej ważne, niż kwestia wspomnianego na początku zbawienia, i to wcale niekoniecznie dlatego, że wiem, iż za każdym razem dostanę od niego w prezencie flaszkę najlepszej whisky na świecie. A zatem, jeżdżę do tej Warszawy i gdybym tylko mógł, to bym przez cały okres mojego tam pobytu nie otwierał oczu, no ale, jak wiemy, to jest nie do zrobienia. Zwyczajnie nie do zrobienia. Więc jeżdżę tam i mam nieustannie na oku każdy fragment tego czegoś.
Jak już wspomniałem, ile razy jestem w Warszawie, a muszę się tam przespać, gościny użycza mi mój kumpel Lemming, jednak jeśli się nagle okazuje, że on nie może, bo nie może, otrzymuję ni stąd ni z owąd mail z któregoś z bardziej eleganckich warszawskich hoteli z informacją, że właśnie zarezerwowano dla mnie pokój i mam się tam zgłosić w wyznaczonym dniu. Tak też ze względu na czas Komunii Świętych było i tym razem, a ja zostałem skierowany do czegoś, co się nazywa Platinum Apartments i mieści się na ulicy Żelaznej. Minął mój pierwszy dzień targów na Stadionie Narodowym, wsiadłem w tramwaj, pojechałem w okolice tej Żelaznej, polazłem pod zapisany numer, a tam, proszę sobie wyobrazić, zamknięte drzwi i kartka informująca, że recepcja hotelu znajduje się na ulicy Grzybowskiej 81A, czy jakoś podobnie, jakieś pięćset metrów prosto i w bok. Idę więc na tę Grzybowską, idę, idę, mijam kolejne numery i nagle widzę coś, co nosi nazwę Platinum Towers, na dole Platinum Residence, obok Platinum Restaurant, pod Platinum Restaurant bandę jakiejś ciężko wyszpanowanej ekipy z kieliszkami w paluszkach i blond ciziami u boku, natomiast Platinum Apartments ani widu ani słychu. Wchodzę więc do Platinum Restaurant i pytam, gdzie mam szukać Platinum Apartments. „Trzeba wrócić w stronę Żelaznej”, odpowiada mi jakieś nieszczęście z Łukowa, czy Prałkowiec, „a potem to pierwsza w prawo i do końca”. Wychodzę więc na Grzybowską, wracam, skręcam w pierwszą w prawo i wchodzę w coś, co wygląda jakby na końcu miał stać burdel, ale zamiast niego o dziwo znajduję wysoki, elegancki budynek oznaczony szyldem „Platinum Residence”. Wejście ogrodzone jest standardową biało-czerwoną taśmą i tabliczką z napisem „Przejścia nie ma”, więc wchodzę trochę bokiem i walę prosto do recepcji. „Jak dojść do Platinum Apartments?”, pytam tę bidulę w recepcji. „Proszę iść cały czas prosto korytarzem przez drzwi z napisem ‘Staff only’, a tam dalej będzie taka sama recepcja, jak ta tutaj, i to tam jest hotel Platinum Apartments”. Wchodzę więc w drzwi z napisem „Staff only” idę przed siebie… i jest! Jestem w warszawskim hotelu Platinum Apartments. I w tym oto momencie następują dwie zupełnie nieoczekiwane rzeczy. Recepcjonista najpierw każe mi dać swoją kartę bankomatową, tłumacząc, że musi mi zablokować na karcie depozyt 100 zł na wypadek, gdybym ukradł im ręcznik, albo czajnik, albo urwał klamkę od balkonu, a następnie daje mi klucz do mojego pokoju i każe mi wrócić na Żelazną i tam się zamelinować. Sprawa jest jednak nieco skomplikowana. Otóż na Żelaznej jest brama, obok której są szklane drzwi, ja mam do tych drzwi przyłożyć otrzymany w recepcji na Grzybowskiej klucz, one się wtedy otworzą, a ja mam wtedy iść prosto, następnie skręcić lekko w prawo i tam znajdę windę, do której mam wejść przy pomocy wspomnianego klucza, jechać na 16 piętro, tam znaleźć swój pokój, wejść do środka, a jak coś się nie otworzy, albo nie uruchomi, to mam dzwonić na Grzybowską po pomoc. Rano, kiedy będę opuszczał pokój, mam ze sobą wziąć tylko to co moje, a klucze odnieść na Grzybowską, bo mi nie oddadzą mojej stówy. Na wypadek gdybym miał kłopoty z rozpoznaniem sytuacji na miejscu, człowiek w recepcji daje mi odbitą na drukarce kartkę z kolorowym zdjęciem drzwi na Żelaznej, mapką dojścia do windy i pełną instrukcją w formie pisemnej, z dodatkową uwagą, że Wi-Fi za jedną dobę kosztuje 15 zł.
Wracam na Żelazną, znajduję drzwi, włażę na dziedziniec z sadzawką, w której pływają wielkie czerwone ryby, niestety nigdzie nie widać miejsca, od którego możnaby odbić lekko w prawo. Na szczęście znajduję budkę ochrony i Pani Ochrona wyjaśnia mi, że mam iść w prawo, jeszcze raz w prawo, tam zobaczę szklane drzwi, mam sobie te drzwi otworzyć kluczem, mam wejść do windy, która się za tymi drzwiami z pewnością znajduje i jechać na 15 piętro. „Mój pokój podobno jest na szesnastym”, wyjaśniam. „No tak”, mówi Pani Ochrona. „Tyle że winda jedzie tylko na piętnaste. Wyjdzie pan z windy, po lewej stronie zobaczy pan białe drzwi z napisem „16”, wejdzie pan w te drzwi, a potem po schodach na piętro i tam pan znajdzie swój pokój”.
Jadę na 15 piętro, wysiadam z windy i, owszem, widzę białe drzwi ze sklejki czy czegoś podobnego. Naciskam klamkę, włażę do środka i od razu rzuca mi się w oczy wykaligrafowany na ścianie po angielsku cytat z Abrahama Lincolna, który pozwolę sobie tu Czytelnikom przetłumaczyć „Chciałbym spotkać człowieka, który jest dumny z miejsca, w którym mieszka; chciałbym spotkać człowieka, który żyje tak, by miejsce, w którym mieszka było z niego dumne”. I rozumiem oczywiście, że to chodzi o te ręczniki.
Jest mój pokój. I tu od razu muszę rozczarować czytelników, którzy liczą na fajerwerki. Otóż nic z tego. W środku ani krwi na podłodze, ani mołdawskiej prostytutki, ani nawet włosów na poduszce i kupy w sedesie. Pomijając brak żaluzji w oknie, wszystko jest na swoim miejscu. No i telewizja TVN24 ze „Szkłem Kontaktowym” jak najbardziej.
Oto więc moja Warszawa. Miasto symbolizowane przez organizację pod nazwą Platinum. Zaglądam na portal booking.com, a tam setki opinii na temat tego hotelu i niemal wszystkie takie, że to, co ja napisałem powyżej to żarty, tyle że w rubryce „plusy” informacja „dobra lokalizacja, blisko centrum”, co sprawia, że w sumie Platinum Apartments na warszawskiej mapie hoteli radzą sobie nienajgorzej.
Ale pies z nimi. Bo skoro już rozmawiamy o symbolach, to ich jest znacznie więcej. Siedziałem dwa dni na tym strasznym Stadionie Narodowym i z każdej strony otaczał mnie tłum ludzi, dla których najwyraźniej czytanie książek stało się nową formą religii. Boski wymiar tego szaleństwa objawia się choćby w wypisanych na t-shirtach i papierowych torbach fragmentach modlitw typu „Czytam, więc żyję”, „Książka moja miłość”, „Myślę więc czytam” i takie tam. Ciekawe swoją drogą jest to, że owego obłędu nie widać na targach organizowanych w Arkadach Kubickiego. Tego można doświadczyć w pełni dopiero tam, na Stadionie Narodowym. Trzeba dopiero przyjść tam, na ten straszny stadion, by zobaczyć ów tłum, z jednej strony deklarujący swą miłość do książek, a z drugiej (tak, tak) wytatuowany w najbardziej szokujący sposób od stóp do głów. I to jest dla mnie Warszawa. Z jednej strony to całe burackie Paltinum, a z drugiej banda wytatuowanych wieśniaków, którzy, jeśli nie realizują kazikowego zalecenia „z przodu krótko, z tyłu długo i wąsik na przedzie”, to tylko dlatego, że zaraz obok firmy, w której ich zatrudniono stoi sklep pod nazwą Platinum Shopping, a w nim ktoś, kto zawsze powie, co na siebie założyć, żeby te tatuaże nie rzucały się aż tak bardzo w oczy. Oto moja Warszawa. Banda wytatuowanych wieśniaków przebranych za londyńczyków. I tyle o targach.
Wracałem do Katowic tradycyjnie, czyli wieczornym pociągiem do Wiednia. W przedziale miałem dwoje prawników, z Gliwic chyba, miłą panią i pana w średnim wieku. W pewnym momencie dosiadł się do nas jeden Darek, fatalnie pocięty chłopak, który parę dni wcześniej wyszedł z więzienia. Z tego co nam opowiedział, dowiedzieliśmy się, że za groźby karalne i pobicie. Ponieważ nie miał biletu, konduktor wlepił mu kolejny mandat, który wraz z innymi, jak mi wyjaśnił miły prawnik, kiedy Darek wyszedł na papierosa, ostatecznie miałby go przyprowadzić z powrotem za kraty, no i jechaliśmy z tym Darkiem do samych Katowic. Ponieważ Darek był pijany, ciężko się z nim rozmawiało, ale on nam za to przez całą drogę śpiewał piosenki zespołu Dżem, myśmy grzecznie słuchali, kiedy przyszło mu do głowy, by nam poopowiadać o życiu, zarówno ta pani, ten pan, ale i ja grzecznie z nim rozmawialiśmy i tak nam zeszła podróż. W pewnym momencie Darek się rozpłakał i opowiedział nam o swoim tacie, który nauczył go grać na gitarze, ale zmarł w zeszłym roku („Nie chcesz wiedzieć”), o siostrze, która akurat siedzi („Nie chcesz wiedzieć”), o babci, która go nienawidzi, o macosze, która go zabije, jak go zobaczy, no i o młodszej siostrze Nikolce i ukochanym psie rasy amstaff, który jak żaden inny potrafi rozpoznać złego człowieka, a którego on nie widział już od dwóch lat.
Takie to są moje wspomnienia z wyjazdu do Warszawy na targi książki na Stadionie Narodowym. Aż nie potrafię uwierzyć, że to wszystko aż tak się idealnie ułożyło.

Coryllus pisze o tym już od tygodni, a ja tylko przypomnę tym, którzy jakimś cudem nie wiedzą, że już w najbliższą sobotę i niedzielę w Bytomskim Centrum Kultury odbędą się Targi Polskiej Książki, gdzie będziemy i on i ja od początku do samego końca. Zapraszam gorąco. Informacja tutaj: http://www.becek.pl/program/event,412,bytomskie_targi_polskiej_ksiazki.
Kto do Bytomia ma zbyt daleko może kupować moje książki w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

4 komentarze:

  1. Czemu Pan obraza Ropczyce i jego mieszkancow porownujac ich do "narodowego orlika" symbol oszustwa ekipy zlodzieji.
    Tak sie sklada ze pochodze z Ropczyc ale jako ze jest to niestety nadal gospodarczo "Polska B" od konczenia szkoly sredniej tulam sie po swiecie(jak wiekszosc moich rowiesnikow z ostatniego w historii polski wyzu demograficznego) przez co bylo mi dane mieszkac miedzy innymi na Slasku (5 lat studiow w Gliwicach a jakis czas pozniej 4 lata mieszkalem i pracowalem w Katowicach. I powiem panu ze wieksze chamstwa i niezyczliwosc jak w Katowicach to mozna znalezc chyba tylko w opisanej Warszawie.
    Zapewne wynika to ze struktury ludzi ktorzy zamieeszkuja obydwa "padoly nieszczec", ktorzy sa wyrwani z malych miejscowosci nie umieli odnalezc dobrego zycia w duzym miesci i mysla ze zlapali Pana Boga za nogi i prezentuja najgorsze cechy ludzkiego charakteru. Co jest wielka niesprawiedliwoscia dla Katowic jako ze jest to bardzo ladne miasto ale neistety ostatni"prawdziwi slazacy" ktorzy prezentuja najlepsze wartosci ktore zanikaja w obecnych czasach trzymaja sie od Katowic z daleka a szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. I czemu ja dziennie nie czytałam Pana bloga? Dobrego dzionka i cieszę się, że uda mi się spotkać Pana w Bytomiu ☺☺☺☺

    OdpowiedzUsuń
  3. @dragonball
    Mnie się wydawało, że ja obrażałem Warszawę, a nie Ropczyce. Zachęcam do częstszego kontaktu z moim blogiem. To jest znakomite ćwiczenie czytania ze zrozumieniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Aluno
    Lepiej późno niż wcale. Do zobaczenia na targach. Proszę szukać stoiska Coryllusa.

    OdpowiedzUsuń