czwartek, 30 czerwca 2016

Krótka historia pewnego klocka

Zaproponowany swego czasu przez Piotra Bachurskiego projekt, zakończony wydaniem mojej książki o wyprawie na dziewiąty krąg, dobiegł ostatecznie końca. Większość z pomieszczonych w „Gazecie Finansowej” tekstów trafiła do wspomnianej książki, cześć jeszcze przez jakiś czas ukazywała się na papierze, a dziś obaj zastanawiamy się nad czymś nowym. Zachęcając oczywiście do kupowania wszystkiego, co znajduje się w ofercie księgarni pod adresem www.coryllus.pl, chciałbym przedstawić dotychczas niepublikowany tu tekst o pewnym Duńczyku, który specjalnie z myślą o naszych dzieciach, stworzył klocki lego. Polecam.


Gdy żyje się w świecie, w którym od pewnego momentu liczy się już tylko towar, na który można sobie albo pozwolić, albo liczyć wyłącznie na to, że któregoś dnia przyjdzie taki dzień, gdzie on stanie się również i nasz, nagle trzeba dojść do wniosku, że w całym tym zamieszaniu człowiek przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Idziemy do sklepu po bułki i coś do obiadu, a kiedy już znajdziemy się przy kasie dokładamy do naszego koszyka paczkę papierosów i batonik Mars i nawet do głowy nam nie przyjdzie, że za tym Marsem stoi wielkie biznesowe przedsięwzięcie o takiej historii, że przy niej ten kawałek czekolady nabiera dodatkowego, i to nie byle jakiego, znaczenia. Snujemy się po lokalnej galerii handlowej, znudzeni zachodzimy do sklepu oznaczonego nazwą „Zara” i tu też nawet przez moment nie pomyślimy, że owa Zara to człowiek, który, gdy chodzi o zgromadzony majątek, zajmuje dziś jedno z czołowych miejsc na świecie; ktoś absolutnie realny i zamieszkujący naszą planetę dokładnie tak samo, jak każda pojedyncza osoba z pozostałych miliardów. Wszystko co dostajemy do ręki, płacąc za to naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi, traktujemy jak coś, co nam się raz że należy, a dwa, że jesteśmy szczerze przekonani, że to coś otrzymaliśmy od świata, a nie od pojedynczej, żywej osoby, i to niezależnie od tego, czy to jest elegancki samochód, butelka dobrej whisky, para wygodnych spodni, czy skromny listek gumy do żucia.
Kiedy byliśmy młodsi, a nasze dzieci były jeszcze dziećmi, zdarzało się, że na Gwiazdkę, czy na imieniny, kupowaliśmy im klocki Lego i nasze dzieci wówczas były nam bardzo wdzięczne i bardzo szczęśliwe. I tu też, ani im, ani, co ciekawe, nam, ludziom dorosłym i doświadczonym, do głowy nawet nie przyszło, że Lego to nie tylko nazwa i kawałek plastiku, ale Człowiek i Historia. A skoro zaledwie kawałek plastiku, a nie ten ktoś, kto go wymyślił i kazał zbudować, to tym bardziej już bardziej konkretne szczegóły, czyli jak ów człowiek się nazywał, kim był, ani nawet, którą część naszego świata zamieszkiwał.
Klocki Lego. Niewzruszona część naszej młodości i dzieciństwa naszych dzieci. Poświęćmy im chwilę uwagi. Otóż wszystko zaczęło się w Danii w roku 1932, kiedy to niejaki Ole Kirk Kristiansen, dziesiąty syn ubogiej rodziny z Jutlandii, z wykształcenia prosty stolarz, w wyniku wielkiego światowego kryzysu stracił pracę i aby utrzymać rodzinę, zaczął produkować drewniane zabawki. Kiedy wydawało się, że wszystko zaczęło się jakoś pomału układać, zmarła żona Kristiansena, pozostawiając go samotnego z czwórką synów pod opieką. Aby pocieszyć swoje dzieci po stracie mamy, Kristiansen skonstruował specjalnie dla nich małą drewnianą kaczuszkę, a kiedy okazało się, że nowa zabawka się dzieciom bardzo spodobała, korzystając z materiału, który pozostał mu po dawnych czasach, postanowił rozpocząć masową produkcję takich właśnie drewnianych kaczuszek.
Zgodnie ze starą zasadą, znaną pod nazwą „matematyki przypadku”, wedle której nigdy nie wiemy, jakiego rodzaju nieszczęście, i w jaki sposób, wpłynie na nasze życie, w roku 1942 w fabryce wybuchł pożar, tym samym zmuszając Kristiansena do dodatkowej aktywności. Na początku, wciąż zajmując się stolarką, dalej produkował miniaturki domów i mebli, jednak w roku 1947 wpadł na pomysł, by, zamiast drewna, do produkcji zabawek używać plastiku i zaczął produkować małe plastikowe misie i grzechotki. Do roku 1959, na rynku pojawiło się ponad 200 różnych drewnianych i plastikowych, wyprodukowanych przez Kristiansena, zabawek.
Nazwę „Lego” Ole Kirk Kristiansen zaproponował, łącząc dwa słowa „leg” i „godt”, które można przetłumaczyć na język polski, jako „baw się dobrze”, tworząc firmę, dziś znaną światu, jako Lego Group.
11 marca 1958 roku Ole Kirk Kristiansen zmarł z powodu ataku serca w wieku 66 lat i jego trzeci z kolei syn, Godtfred Kirk Kristiansen zgodził się przejąć firmę. Nie przyszło mu to z jakąś szczególną trudnością, gdyż już w roku 1950, w wieku zaledwie 30 lat, został powołany na stanowisko wiceprezesa Lego Group, a w roku 1957 młodszego dyrektora zarządzającego. W roku 1960 Godtfred spłacił swoich trzech braci i tym sposobem został już wyłącznym właścicielem firmy.
Jego żoną została pewna Edith, która już jako Edith Kirk Kristiansen, urodziła mu troje dzieci Gunhilda Kirka Johansena, Kjelda Kirka Kristiansena, oraz Hanne Kristiansen. Kiedy na reklamach Lego, jakie pojawiały się przez całe lata 50, można było zobaczyć twarze trojga dzieci, mieliśmy do czynienia jak najbardziej właśnie z rodzeństwem Kristiansen. W roku 1969 zdarzyło się nieszczęście. Hanne i Kjeld wracali do domu z normalnego wyjścia do kina w sąsiednim miasteczku Give, gdy ich samochód wpadł w poślizg, uderzył w drzewo i w ten sposób zakończył się kolejny etap w historii rodziny. Tragedia tak bardzo wstrząsnęła Godtfredem, że w pewnym momencie planował sprzedaż firmy, jednak ostatecznie wszystko się jakoś unormowało i w roku 1979 prezesem owego wybitnego przedsięwzięcia został syn Godtfreda, Kjeld Kirk Kristiansen, by przez kolejne lata z niezwykłym sukces prowadzić stworzony przez swojego dziadka interes. W roku 2004 jednak ustąpił ze stanowiska prezesa i CEO firmy, koncentrując się wyłącznie na utrzymaniu stanowiska właściciela Lego Group, oraz wiceprezesa zarządu, zachowując jednocześnie pozycję prezesa zarządu KIRKBI A/S, Lego Holding A/S, oraz Lego Foundation. Do dziś Lego pozostaje firmą kontrolowaną przez rodzinę Kristiansen oraz prowadzone przez nią fundacje. Kjeld wraz ze swoją żoną Camillą mieszkają spokojnie w Danii, mają troje dzieci, oraz dwoje wnucząt.
A zatem, mamy obraz rodziny. Skoro zrobiło się tak słodko, spójrzmy na samą firmę. W roku, który nam właśnie szczęśliwie minął, Lego Group, gdy idzie o obrót, została oceniona, jako największy producent zabawek na świecie, osiągając sprzedaż na poziomie ponad dwóch miliardów dolarów rocznie, przeganiając nawet Mattela, choć autentycznego giganta, to ze sprzedażą jednak nieco mniejszą. Od czasu gdy w roku 1989 wygasła ostatnia patentowa umowa na tego rodzaju składane klocki, liczba firm oferujących ów pomysł, takie choćby jak Tyco Toys, Mega Bloks, Best-Lock, czy, chińskie oczywiście, Coko, produkowane przez firmę Tianjin Coko Toy Co., zaczęła rosnąć wręcz lawinowo, co oczywiście spowodowało serię pozwów. W wyniku jednego z nich, wspomniane Coco zostało wezwane do zaprzestania produkcji, wydania oficjalnych przeprosin, oraz oczywiście wypłaty Duńczykom odpowiedniego odszkodowania. W roku 2003 Lego Group wygrało sprawę w sądzie z norweską firmą Biltema, dowodząc że Biltema prowadziła sprzedaż produktów Coko w taki sposób, by klienci byli przekonani, że mają do czynienia z Lego. W roku 2003 potężny transport klocków, niemal niczym nieróżniących się od Lego, a oznaczonych nazwą „Enlighten”, został skonfiskowany w Finlandii. Jak się okazało, i ten produkt przybył do Europy z Chin.
Nie zawsze jednak Lego Group odnosiło tak spektakularne sukcesy. W roku 2004 Best-Lock Construction Toys z Hamburga wygrał proces przeciwko Lego. W innym wypadku, w roku 2005, również bezskutecznie, Lego Group próbowało powstrzymać produkcję tak zwanych Mega Bloks, z takim oto uzasadnieniem, że „prawo własności nie może być wykorzystywane do podtrzymywania monopolu w oparciu o dawno wygasłe patenty”.
Ten typ agresywnego współzawodnictwa prawdopodobnie sprawił, że Lego Group znaczną część swojej aktywności skierowała na uzyskiwanie kolejnych gwarancji prawnych i jak dotychczas w samych Stanach Zjednoczonych posiada już ponad 600 patentów.
Lego Group to jednak nie tylko klocki. Jak dotychczas, Lego Group otworzyła na całym świecie cztery potężne parki rozrywki, tak zwane popularnie „Legolandy”, w których dzieci i dorośli mogą zwiedzać najróżniejsze znane nam wszystkim miejsca, przedstawione, czy to w postaci zarówno dużych konstrukcji, czy misternie zrobionych miniaturek, które można podziwiać w trakcie tematycznych wycieczek. Pierwszy Legoland został zbudowany w rodzinnej miejscowości Kristiansena, Billund. Kolejne powstały w Anglii, w Kalifornii, oraz w Niemczech.
W roku 2005 Logo Group ogłosiło podpisanie umowy z wielką firmą inwestycyjną Blackstone Group na sprzedaż wszystkich parków za 375mln Euro filii Blackstone o nazwie Merlin Entertainments. Lego Group zachowało naturalnie swoje 30% udziałów w przedsięwzięciu, plus jak najbardziej odpowiednią liczbę miejsc w zarządzie. Gdyby ktoś jednak sądził, że w ten sposób Kristiansen zaczął wyprzedawać biznes, jest w dużym błędzie. Sprzedaż parków stanowiła bowiem zaledwie część szerszej strategii związanej z restrukturyzacją firmy w kierunku wyłącznie produkcji i sprzedaży klocków, z parkami, jako bardzo skuteczną siłą napędową dla biznesu podstawowego.
In 2010, Merlin Entertainments otworzył pierwszy wodny park Lego w Kalifornii, a już w roku następnym, kolejny, tym razem już całkowicie własny, park rozrywki, z parkiem wodnym, o nazwie Legoland Florida, a przy okazji największy z wszystkich dotychczasowych.
Kolejny Legoland uruchomiony przez Merlin Entertainments powstał w Malezji w roku 2012, pod adekwatną bardzo nazwą Legoland Malezja, jako pierwszy tego typu projekt w Azji, z kolejnym, podobnym, w okolicy, tym razem jednak z pierwszym na świecie autentycznym hotelem Lego. Nie trzeba wspominać, że dziś już Merlin Entertainments ma w planach cały szereg kolejnych projektów, równie, a może jeszcze bardziej imponujących, na całym świecie.
Tymczasem Kristiansen koncentruje się konsekwentnie na klockach. To co jest dość uderzające w tym akurat biznesie, to fakt, że inaczej, niż to ma miejsce przeważnie, tu nie mamy do czynienia z tak przecież powszechnymi gdzie indziej oskarżeniami, czy to o wykorzystywanie taniej siły roboczej, czy to zmuszanie ludzi do zbyt ciężkiej pracy, zatrudnianie dzieci w jakichś małych afrykańskich czy azjatyckich krajach za niemal darmo, czy wreszcie niszczenie naturalnego środowiska. Natomiast, owszem, stało się tak, że w pewnym momencie samo Lego Group stało się przedmiotem ataku ze strony tak zwanych środowisk gender. I to jest historia autentycznie poruszająca.
Wyobraźmy sobie, że w styczniu 2014 roku Duńczycy otrzymali ręcznie napisany list od rzekomo siedmioletniej Amerykanki nazwiskiem Charlotte Benjamin, który w jednej chwili zrobił zawrotną karierę w światowych mediach. Oto owa dziewczynka zwróciła się z pretensjami do Kristiansena, że „klocki Lego przedstawiają niemal samych chłopców i prawie w ogóle dziewczynek”, a jeśli już, to „dziewczynki nie mają pracy i tylko albo siedzą w domu, albo chodzą na plażę, ewentualnie na zakupy, natomiast chłopcy jeżdżą na wycieczki, chodzą do pracy, ratują ludzi, a nawet pływają z rekinami”.
Czując zapewne pismo nosem, Lego Group wydało natychmiast komunikat o wypuszczeniu na rynek nowej kolekcji o nazwie „Instytut Badawczy”, z potężną kolekcją dziewczynek-naukowców, w tym chemiczek, paleontologiczek i astronomek. Nowa kolekcja odniosła ogromny sukces, a niejaka Becky Francis, profesorka na Wydziale Edukacji i Sprawiedliwości Społecznej w londyńskim King's College, która dotychczas była nastawiona bardzo krytycznie do filozofii nienawistnie sączonej przez Lego Group, oświadczyła, że dziś „uważa się za fana klocków Lego”.
W tej sytuacji możemy być już pewni, że przyszłość owych klocków w Nowym Wspaniałym Świecie pozostaje niczym niezagrożona. I choć sam Kjeld Kirk Kristiansen, mimo że na liście Forbesa zajmuje bardzo odległe, bo dopiero 129, miejsce, to przy jego niemal 10-miliardowym majątku pozostaje najbogatszym Duńczykiem i nikt mu nie powie, że niezasłużenie. Życzmy mu dobrze.

Zachęcam do kupowania mojej książki o najbogatszych rodzinach. Tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=39-wypraw-na-dziewiaty-krag.

1 komentarz:

  1. Dygresja.

    Zwróćcie uwagę na kłamstwo, jaki tkwi w potocznej polskiej percepcji terminu "firma rodzinna".

    Otóż w serwowanym nam od 1989 światopoglądzie "firma rodzinna" to jest taka biedna, cebulowa mini-firma. Coś trochę gorszego.

    Powinno być dokładnie odwrotnie!

    Bowiem nie tylko zwykła logika, ale także empiria wskazuje, że firmy rodzinne lepiej sobie radzą, lepiej przechodzą kryzysy, lepiej inwestują.

    Firmy nie-rodzinne - czyli oparte na czystej spekulacji, tudzież krótkoterminowej spółce obcych sobie ludzi - nie mają takiej siły. Za to łatwiej stają się maszynkami do błyskawicznego, rabunkowego eksploatowania rynku i uciekania z łupem.

    OdpowiedzUsuń