sobota, 28 grudnia 2013

Przychodzi Pasikowski do urzędu, czyli nokaut w pierwszej

„Politykę” – mam na myśli tygodnik – biorę do ręki parę razy do roku, mianowicie podczas pobytu w Przemyślu. Z jakiegoś, jedynie bardzo szczątkowo wyjaśnionego, powodu, rodzina mojej żony, którą kocham, jak własną, uważa za konieczne „Politykę”, nawet jeśli nie czytać, to kupować, no i w związku z tym to pismo tam zawsze się plącze. Ponieważ jednak, jak mówię, zdarza mi się „Politykę” przeglądać, wiem, że to jest coś, co obok spółdzielni „Społem”, ogródków działkowych, ronda Gierka w Sosnowcu, i Jaruzelskiego z Kiszczakiem, stanowi ostatni żywy relikt PRL-u, czy, mówiąc bardziej dosadnie, komuny.
Wystarczy wziąć do ręki dowolny numer „Polityki”, by nagle zrozumieć, że, przynajmniej jak idzie o to towarzystwo, nic się nie zmieniło. Oczywiście, mamy lisowy „Newsweek”, mamy to „Wprost” prowadzone przez człowieka, za którym wciąż ciągnie się cień pewnego szczególnego wydarzenia sprzed lat, mamy całą tę menażerię grupującą ludzi tak różnych, że jedyne, co można zrobić, kiedy się nagle ich wszystkich ujrzy, to zacytować ostanie zdania z orwellowskiego „Jarmarku”, jak jednak chodzi o „Politykę”, tam mamy PRL zakonserwowany w stanie niemal nienaruszonym. „Polityka” to jest takie pismo, którego sukces, moim zdaniem, ma identyczne źródło, jak sukces ostatnio coraz bardziej popularnych wędlin, sprzedawanych pod hasłem: „Smakuje jak za Gomułki”. Jeśli ludzie to coś kupują, to wyłącznie dlatego, że, kiedy widzą to, co dostają na codzień, mają ochotę już tylko rzygać.
I oto, wczoraj jeszcze, otrzymałem wiadomość od mojego serdecznego kumpla Lemminga, który zawsze dba o to, bym nie narzekał na brak inspiracji, w której przesłał mi on link do – na szczęście nie całego tekstu, ale zaledwie zapowiedzi – wywiadu, jaki „Polityka” właśnie przeprowadziła z naszym czołowym reżyserem filmowym Władysławem Pasikowskim. Domyślam się, że cała rozmowa jest znacznie dłuższa i na wszelkie możliwe tematy, jednak to, co nam podaje „Polityka” w swojej zapowiedzi, to praktycznie jedna kwestia, ujęta przez Pasikowskiego w następujący sposób:

Zadaniem patriotyzmu na dziś jest wytępić w narodzie tę pieprzoną sowiecką mentalność”.

Ktoś spyta, co Pasikowskiemu nagle do patriotyzmu, a tym bardziej do naszej polsko-sowieckiej mentalności. Cóż takiego się stało, że to on akurat odnalazł w sobie konieczność apelowania do nas Polaków, już nawet nie o to, byśmy się pozbyli „sowieckiej mentalności”, ale w ogóle czegokolwiek? Cóż takiego się stało, że to akurat reżyser Pasikowski został wynajęty przez tę postkomunistyczną hołotę do tego, by nam ot tak sobie podokuczać? Czy naprawdę nie było nikogo bardziej odpowiedniego? Czy zamiast Pasikowskiego nie można było wziąć po prostu Urbana, albo, skoro już padło na filmowców, Wajdę, albo Kutza?
Odpowiedź wydaje się, wbrew pozorom, prosta. Otóż Władysław Pasikowski, znany nam dotychczas niemal wyłącznie z filmu „Psy”, a dokładnie rzecz biorąc z sekwencji „Nie chce mi się z tobą gadać”, i z czegoś, co znane jest powszechnie pod nazwą „Pokłosie”, a co Pasikowskiego wydobyło z twórczego niebytu i uczyniło czołowym reżimowym twórcą, został tym razem przez Partię wysłany – dokładnie tak, jak kiedyś Roman Bratny – na „odcinek patriotyczny” i kręci film o pułkowniku Kuklińskim. W tej sytuacji, wydaje się czymś jak najbardziej oczywistym, że to właśnie głos Pasikowskiego staje się dziś głosem Polski Walczącej.
I nie oszukujmy się. To nie jest tak, że Pasikowski jest osobą na tyle skompromitowaną, by na skuteczność tego manewru mogli liczyć tylko jacyś ubowcy z „Polityki” i okolic. Nic podobnego! Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że – właśnie przez to, że on się za Kuklińskiego w oczywisty sposób wziął nie sam z siebie, ale z ewidentnego polecenia – cele, jakie są tu stawiane, są znacznie bardziej dalekosiężne, niż to, by polscy patrioci dostali coś specjalnego. Jeśli ktoś taki jak Pasikowski zabiera się za kręcenie filmu o pułkowniku Kuklińskim, a jednocześnie zaczyna coś bredzić na temat „pieprzonej sowieckiej mentalności”, to ja już tylko czekam aż kolejny wywiad przeprowadzą z nim bracia Karnowscy, a on sam wytłumaczy nam bardzo dokładnie, co on tak naprawdę miał na myśli, i kogo, kiedy się tak pieklił.
A co z tym „Pokłosiem”? Bardzo przepraszam, ale tu już problemu nie ma żadnego. Wystarczy, że nam Pasikowski powie na przykład, że on się tego filmu wstydzi, ale musiał go nakręcić, bo inaczej by mu Tusk nie pozwolił zrobić czegoś daleko ważniejszego i potrzebnego, mianowicie opowieści o Pułkowniku. I będzie git.
Rzuciłem okiem na to, co już napisałem, i mam wrażenie – nie pierwszy raz już zresztą – że to co napisałem nijak ma się do nastroju, w jakim się znajduję. A nastrój mój jest prawdziwie ponury. Powiem więc już na koniec coś, co, mam nadzieję, zabrzmi odpowiednio mocno. Otóż jestem głęboko przekonany, że fakt iż Władysław Pasikowski kręci film o pułkowniku Kuklińskim, i że to nie będzie paszkwil, ale jak najbardziej hołd oddany polskiemu bohaterowi, świadczy nie o tym, że naród się budzi, ale mówi nam bardzo wyraźnie, że ci, którzy temu właśnie narodowi zaaplikowali ów straszny środek nasenny, zrobią wszystko, by on nie przestał działać.
Czy jest w tym wszystkim, ktoś spyta, coś pocieszającego? Nie byłbym sobą, gdybym powiedział, że nie. Otóż w tym samym wywiadzie dla „Polityki” Władysław Pasikowski, skarżąc się na sowieckią naturę Polaków, wyznaje, że:„Ile razy byłem w urzędzie, jeszcze nigdy albo prawie nigdy nie spotkałem urzędnika, który próbowałby mi pomóc rozwiązać problem. Oni się tam borykają ze swoim problemem, jak mają wypaść w 'starciu' ze mną”.
Otóż rzecz w tym, że, choć moje kontakty ze wspomnianymi przez Pasikowskiego „urzędnikami” ograniczają się wyłącznie do ZUS-u, Urzędu Skarbowego, Policji i Poczty Polskiej, doświadczenia mam jak najlepsze. Od dobrych wielu lat mniej lub bardziej z własnej woli tam bywam i nigdy – powtarzam, nigdy – nie zdarzyło mi się trafić tam na osobę, która by nie była nie dość że grzeczna i uprzejma, to wręcz przyjacielska. Moje kontakty z urzędniczkami (i urzędnikami) w Urzędzie Skarbowym, ZUS-ie, Poczcie Polskiej i na Policji są czystą przyjemnością, niezależnie już od tego, jak sprawy, które mnie tam sprowadziły, przyjemne nie są. Ktoś powie, że to może przez to, że ja mam coś w sobie takiego, że kiedy mnie ci ludzie widzą, uważają mnie za przyjaciela. Może i tak, ale z pewnością to nie może być wszystko. Jest bowiem tak, że nawet kiedy tam dzwonię, spotykam się z demonstracyjną wręcz uprzejmością i chęcią pomocy. Dlaczego? Myślę, że dlatego, że sam jestem osobą miłą i nastawiona do świata życzliwie. Tak jak większość ludzi. A ludzie życzliwi i mili na nie życzliwych i niemiłych na ogół nie trafiają.
No i teraz mamy tego Pasikowskiego, który twierdzi, że jego wszyscy, gdziekolwiek się pojawi, traktują po chamsku. I tu mamy dwie możliwości: albo on kłamie jak bura suka, a robi to wyłącznie po to, by wzmocnić tezę, którą ktoś mu napisał na kartce i kazał odczytać, albo on rzeczywiście ma takie doświadczenia. A to by świadczyło o tym, że on, w wymiarze czysto osobistym, musi stanowić jakieś niebywałe kuriozum. Jeśli Pasikowski mówi prawdę, a ja w swej dobroduszności zakładam, że tak jest, jego świadectwo musi stanowić najlepszy dowód na to, że on ma to coś, co nawet anioła jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Przychodzi Pasikowski gdziekolwiek, staje przed kimkolwiek i, zanim się odezwie, człowiek już nie myśli o niczym innym, jak mu przypierdolić. I to obojętnie jak – ręką, „z byka”, czy zwyczajnie, przez demonstrację najbardziej ponurej niechęci.
Patrzę na zdjęcie Pasikowskiego ilustrujące wspomniany wywiad i jestem coraz bardziej przekonany, że to jest właśnie to. Ten typ wychodzi z domu, a dobrzy ludzie natychmiast zaciskają pięści i zęby. Skoro zatem tak sprawy się mają, to – i to jest właśnie ów wspomniany wcześniej happy end – nie ma się co martwić. Skoro to jest to, co System ma najlepszego, to możemy się czuć w miarę spokojni. W momencie jak oni otworzą usta, ci z nas, którzy mieliby słuchać, już dawno będą zajęci czymś kompletnie innym. A ich słowa spadną na skałę, z której już nic nigdy nie wyrośnie.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Jeśli natomiast ktoś nie lubi wydawać pieniędzy na rzeczy tak ulotne, jak słowo na ekranie komputera, proponuję którąkolwiek z czterech książek, jakie od nowego roku będą do nabycia na stronie www.coryllus.pl, a które dziś można zamawiać u mnie osobiście. Dziękuję wszystkim.




6 komentarzy:

  1. To Pasikowski już Nasz? Ostatnio coś widziałem na ekranie, bodaj tvn24, artystę estradowego T. Lipińskiego, z krótkiej migawki wnioskowałem, że coś znowu miał do powiedzenia o Polskiej rzeczywistości. Co konkretnie, to nie przekazuję, bo tego człowieka nie słuchałem, jedynie pozostaję na domysłach, że tłumaczył się, że mógł być źle zrozumiany czy coś... i że to nie on.
    Niedawno również sami bracia Karnowscy ogłaszali, coś jakby, że aktor Marian Opania to już jest nasz prawie.

    A przy okazji Karnowskich to mam bardzo dobrą wiadomość. By nie wiało tak pesymizmem u Ciebie. No wiec słuchaj, wg ostatnich danych za październik nakład tygodników (sprzedaż wydań drukowanych) przedstawia się następująco: Gość Niedzielny – 137 tyś., Polityka 120 tyś., Newsweek Polska – 119 tyś., W sieci 88 tys., Do Rzeczy 69 tys., Wprost 51 tys., Gazeta Polska 46 tys., Uważam Rze 12 tys.
    Zaś w styczniu tego samego roku sprzedaż wyglądała tak: Gość Niedzielny – 143 tyś., Newsweek Polska – 123 tyś., Polityka 118 tyś., W sieci 118 tys., Do Rzeczy 118 tys., Wprost 59 tys., Gazeta Polska 72 tys., Uważam Rze 29 tys.

    https://www.teleskop.org.pl/zkdp/index.jsp?p=publicData

    Czy nie uważasz, że to fantastyczna informacja? Siejesz niepotrzebnie defetyzm.



    W oktawie Narodzenia Pańskiego wszystkiego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  2. @JSW
    Jeszcze nie nasz. Ale już niedługo.
    Fajne te wyniki sprzedaży. Biedny Lis. Nie udało mu się utrzymać pozycji przed "Polityką". Premię diabli wzięli.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lipiński to ten od "jeszcze będzie przepięknie" śpiewanej na konwencji PO w 2007, czy 2005, już nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Przemko
    Znamy go, znamy. Swoją drogą, Tilt był niezły. Zupełnie niezły.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lis jak Lis, z nim pół biedy, każdy wie któż to za jegomość. Ja nawet nie jestem pewny, czy on specjalnie zauważyłby, że na konto wpłynęłaby mu ta bańka. Niemniej to bardzo miła informacja, że tej premii raczej nie będzie. Na pewno nie w tym roku. A jak tam długo będzie redaktorzyć, to kto tom wie. Wybiegając w przyszłość, ja myślę, że jeszcze większe dobre wiadomości na nas czekają. Wyobrażasz sobie, tę perspektywę dobrych wiadomości!!! Jaki to będzie dramat, dla nich jak nie będzie ich stać na lot do Londynu po skarpetki i będą musieli zadowolić się choćby i z luksusowego butiku warszawskiego? Ja nie wiem jak oni tę niedogodność wytrzymają.

    Mnie jednak chodziło o „naszych” niepokornych. Bo oni już mieli na wyciągniecie ręki te pudło tygodników opinii i podmianę w przewodzeniu stadkiem, a tu taki numer. Nie jest chyba najgorzej jeśli nie ma równowagi ilościowej między „lemingiem pospolitym”, a „lemingiem prawicowym”. Na moje to fantastyczna informacja. Jeśli produkt czekoladopodobny nie kupuje się jako czekolady.

    OdpowiedzUsuń
  6. @All
    Wygląda na to, że ja jestem nawet bardziej przenikliwy, niż to mi się w moim zarozumialstwie wydawało. Nie minął dzień od tego, jak napisałem powyższy tekst, a bloger Sowiniec - w końcu nasz, jak jasna cholera - stwierdził, że Pasikowski to najwybitniejszy współczesny Polski twórca filmowy, a filmem o Kuklińskim ma szansę się zrehabilitować za "Pokłosie".

    OdpowiedzUsuń