piątek, 27 grudnia 2013

Premier wynosi śmieci, czyli seksualny wymiar braku zasięgu

W ostatnim filmie – inna sprawa, że kompletnie głupim i niepotrzebnym – mojego ukochanego reżysera M. Night Shayamalana, główny bohater, po wielu naprawdę morderczych trudach, dociera do upragnionego celu, i wtedy okazuje się, że wszystko, czego dokonał, jest jak psu na budę, bo ze względu na znany nam wszystkim świetnie „brak zasięgu”, on nie jest w stanie dokończyć swojej misji. Ktoś powie, że ów „brak zasięgu” to coś tak trywialnego, a przez to nieciekawego, że nie sposób sobie wyobrazić, by ten właśnie element był jedynym, który sprawia, że o filmie Shayamalana warto w ogóle wspominać. Otóż sprawa nie jest wcale taka oczywista. Rzecz w tym, że akcja filmu dzieje się w bardzo odległej przyszłości, kiedy to nowoczesna technika pozwala niemal na wszystko, cały film jest wręcz wypełniony najróżniejszego rodzaju, mniej lub bardziej możliwymi do wyobrażenia, gadżetami, i kiedy nagle widzimy ową informację „no signal”, ironia tej sceny jest wręcz porażająca. A ja nie umiem sobie wyobrazić nikogo poza właśnie Shayamalanem, kto byłby w stanie na ten rodzaj refleksji sobie nagle pozwolić.
Byłem dziś rano z psem na spacerze, a ponieważ, przynajmniej do czasu aż mu zacznę rzucać piłkę, on na mnie na ogół nie zwraca uwagi, zajrzałem do swojej nowej, wypasionej komórki i, z czystym zupełnie sumieniem, zacząłem czytać nową notkę mojego kumpla Coryllusa. Ponieważ jednak od razu w tytule zauważyłem błąd – zamiast „amatorem” Gabriel napisał „armatorem” – pomyślałem, że zadzwonię i powiem mu, żeby to poprawił. No i proszę sobie wyobrazić, że zamiast głosu Gabriela, usłyszałem jakiegoś nieznanego mi Brytyjczyka, który poinformował mnie w języku jak najbardziej adekwatnym, że „System przeżywa pewne trudności” i żebym się z Gabrielem kontaktował później. Dokładnie tak „The System is experiencing certain problems”.
W tym momencie przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że to naprawdę dobra wiadomość. W końcu na to aż System poczuje, że nie jest tak prosto, ja już czekam od lat, i autentycznie nie umiem sobie wyobrazić wiadomości gorszej, niż ta, że na tym poziomie akurat nie dzieje się nic nieoczekiwanego. A tu – proszę! „System przeżywa pewne trudności”. Aż się prosi, by zawołać: Poproszę o kolejny odcinek!
A więc to jest to, co sobie pomyślałem w pierwszej chwili. Druga rzecz natomiast, to ten język. No bo ja akurat, tak się złożyło, język angielski, jak to kiedyś pięknie śpiewał Wojciech Młynarski, „posiadam”, i kiedy wysłuchałem owej informacji, w jednej chwili wiedziałem, o co chodzi. No ale załóżmy, że to nie ja potrzebowałbym się dodzwonić do Gabriela, ale Gabriel do mnie. Co by on, biedaczek, z tego zrozumiał? Tylko pomyślmy. Dzwoni do mnie mój kumpel Gabriel, żeby zapytać, jak tam po Świętach, czy dostałem rozgrzeszenie, czy się nie przeżarłem, czy ość z karpia nie stanęła mi w gardle, czy choinka się nie zapaliła, czy nie pokłóciłem się z panią Toyahową, a tu nagle słyszy, jak ktoś coś do niego mówi w obcym języku. Pomyślałem więc o tym Gabrielu, jak dzwoni do mnie i trafia na ten bełkot, i zacząłem się zastanawiać: jak to jest z tymi problemami, jakich doświadcza System? Duże one, czy małe?
A daję słowo, że jest o czym myśleć. Wspomniałem o tym, że mam nową, wypasioną komórkę. Stało się tak, że parę tygodniu temu zadzwoniła do mnie jakaś pani i poinformowała, że ponieważ jestem wieloletnim i bardzo szanowanym klientem firmy Orange, a mój dotychczasowy abonament się już w maju kończy, oni mi, na dotychczasowych zasadach, proponują, za jedną tylko złotówkę, najnowszy model telefonu Sony Xperia, a za drugą tablet. Oprócz tego, ponieważ świat jest pełen niespodzianek i prezentów, dostanę od nich dodatkowo piękny skórzany futerał, w który będę mógł włożyć moją komórkę, żeby się jej broń Boże nie stała żadna krzywda.
Dwa dni później specjalny kurier przyniósł mi sprzęt, i od razu okazało się, że futerał jest za mały, a tablet zepsuty. Zadzwoniłem więc do Orange, żeby się dowiedzieć, jak wygląda z ich punktu widzenia sytuacja, tam mi jednak powiedziano, że mam się zgłosić do „punktu”. Poszedłem więc na 3 maja, a tam z kolei okazało się, że ponieważ to nie oni mi ów tablet i futerał podarowali, tylko inna, zaprzyjaźniona, firma, nie oni są odbiorcami pretensji. I wysłali mnie do Sosnowca, do czegoś, co się nazywa Sine Qua Non.
Pojechałem więc do Sosnowca, i powiem szczerze, że to Sine Qua Non to jest coś, co autentycznie robi wrażenie. Pod wskazanym adresem znajduje się bryła jakiegoś szarego, ledwo trzymającego się w całości popeerelowskiego budynku, do którego dostęp chroniony jest przez częściowo zdemontowane tory kolejowe, krzaki i błoto, a w samym już budynku pierwsze i drugie piętro, to typowe obdrapane ściany, jakieś kraty, za którymi straszą zamknięte na cztery spusty drzwi, no i wreszcie na piętrze trzecim widzimy wymalowane na ścianach piękne pomarańczowe słoneczniki, szyld „Sine Qua Non”, przeszklone drzwi, elegancką recepcjonistkę, a za recepcją ogromną salę, w której kotłuje się jakaś setka dziewcząt ze słuchawkami na uszach, sprzedająca nam produkty Orange.
Atmosferę, jaka tam panuje można opisać przy pomocy tylko dwóch słów: zgiełk i upał. Pierwsze wrażenie jest takie, że tam jest przede wszystkim strasznie gorąco, no i że od tego hałasu można już tylko oszaleć. Drugie, że to co tam się dzieje, musi stanowić najbardziej otępiającą, wyniszczającą formę ludzkiego wysiłku. Siedzą te dziewczyny w tym ulu i sprzedają, sprzedają, sprzedają. "Witam, panie Wojtku”, „Witam, pani Jolanto”, „Witam, panie Krzysztofie”, i tak od rana do wieczora. Za ile? Diabli wiedzą. Pięć za godzinę? Sześć?
No i znów wraca to pytanie: działa ten System, czy nie? A skoro działa, czy problemy, jakich doświadcza są duże, czy małe? I czy ich okazjonalne pojawianie się ma dla nas jakieś znaczenie, czy nie? Czy mamy się cieszyć, czy może już dawno powinniśmy byli na to wszystko machnąć ręką. Bez odpowiedzi.
Wśród politycznych wiadomości, jakie zakłóciły nam mijający właśnie okres Świąt Bożego Narodzenia, na pierwszy plan, moim zdaniem, wysuwa się wizyta Agaty Młynarskiej w Sopocie u państwa Tusków, a tu już tylko informacja, jaką przekazała nam pani Małgosia, że u nich w domu to Donald wynosi śmieci, co z punktu widzenia pani Małgosi, „po 35 latach małżeństwa jest gestem naprawdę romantycznym”. Osobiście, rozmowy z drugą parą III RP nie oglądałem, akurat nie wiem, czy Donald te śmieci wynosi zawsze, czy tylko czasami, zwykle zrzucając ten obowiązek na Małgosię. Nie wiem więc też, czy Małgosia ów romantyzm odczuwa, jako święto, czy nim żyje na co dzień. Czy to jest tak, że od 35 lat Donald Tusk wynosi śmieci i w ten sposób swoją żonę, Małgosię, utrzymuje w stanie nieustannego wzruszenia, czy może on tylko od święta, nagle weźmie w swoje spracowane dłonie ten kibel i powie: „To ja może dziś wyniosę”, i ona zaczyna płakać.
Ktoś powie, że ja się zajmuję jakimiś głupstwami. Otóż nic z tego. Śmieci to sprawa jak najbardziej pierwszorzędna. Jak sięgnę pamięcią, w moim domu problem wynoszenia śmieci, i wybór osoby za nie odpowiedzialnej, stał zawsze na jednym z pierwszych miejsc. Najpierw śmieci wynosił mój tato, potem mój brat, potem ja, ostatnio albo ja, albo nasze dzieci, natomiast nie potrafię sobie przypomnieć, by ta akurat część gospodarzenia była w rękach mojej mamy, czy dziś mojej żony. Ale jest jeszcze coś. Nie wyobrażam sobie, by, czy to moja mama, czy pani Toyahowa, choćby przez ułamek chwili fakt, że śmieci wynosi ktokolwiek poza nią, traktowała, jako jakieś wydarzenie, by nie powiedzieć – eksplozję romantyzmu.
Tymczasem Donald Tusk wynosi śmieci, a jego żona, nie dość, że zaczyna drżeć z podniecenia, to jeszcze uznaje za stosowne poinformować o tym wydarzeniu świat cały. Mało tego. Ona opowiada o tych śmieciach, świadkiem tego obłąkania jest dziennikarka TVP i nawet jej powieka nie drgnie, nawet brew się nie uniesie. A to przecież wciąż nie wszystko. Ona kieruje ów materiał do emisji, i nie znajdzie się tam choćby jedna osoba, która by powiedziała, że słuchajcie, coś trzeba zrobić z tymi śmieciami, bo tego przecież tak zostawić nie można. Co tu się, do ciężkiej cholery, dzieje?
Otóż, moim zdaniem, to, że w tych naprawdę niełatwych czasach, numer ze śmieciami przeszedł od początku do samego końca tak gładko, może świadczyć o dwóch rzeczach – jedna z nich jest dość ponura, a druga wręcz przeciwnie, całkiem radosna. Rzecz bowiem w tym, że to może stanowić dowód na to, że System, mimo różnego rodzaju kłopotów, radzi sobie całkiem dobrze. Z drugiej jednak strony, może być też tak, że w tym całym syfie, wśród tego – jeśli spojrzymy na sprawę, jako zaledwie pewien symbol – wciąż powracającego braku zasięgu, sytuacja, gdzie coś tak prostego, jak wynoszenie śmieci, może stanowić dla niektórych z nas pretekst do wzruszeń, robi pewne bardzo pozytywne wrażenie. Nawet jeśli to są wzruszenia bandy idiotów. W końcu od czegoś trzeba zacząć.

Wszystkim, którzy wsparli nas przed Świętami, czy to kupując książki, czy dzieląc się z tym, co mają - serdecznie dziękujemy. Proszę o nas nie zapominać, i w miarę możliwości wspierać ten blog w kazdy możliwy sposób. Bez Waszej pomocy, nie pociągniiemy choćby i kolejnego dnia.



4 komentarze:

  1. Nie wiem co o tym wszystkim sądzić, przekracza to mój rozumek. Jeżeli to zdjęcie jest prawdziwe to gdzie jest syn? https://scontent-b-cdg.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/1477558_425636154231271_373121061_n.jpg

    OdpowiedzUsuń
  2. @Przemko
    Nie wiem. Może pojechał w biznesach na Ukrainę.
    Swoją drogą, ta dekoracja robi wrażenie. Ależ oni są bezczelni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie o tę dekorację chodzi. Nie zwróciłem uwagi że to nie jest aktualne zdjęcie (Kasia by się teraz tak nie ubrała i rękawków jak Ally McBeal nie naciągała), zapewne jest z 2005 i czasu POPiS-u, zaś mieszkanie matki. Tusk wówczas cichaczem wziął nawet ślub kościelny żeby mu nikt niczego nie wyciągnął, starał się.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Przemko
    Myslisz, że dziś by zamówili mniejszy krzyż?

    OdpowiedzUsuń