środa, 11 grudnia 2013

Polska, czyli z czego nie wypada się śmiać

W korporacji, w której mam szczęście trochę uczyć języka angielskiego, jakiś czas temu przyjęto do pracy na stanowisko asystentki dyrektora, pewną panią Madzię. Ponieważ pani Madzia zrobiła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, spytałem „mojego” dyrektora, co trzeba umieć, żeby dostać tego rodzaju pracę, no i w ogóle, jakie szanse ma taka statystyczna Madzia, a on mi natychmiast odpowiedział, że wystarczy umieć robić kawę, znać trochę angielski, no i generalnie wykazywać pewną przytomność umysłu. I to mniej więcej wszystko.
Z drugiej jednak strony, i to też mi mój uczeń powiedział od razu, kiedy oni zamieścili ogłoszenie o tym, że poszukują kandydatów na owo stanowisko, otrzymali ponad dwieście zgłoszeń, no i należy pamiętać, że jeśli Madzia tę konkurencję wygrała, to ją wygrała w stosunku 1:200.
I, przyznać muszę, ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie. Otóż mamy dwieście zgłoszeń w sprawie oferty, gdzie jedynym wymaganiem jest umieć robić kawę, znać język w stopniu podstawowym, i mieć minimalnie przytomny umysł, a ja pamiętam, że, gdy zdawałem na studia, stosunek chętnych do przyjmowanych wynosił 10:1 i to było już naprawdę coś.
Oczywiście, podzieliłem się tymi refleksjami z moim uczniem, jednak on mnie od razu uspokoił. Otóż, wedle jego relacji, pani Madzia wcale nie była aż w tak niedobrej sytuacji, choćby z tego powodu, że z tych dwustu ofert, 150 to były ręcznie pisane podania od ludzi, którzy szukają pracy wszędzie. Dosłownie wszędzie. Wszędzie, no i oczywiście jakiejkolwiek. A kiedy mówię „wszędzie” i „jakiejkolwiek”, to nie stosuję prostej figury retorycznej.
A zatem, wygląda na to, że, jak śpiewał kiedyś zespół „Kobranocka” – nikomu nie wolno się z tego śmiać. Tu nie ma nic do śmiechu. Mamy tu bowiem do czynienia z sytuacją poważną wręcz śmiertelnie. Dlaczego? Bo zupełnie niespodziewanie poszliśmy z poziomu teorii do poziomu praktyki, i przed sobą mamy już tylko człowieka w stanie kompletnej desperacji. A to już w żaden sposób nie jest śmieszne. Może najwyżej dla redaktorów „Wyborczej”.
No właśnie – „Wyborczej”. Nie jestem pewien, czy ktoś z nas jeszcze to pamięta, ale swego czasu, na tym właśnie blogu, ukazał się tekst poświęcony pewnej zorganizowanej przez „Gazetę Wyborczą” zabawie polegającej na typowaniu 10 najśmieszniejszych, czy – jak to się dziś zdarza jeszcze mówić – najbardziej obciachowych, podań o pracę, czyli tak zwanych CV. I oto w jednej sekundzie ukazała się nam najbardziej dramatyczna nędza życia, której może i nie znamy, natomiast, jeśli mamy choć trochę zwykłej, ludzkiej wrażliwości, możemy ją sobie bez trudu wyobrazić… plus oczywiście ten śmiech. No i to właśnie okrucieństwo owego śmiechu sprawiło, że musiałem zareagować. Przed nami bowiem pojawiają się ludzie szukający pracy, którzy z jednej strony są tak zdesperowani – no i jednak na tyle ambitni – że o tę pracę, wbrew wszystkiemu, starają się aplikować, a z drugiej, tak dramatycznie do niczego się nie nadają, że z punktu widzenia redakcji „Gazety Wyborczej” budzą jedynie szyderczy śmiech… a my nagle – powtórzę to raz jeszcze – uświadamiamy sobie, że tu naprawdę nie ma się z czego śmiać.
Skąd nagle nachodzą mnie te myśli? Czemu, ni stąd ni z owąd, po tych wszystkich latach, kiedy wydawałoby się, powinienem nabrać naprawdę grubej skóry, znów mnie ogarnia ów nastrój śmiertelnej wręcz powagi w obliczu ludzkiej nędzy?
Oto okazuje się, że w naszym ukochanym Internecie pewną popularność zaczyna zdobywać filmik z zapisem pewnego teleturnieju przygotowanego przez TVP w Poznaniu jeszcze w roku 1999. Za chwilę sobie będziemy mieli okazję to wszystko zobaczyć, a ja tylko powiem, że moja wręcz histeryczna podejrzliwość każe mi sądzić, że tu nie mamy do czynienia z jakimś niefortunnym wypadkiem; że tu nie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie wszyscy mieli dobre intencje, tyle że jakoś tak niefortunnie wyszło, że nastąpiła katastrofa. Moim zdaniem, za tym, co się stało, od samego początku rodził się pewien plan, który wówczas – w tym nieszczęsnym roku 1999 – dopiero co nabierał kształtów, ale na końcu którego usłyszeliśmy ów rechot, tak dobrze – zbyt dobrze – nam dziś znany.
Ja wiem, że powinienem napisać tu coś więcej; że powinienem może troszkę lepiej wyjaśnić, dlaczego, kiedy pisze ten tekst, chce mi się najzwyczajniej w świecie wyć. Jednak nic z tego. Przede wszystkim, brakuje mi słów, a poza tym, jestem o tym szczerze przekonany, nawet gdyby mi się tu udało znaleźć najbardziej skuteczny sposób na to, by dotrzeć do naszej wrażliwości, jeśli dotychczas jeszcze ktoś się nie zorientował, w czym rzecz, to nie zorientuje się już nigdy. Bo oto przed nami nędza życia w wydaniu turbo, a przy okazji upadek człowieka, za który przyjdzie nam słono zapłacić. I, jak mówię, jeśli wciąż, nie do końca wiadomo, o czym mówię, to próżne moje słowa.

Proszę o nas pamiętać i wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. A teraz, już tylko trzymajmy się foteli.




4 komentarze:

  1. To jeden z tych tekstów na które nie za bardzo wiadomo co powiedzieć.
    No nędza jest.

    Poza tematem.
    Ostatnio zabawne jest że ludzie coś na Ziemkiewicza wydziwiają.
    O co im chodzi? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I to wszystko w Polsce, gdzie narodziła się "Solidarność".

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam ten program. Miałem wtedy 10 lat. Nasza antena TV "ściągała" tylko cztery kanały, a "regionalna" emitowała ten "teleturniej" chyba codziennie. (Później zaczęli dawać tort w "kształcie" asa pik i podawać, kto jest jego sponsorem).
    Teraz, po latach, stwierdzam, że odbierałem to trochę inaczej. Nie myślałem, że intencją producentów było ośmieszanie kogokolwiek. Tym bardziej w małej telewizji regionalnej. Ale rzeczywiście mogło być tak, że pomysł znalazł swoich odbiorców i rozwinął się...
    Zdecydowanie lepiej czułem się oglądając to 15 lat temu.

    Jako komentarz chciałbym zostawić dwa fragmenty z Pisma Świętego (do odszukania samemu):
    Mt 18,3;
    Ps 1,1.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Jacek Dydyński
    Jestem bardzo wdzięczny za ten komentarz. Powiem szczerze, że do tej chwili miałem pewne wątpliwości, czy to rzeczywiście jest autentyk, czy może fragment jakiegoś kabaretu. Teraz już wiem, że TO ŻYJE.

    OdpowiedzUsuń