środa, 16 lutego 2011

Jaki partaj reprezentuje TVN?

Muszę przyznać, że, prawdopodobnie w związku z tym, że z wykształcenia jestem anglistą i język angielski znam w stopniu użytecznym, na punkcie znajomości języków obcych mam pewien kompleks. Myślę, że w sposób najpełniejszy ów kompleks opisał pewien mój zmarły już dziś niestety kumpel – również anglista – mówiąc któregoś dnia, że to iż on swego czasu postanowił studiować anglistykę, było z jego strony gestem nie do przecenienia z jednego tylko względu. Otóż w przeciwnym wypadku, on prawdopodobnie do dziś robiłby z siebie idiotę, myśląc, że znajomość języków to coś szczególnego. A ja do tego mogę dodać może jeszcze i to, ze gdyby nie ten fach, to do dziś każdy z nas by myślał, że skoro ktoś coś bredzi przy użyciu angielskich słów, i w dodatku w swoim CV informuje, że angielski zna na poziomie zaawansowanym, to z całą pewnością wymiata.
Wspominany kompleks, jak się pewnie Państwo zdążyli zorientować, nie polega na tym, że przez tę swoją umiejętność czuję się lepiej, lecz wręcz przeciwnie – że przez tę swoją umiejętność mam głębokie przekonanie, że umiejętność posługiwania się językami obcymi, w tym możliwe że na pierwszym miejscu językiem angielskim, jest nic nie wartą bzdurą, a ludzie, którzy czują na tym poziomie jakiekolwiek napięcie, błądzą, i to błądzą w sposób dramatycznie komiczny.
Pisałem na tym blogu parę razy na temat umiejętności posługiwania się językiem angielskim, a przy tej okazji o ludziach, którzy mają tak pomieszane w głowach, że znając ten język lepiej od pierwszego z brzegu przybłędy, wpadają w nastrój euforii i pozostając w tym nastroju, uważają, że posiedli świat. Na czym polega to zjawisko? Na poziomie podstawowym ono się realizuje w taki sposób, że dany delikwent przy byle okazji podkreśla to, że językiem angielskim posługuje się płynnie, i wiecznie narzeka, że Polacy są tacy tu mierni. Ma on też skłonność do nieustannego kontrolowania wszystkich, którzy tego języka próbują używać i oczywiście przy każdej okazji ich poprawiać, no i – jakże by inaczej – wyśmiewać. Bardziej zaawansowani na tym polu, przy każdej okazji – kiedy tylko pojawia się odpowiedni temat – czują potrzebę powiedzenia czegokolwiek w posiadanym przez siebie języku. W jednym i w drugim wypadku wszystko się sprowadza do ciągłego mądrzenia się i zadzierania nosa, co jest o tyle komiczne, że każdy specjalista wie, że język – każdy język – jest materią tak skomplikowaną, że, jeśli nie ma się wystarczających powodów, dla bezpieczeństwa najlepiej się jest w ogóle nie odzywać.
Kwestia znajomości języków obcych stanowi temat od zawsze, i jeśli mój zmarły przyjaciel o niej kiedykolwiek wspominał, to zapewne z powodów bardzo codziennych i w żaden sposób niepolitycznych. Może dlatego też, że znał wielu nie-anglistów – w tym choćby i dzieci – którzy potrafili mówić znacznie lepiej od niego. Ponieważ jest jednak tak, że blog ten jest blogiem politycznym i cokolwiek tu powstaje, w ten czy inny sposób, z polityka jest związane, również pisząc o językach, odnosiłem się w głównej mierze do polityki. Poszło mianowicie o to, że od pewnego czasu, a ściślej od dnia polskiej akcesji do Unii Europejskiej, w przestrzeni publicznej pojawiła się kwestia znajomości – czy może jej braku – języków obcych przez naszych polityków. Proszę przy okazji zwrócić uwagę na pewien szczegół. Otóż nikt nigdy nie próbował się zastanawiać nad tym, że po angielsku – czy po francusku, lub niemiecku – nie potrafią mówić ani dziennikarze, ani artyści, ani profesorowie, ani inni przedstawiciele polskiej inteligencji. Padło na polityków i najwidoczniej ten stan rzeczy wszystkim się bardzo spodobał.
Może jeszcze nie na samym początku okresu, kiedy to Polska dołączyła do Europy, lecz nieco później, w polskich mediach – mam wrażenie, że najbardziej w niezwykle światowej telewizji TVN24 – pojawił się nowy zwyczaj, polegający na tym, że dziennikarze, w ramach bardzo przebiegłej prowokacji, dzwonili do różnych polityków, lub też niekiedy zaczepiali ich osobiście, i zadawali pytania w języku angielskim. Cel był zawsze jeden i ten sam – pokazać, że ten czy inny parlamentarzysta, jak idzie o znajomość języków, jest ciemny jak dwunasta w nocy. Mnie oczywiście nigdy te eksperymenty ani nie interesowały, ani tym bardziej nie bawiły, również z tego powodu, że często nie mogłem przy tej okazji nie widzieć, że sam wywiadowca mówi po angielsku tak, że powinien najpierw się zamknąć, a zaraz potem wejść z głową pod pierzynę. W ogóle nie interesuje mnie nabijanie się z kogoś z tego powodu, że źle mówi po angielsku, lub że w ogóle po angielsku nie umie wydusić z siebie ani słowa. Z jednym wyjątkiem. Jeśli ten ktoś się z tym zaczyna bezsensownie i głupio obnosić.
Wczoraj w Szkle Kontaktowym, które niekiedy wciąż oglądam, pojawiła się informacja, że w związku ze zbliżającą się polską prezydencją w Unii Europejskiej, Kancelaria Sejmu zamówiła dla posłów lekcje języka angielskiego i że ponad 140 posłów się zapisało. Reakcja była, z mojego punktu widzenia, standardowa i natychmiastowa. A więc prowadzący program zaczęli się głupio uśmiechać, a na ekranie zaczęły się pojawiać esemesy od widzów z pojedynczymi zdaniami w języku angielskim. A więc jakieś „How do you do”, „Do you speak English”, „Yes, I don’t”, i takie tam. Dlaczego mówię, że owa reakcja mnie nie zaskoczyła? Dlatego mianowicie, że ja w swoim zyciu setki razy miałem okazję obserwować, jak ludzie reagują, kiedy się dowiadują, że gdzieś ktoś mówi po angielsku. To jest zjawisko niemal identyczne jak to, gdy na dźwięk słowa ‘geografia’, ktoś natychmiast mruży chytrze oko, zaczyna recytować: „kambrordowiksylurdewonkarbonperm”, i uważa, że jest strasznie dowcipny. Tyle że akurat język angielski się tu znacznie bardziej rozpanoszył. Widocznie przez to, że łatwiejszy. I ja bym to jeszcze zrozumiał., bo za tym stoi zwykła ludzka słabość i jakiś rodzaj żalu, że się w życiu coś przegapiło.
Niestety chwilę potem, na ekranie pojawił się obraz klasy, a w niej posel Mężydło starający się coś dukać po angielsku. I, jak się domyślam, sens tego obrazka był taki, że patrzcie państwo na to, jaki z tego Mężydły wieśniak. Ale to kupa śmiechu! Nawet po angielsku nie umie ładnie mówić. Ja natomiast miałem na oku już tylko tę nauczycielkę, od której na sto kilometrów bilo najbardziej dramatyczną przeciętnością, no i te pieniądze, które w sposób oczywisty zostały zmarnowane, a to z powodów, o których nawet nie chce mi się mówić.
Ale też i to nie jest prawdziwym powodem, dla którego ten wpis dziś powstaje. Problem bowiem w tym, że w kolejnej już chwili mistrzowie dziennikarskiej puenty zaprezentowali dziennikarkę TVN24, panią Arletę Zalewską, która została przez redakcję wysłana na odcinek lingwistyczny, żeby znów posprawdzać posłów, a przy okazji dać nam powód do śmiechu. I oto ta lalunia na pierwszy ogień wzięła posła PiS-u Mariusza Kamińskiego i zadała mu następujące pytanie (cytaty będą dosłowne, bez żadnych przypadkowych błędów, bo sobie wszystko odpowiednio nagrałem, a teraz dbam o to, żeby to zostało zrelacjonowane jak trzeba:
Hałs jor politikal partaj kolt?
Słowo w słowo tak jak cytuję. Włącznie z tym „partaj”. Kamiński najpierw zdębiał, a potem odpowiedział właściwie dość poprawnie, że to zależy od tego, o co ona pyta, i jak najbardziej sensownie poprosił, żeby mu uściśliła, o co jej chodzi.
Wówczas lala z tefauenu pokazała paluszkiem na wiszącą obok na ścianie pisowską planszę i wystękała:
Łot is zis nejm? Prawo i Sprawiedliwość is in polisz. End in inglisz?
Kamiński powiedział więc grzecznie, że ‘Law and Justice’ i lala sobie poszła.
Ja tu się znęcam nad biedną kobietą, ale przede wszystkim nie widzę powodu, by jej darować aż taką bezczelność. Ja na przykład w życiu bym się nie odważył, żeby pójść do kogoś i nabijać się z niego, że nie umie mówić po francusku, albo po niemiecku. No ale z nią już sobie darujmy. Popatrzmy natomiast na całe otoczenie tego szaleństwa. Otóż Tomasz Sianecki, prowadzący w tym dniu program i jego gość nawet się nie zająknęli na temat tego, co się własnie stało. Więcej. Oni robili wrażenie, jakby nic nie zauważyli. Więcej! Oni wyglądali, jakby tak naprawdę byli pełni podziwu dla swobody, z jaką Kamiński z ich redakcyjną koleżanką sobie speakują.
Ale jest jeszcze coś. Wygląda na to, że ta Zalewska, jeśli idzie o znajomość języka, jest w redakcji TVN24 ekspertem. Tak mi się wydaje, bo przecież w przeciwnym wypadku szefostwo stacji nie wysyłałoby jej do tej roboty, tylko kogoś innego. No i po obejrzeniu tego materiału, szybko by go skasowało i postanowiło przenieść akcję na kolejny dzień. A skoro tak, to prawdopodobnie nikt z nich nawet nie zauważył, że coś niedobrego się tam stało. A to z kolei świadczyć musi o tym, że tam nikt nie zna języka angielskiego, nawet na poziomie podstawowym. Że tam, jak idzie o języki, jest dokładnie tak samo jak z całą resztą, i tak jak wszędzie.
Na koniec już chciałbym podzielić się pewną refleksją, która, w moim przekonaniu, bezpośrednio wynika z opisanego przypadku, ale też doskonale uzupełnia mój niedawny wpis o upadku autorytetów. Co do TVN-u i w ogóle dziennikarstwa wszystko jest jasne. To jest właśnie ten poziom. Specjalistą od spraw międzynarodowych jest jakiś półprzytomny staruszek, który nie ma pojęcia o niczym, o ile się nie nauczy najpierw wszystkiego z dostarczonych mu świeżych gazet i nie wykuje na pamięć co bardziej trudnych do wymówienia nazwisk, dwóch czołowych dziennikarzy stacji ma ciężkiego zeza, jeden tragicznie sepleni, a wszyscy są tak głupi, że gdyby nie ich bezczelność, nie byliby w stanie nawet sprzątać wagonów PKP z syfu pozostawionego przez zaprutych kiboli.
Z kolei cała reszta, to albo jacyś lewi profesorowie, albo aktorki i piosenkarki, które wyglądają, jakby właśnie zeszły z ulicy gdzieś w Mińsku, albo ich koledzy, przekonani, że wystarczy założyć kapelusz, szalik, zabawne okulary i kolorowe gacie, żeby być gwiazdą, lekarze kombinujący już tylko, gdzie i ile od kogo wyciągnąć, prawnicy podobnie, tyle że bardziej, a na końcu politycy, żyjący nadzieją, że skoro się już nic nie umie, to może wystarczy trochę tupetu. A za nimi idą uniwersytety, licea, gimnazja i szkoły podstawowe, gdzie banda spauperyzowanych i kompletnie nieprzytomnych z tej nędzy nauczycieli, głupszych często znacznie od swoich uczniów, szykuje kolejny desant.
W sumie – tragedia. Tyle że, jak już też napisałem w jednym z wpisów, na szczęście mamy kilku poważnych wojowników, którzy może jakimś cudem znajdą w sobie dość siły i determinacji, żeby to nieszczęście wyprostować. I za nich się módlmy. Wspólnie z naszymi księżmi.

13 komentarzy:

  1. "Hałs jor politik al partaj kolt?”

    "Dom twojego polityka wszystkie na pół etatu k'stary / złoto?"
    Tak sobie tłumaczę na własny użytek. Prawidłowo? Dziękju from de mołntejn!

    OdpowiedzUsuń
  2. @Panna Wodzianna
    Przyjemnie jest być górnikiem.
    Zagadka.

    OdpowiedzUsuń
  3. @toyah

    "Jaki partaj reprezentuje TVN?"

    Partajtag!

    Zgadłem?

    OdpowiedzUsuń
  4. @orjan
    Coś w tym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Toyah
    cóż można dodać do Twojej syntezy chorego polskiego społeczeństwa? Chyba tylko to, że gdzie nie gdzie iskrzą się jeszcze oznaki zdrowia, słabe, ledwie się tlące ale jeszcze gorące. I tych, którzy "niosą kaganek" prawdy trzeba wspierać.
    W każdy sposób: czynem, przykładem, świadectwem prawdy, niezgodą na kłamstwo, materialnie i modlitwą!
    My wiemy, ze jesteśmy po dobrej stronie, z nimi jest ciemność - za nimi przepaść!

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah
    A ja bym chciała zapytac dziennikarzy tvn, co to jest hora canonica i już wiem jaka by była odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Marylka
    Do dziennikarza tvn pasuje szwedzkie znaczenie pierwszego ze słów, o które pytasz.
    Polecam google-translator.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Marylka
    To akurat jest proste. Chory ksiądz. Prawda?

    OdpowiedzUsuń
  9. @all

    Wszechogarniająca kiepskość polskich elit i inteligencji.
    Od prezydenta, ministrów, po nauczycieli i księży.

    To bardzo przykre.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah
    Troszeczkę, ale tylko troszczeczkę się pomyliłeś. Wszak chodzi o rodzaj żeński. Tuwim przetłumaczył to: "małżonka księdza kanonika niedomaga".

    OdpowiedzUsuń
  11. Przyznam ze ta dziennikarka mnie nieco zaskoczyla. Zaskoczyla mnie z tego powodu, ze w ogole nie zrozumialem o co jej chodzilo. Zaznacze tylko ze ukonczylem w USA szkole srednia i uniwersytet, wiec jezyk angielski znam dosyc dobrze. Moja pierwsza reakcja byla taka, ze wiesniara z TVNu powinna sama nauczyc sie postawowych slowek zanim zacznie stroszyc piorka na ekranie.
    Pozdrawiam z USA
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  12. @Krzysztof
    Przyznam że na mnie bardzo dobre wrażenie zrobił Kamiński. Na jego miejscu każdy pewnie albo by ją spławił, albo by próbował się domyślić, o co jej chodzi, i odpowiedział, że ' Prawo i Sprawiedliwość', albo 'pisuary', albo ją wykpił i powiedział coś w rodzaju: 'My political partaj is called very nicely'.
    A on bardzo chytrze zapytał: 'What do you mean' i dał się jej dodatkowo wygadać.
    Bardzo inteligentnie.

    OdpowiedzUsuń