sobota, 14 marca 2020

Dlaczego koronawirus nie jest zarazą bogactwa i wszelkiej szczęśliwości?


        Daję słowo, że bardzo chętnie temat koronawirusa wyekspediowałbym w kosmos, ze względu na to jednak, że on wraca do mnie już nie tylko na tak zwanej ulicy, ale przede wszystkim w domu, chciałbym również i dziś dodać do tego, co napisałem już wcześniej, jeszcze parę kolejnych groszy. Tym razem jednak muszę z pewną zazdrością się zastrzec, że pomysł na dzisiejszą notkę w najmniejszym stopniu nie jest mój, lecz został mi zaproponowany przez moją młodszą córkę, o której można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że nie jest osobą, gdy chodzi o to, co Anglicy określają nazwą „wit”, absolutnie wybitną. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że parę dni temu przedstawiła mi ona sytuację nie dość że kompletnie fikcyjną, to w dodatku zupełnie absurdalną, gdzie – wyobraź to sobie, tatusiu – zostajemy zaatakowani przez wirusa o podobnej co ten nasz dzisiejszy, jak najbardziej realny, koronawirus, sile i agresji, tyle że skutkiem owego ataku nie są duszności, ogólne osłabienie, bóle mięśni, kaszel, a w ostateczności również i śmierć, lecz wieczne szczęście, radość życia oraz przede wszystkim bardzo duże pieniądze. Przedstawiło mi moje dziecko ową perspektywę, a wraz z nią jeszcze bardziej absurdalną wizję ludzi biegających w kółko po ulicach i zlizujących ze sklepowych wózków, przycisków w autobusach i wszystkich napotkanych klamek to, co w ich wyobraźni mogłoby się w ostateczności okazać owym szczęśliwym wirusem.
       Tak mi się spodobał ten pomysł, że najpierw napisałem tekst o grze liczbowej „Karolinka” oraz naszej panice kochanej, a potem zacząłem sobie wyobrażać, w jaki sposób by się mogło realizować owo szaleństwo, gdy chodzi o ów wirus szczęścia. I mogę oczyma wyobraźni ujrzeć tych wszystkich z nas, którzy dziś zakładają swoje maski, myją ręce po kilkanaście razy dziennie, na powitanie przekazują sobie zamiast dłoni łokieć, no i wreszcie wychodzą z domu tylko wtedy, kiedy bezwzględnie muszą, a na argument, że nawet jeśli liczba zarażonych w Polsce skoczy z 60 do 60 tysięcy, to będziemy mieli do czynienia zaledwie z grupą stanowiącą 0,15% społeczeństwa, a więc nasza pojedyncza szansa na to, że ów wirus i nas dopadnie, jest bliska zeru, odpowiadają, że może i tak, ale ona jednak jest i należy ją brać pod uwagę, rozglądają się z utęsknieniem po okolicy i powtarzają w kółko: „No ale skoro właśnie ktoś zachorował niedaleko, bo w samym Sosnowcu, to jak niewiele brakowało, by i mnie się udało?”, lub: „A szwagra znajomy z pracy przez cały tydzień jeździł autobusami po mieście, i mimo że ludzie śmiali się z jego naiwności, lizał wszystkie fotele i właśnie wygrał w totolotka 5 milionów”.
        Bo tak dokładnie się rzeczy mają, gdy chodzi o koronawirusa. Jeśli się zastanowimy nad tym wszystkim na spokojnie, musimy dojść do wniosku, że nie ma praktycznej możliwości, byśmy podając komuś rękę na przywitanie się zarazili, jednak przez jakiś przedziwny emocjonalny zawijas, odbierając kolejne informacje na temat owej epidemii, wchłaniając je niemal od rana do wieczora, przestajemy traktować to co się dzieje jako coś jako swoisty medialny eksperyment, ale jako nieszczęście, które może w każdej chwili wychylić się zza rogu i na nas spaść.
       Czy chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy żyć tak jak żyliśmy dotychczas, mając ową epidemię w kompletnym lekceważeniu? Oczywiście że nie. Dziś, przynajmniej u nas w Polsce, gra się toczy o to, by do czasu aż on w sposób naturalny zdechnie, rozprzestrzenianie się wirusa możliwie ograniczyć i ja owej grze kibicuję. I to z kilku względów. Przede wszystkim chodzi o to, by ludzie jednak nie chorowali, no i oczywiście nie umierali, ale w obecnej sytuacji Polska walczy o to, by pokazać zarówno światu, jak i tu nam na miejscu, że sobie świetnie, lepiej niż inni, z tego typu sytuacją radzimy. A jest to tym ważniejsze, że jak już pisałem wczoraj, są wśród nas i tacy, którzy mają cele całkowicie odmienne i oni się uspokoją dopiero wtedy, gdy owa ponura liczba 60 chorych zwiększy się do prawdziwie radosnych 600, albo może nawet przekroczy 1000, no a gdyby jeszcze poumierało trochę więcej osób, niż ta marna dwójka wyborców PiS-u, to szczęście byłoby już naprawdę pełne. A już zwłaszcza, gdyby za tymi liczbami poszła porażka Andrzeja Dudy w majowych wyborach.
       Dlatego ja sam, jak mówię, bardzo kibicuję temu wszystkiemu co robi dziś nasz rząd i nie zamierzam się do tych wszystkich regulacji ustawiać odwrócony plecami, natomiast w żaden sposób nie zgadzam się na to, by się zacząć bać o siebie, czy o swoich najbliższych, a już zwłaszcza w taki sposób, że w najbliższą niedziele nie pójść do kościoła na Mszę i nie przekazać znaku pokoju każdemu, kto tylko zechce go ode mnie przyjąć. Czego też wszystkim czytelnikom tego bloga życzę.



5 komentarzy:

  1. A ja owszem, jak patrzę na przyrost przypadków na świecie, to już się trochę. Szczególnie o moich rodziców i babcię. Dlatego staram się siedzieć z rodziną w domu, a mszę jutro obejrzymy w telewizji. Zgodnie zresztą z zaleceniem naszych hierarchów.

    OdpowiedzUsuń
  2. @marcin d.
    Ani Twoja babcia, ani Twój dziadek nie mają statystycznie najmniejszych szans, żeby złapać tego wirusa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie podzielam tej wiary, ale mniejsza już o to, każdy ma swoją odpowiedzialność.

    Z innej beczki, nie wiem czy Pan już widział, bo przeszło to teraz trochę niezauważone:
    https://www.tvp.info/47123240/poslanka-po-krytykuje-zamkniecie-granic-dowiedzielismy-sie-ze-winni-sa-obcokrajowcy-ktorzy-nas-zaraza

    Pamięta Pan naszą rozmowę o tym niedawno? Mówiłem, poczekajmy zobaczymy. No i już po sprawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błędny link - tamto wysłałem koledze jako rekord głupoty wczoraj :)

      Tutaj jest link prawidłowy:
      https://www.tvp.info/47123529/turczynowiczkieryllo-rezygnuje-z-funkcji-szefowej-kampanii-prezydenta

      Usuń
    2. @marcin d.
      Tak. Zauważyłem. Zaszczuli ja na czysto.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.