niedziela, 8 marca 2020

Don Paddington: Bezczelny Toyah, fajny Kubuś Puchatek, dobry ksiądz i pan Metoda


Proszę sobie wyobrazić, że nasz ksiądz Rafał Krakowiak, znany skądinąd pod imieniem Don Paddington, zdecydował się tu po latach nieobecności znów pojawić i zrobił to w stylu mistrzowskim. Mając nadzieję, że to jest zaledwie początek nowej przygody tego bloga, przedstawiam tekst, który Ksiądz mi niedawno przysłał i już zostawiam Państwa z nim sam na sam i proszę te słowa potraktować jako bardzo szczególne Słowo na Niedzielę.


      Swego czasu, w związku z ostrą nawalanką, którą Toyah toczył z Coryllusem a propos ojca Szustaka, a później jakiegoś, nieznanego mi bliżej popa (??), gospodarz niniejszego bloga, zupełnie niespodziewanie, w notce z dnia 16 lutego: O księżach, którzy potrafią się fajnie mylić i jeszcze fajniej przepraszać dokonał na mnie napaści. Napaść ta (całkowicie nieuzasadniona, skandaliczna, brutalna, nieprzytomna, przepełniona nienawiścią, nasycona jadem i zdumiewająca), jakże ohydna w treści, wyczerpuje znamiona naruszenia moich dóbr osobistych i tylko naszej długoletniej znajomości (no i też troszeczkę chrześcijańskiemu miłosierdziu) może Toyah zawdzięczać, że Sądu Wysokiego nie będę fatygował.
      No właśnie… Nasza długa znajomość. Toyah w swym ataku nawiązuje do niej, wspominając moją obecność na jego blogu, a potem nasze pierwsze, osobiste spotkanie. Zaczyna miło (co pomińmy), a potem przechodzi do agresywnego natarcia. Pisze tak:
      <<Któregoś dnia (…) doszło do tego, że spotkałem się z księdzem Krakowiakiem i ze wstydem przyznaję, że kiedy jechałem z tą wizytą, byłem pewien, że ujrzę kogoś, kto będzie wyglądał i gadał w równie spektakularny sposób, jak nie przymierzając, ojciec Szustak. Potem zresztą nasi wspólni znajomi z bloga pytali mnie: „No i co? Mów, jak on wygląda? Jaki on jest?” A ja odpowiadałem niezmiennie: „W ogóle nie tak, jak byśmy sobie życzyli. On wygląda, jak ty, czy ja, i to jeszcze w najlepszym wypadku”.
       Mam już zatem na sam koniec dwie kwestie już tylko do księdza Krakowiaka – znanego niektórym z nas jako Don Paddington. Przede wszystkim chciałem przeprosić za to, że mówię to księdzu dopiero dziś, ale do ojca Szustaka Ksiądz nie ma, i nigdy nie będzie miał, tak zwanego startu. Krótko mówiąc, jest Ksiądz do niczego.
      Poza tym chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to jest możliwe, co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego Szatana?>>
      Jak coś takiego skomentować?! No jak?! Przecież nie ma tylu przymiotników, by tę rzecz ukazać we właściwym świetle! Ja nie mam startu do Szustaka?!! Ja nie mam startu?!!!...
No, może nie mam…
      I w tym właśnie miejscu warto przejść do adremu niniejszych moich wypocin. A mam zamiar pisać o duszpasterzowaniu. Będzie więc poważnie, choć zaczniemy od dowcipu. O Kubusiu Puchatku. W uroczych o nim opowieściach, Kubuś przedstawiony jest jako mieszkający w Stumilowym Lesie miś o bardzo małym rozumku. Puchatek jest bardzo wesoły, sympatyczny, ma grono przyjaciół, z którymi przeżywa rozmaite przygody, no i – jak to niedźwiedź – lubi miód. I właśnie w związku ze słabością misia do miodu, jakiś czas temu usłyszałem następujący dowcip:
Któregoś pięknego dnia Kubuś Puchatek przybiega do swego przyjaciela Prosiaczka i w wielkim podnieceniu woła do niego:
- Prosiaczku! Prosiaczku! Krzyś dał nam obu dziesięć słoików miodziku. Siedem dla mnie i siedem dla ciebie.
Ponieważ Prosiaczek był zwierzątkiem o nieco większym rozumku niż miś, błyskawicznie dokonał dość skomplikowanych obliczeń i  już po trzech minutach doszedł do wniosku, że z tymi słoikami miodu jest coś nie tak.
- Zaraz, zaraz, Kubusiu! – zaprotestował w związku z tym – Jeśli Krzyś dał dziesięć słoików i w tym siedem jest dla ciebie, a siedem dla mnie, to rachunek się nie zgadza.
Miś chwilę milczał, próbował (również chwilę) przeprowadzić odpowiednią matematyczną analizę całego problemu, na koniec zaś wzruszył ramionami i rzekł:
- Ja tam nie wiem… Ale swoje siedem słoików już zjadłem.
      O czym jest ten dowcip? Myślę, że można go interpretować jako banalne skądinąd wskazanie, iż niekoniecznie ktoś, kto jest fajny, jest tym samym dobry. Kubuś (ten z dowcipu) jest fajny, bo jest sympatyczny, wesoły i w ogóle daje się lubić („Czy jest ktoś w tej sali, kto nie lubi Kubusia Puchatka?!”), ale niestety, nie jest dobry. Nie jest dobry, ponieważ przy całej swojej imponującej fajności, jest jednocześnie ulegającym własnym słabościom egoistą. Problemem misia nie jest mały rozumek, lecz chroniczne łakomstwo (z którym raczej nie walczy), oraz skłonność do fałszu (bo okazał się być fałszywym przyjacielem Prosiaczka). Wady nieumiarkowania i skłonności do fałszu świadczą o wzmiankowanym wyżej egoizmie Puchatka, czyli o czymś takim w jego naturze, co (i tu przechodzimy do interesującego nas zagadnienia duszpasterzowania w Kościele) przeszkadza darom Bożym zakorzenić się w jego sercu i uczynić zeń dobre, Boże narzędzie.
      Żeby było jasne: ja nawet nie sugeruję, że ojciec Szustak jest owym Kubusiem Puchatkiem. Jeśli już, to piszę o sobie. Zanim wyjaśnię tę zawiłość, zwróćmy się ku innemu kapłanowi, niestety, już nieżyjącemu.
      Świętej pamięci ksiądz Jan Twardowski… Jan od biedronki, ważki i mrówki… Ksiądz i poeta… Dobry poeta, dobry ksiądz. I jego nieszczęsny wiersz, p.t.: Wyjaśnienie. Wiersz znany? Zapewne tak, ale na wszelki wypadek przytoczmy go w całości:

Wyjaśnienie

Nie przyszedłem pana nawracać
zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania
jestem od dawna obdarty z błyszczenia
jak bohater w zwolnionym tempie
nie będę panu wiercić dziury w brzuchu
pytając co pan sądzi o Mertonie
nie będę podskakiwał w dyskusji jak indor
z czerwoną kapką na nosie
nie wypięknieję jak kaczor w październiku
nie podyktuję łez, które się do wszystkiego przyznają
nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką

po prostu usiądę przy panu
i zwierzę swój sekret
że ja, ksiądz,
wierzę Panu Bogu jak dziecko

      Dlaczego ten wiersz nazywam nieszczęsnym? Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że ów wiersz jest przewrotny. Przewrotny nie ze względu na jakąś obecną w utworze ironię czy dowcip, lecz ze względu na postrzeganie przez poetę miłości bliźniego w sposób, który nie tyle jest dziwny, bądź mało precyzyjny, co raczej niepokojący.
      Twardowski, jak każdy dobry poeta, swoim wierszem zadaje pytania. Moim zdaniem, owe pytania dotyczą właśnie miłości i jeśli poważnie je potraktować, to wynika z nich, że ksiądz kocha drugiego człowieka wówczas, gdy zamiast głoszenia Ewangelii – zwłaszcza głoszenia w sposób przeintelektualizowany, bądź nawet agresywny – opowiada temu człowiekowi o swojej tajemnicy (tajemnicy pojmowanej jako coś najbardziej i najgłębiej osobistego), którą jest dziecięce przeżywanie wiary. Powie ktoś: ksiądz Twardowski nie przeciwstawia głoszenia Ewangelii osobistemu świadectwu; on tylko uważa, że najlepiej głosi Ewangelię ten, kto owe osobiste świadectwo daje. Chętnie się z tym zgodzę, pytanie tylko, czemu to osobiste świadectwo (czyli najlepszy sposób głoszenia Ewangelii) ma służyć? Nawróceniu? Przecież „nie przyszedłem pana nawracać”! Jeśli więc nie o nawrócenie chodzi, to o co? Może o to, by głoszący i słuchający dobrze się czuli we wzajemnych relacjach? Żeby im było miło, zgodnie i pogodnie? Niestety wiersz tego nie wyjaśnia, co nie zmienia faktu, że sama myśl o nawracaniu kogoś, jest – według poety – myślą nieładną. Dlaczego nieładną? Pewnie dlatego, że treść pojęcia „nawrócenie” (w chrześcijaństwie kojarząca się jednoznacznie pozytywnie), w dzisiejszym świecie odbierana jest negatywnie, bo nawracanie to inaczej mówiąc narzucanie czegoś, a może nawet robienie komuś wody z mózgu.
      Co poeta miał więc na myśli, że klasycznie zapytam? Otóż miał on na myśli to, że próba nawracania kogoś to nic innego, jak niedopuszczalna ingerencja w tożsamość tego człowieka (zwłaszcza, gdy z indyczą furią wlewa się do ucha jakąś – ponoć świętą – teologię), oraz narzucanie poglądów (poprzez wwiercanie się Mertonem w brzuch), co jest nie do pogodzenia z miłością bliźniego. Natomiast działania zmierzające do tego, by wszystkim było miło, zgodnie i pogodnie, są po prostu kwintesencją tejże miłości…
      Nie chcę by powyższa – niewątpliwie powierzchowna – analiza Wyjaśnienia sprowadzała się tylko do łatwego skądinąd szyderstwa. Nie chcę tego tym bardziej, że możliwa jest też inna interpretacja tego wiersza – interpretacja, która z nieszczęsnego, uczyni ów utwór szczęsnym (choć w swoim charakterze pozostanie on w dalszym ciągu przewrotnym). Bo może być przecież i tak, że ks. Twardowski zwraca naszą uwagę na oczywistą prawdę, iż kiedyś dążenie do nawrócenia innych ludzi – czyli zabieganie o ich zbawienie – było w świecie chrześcijańskim świadectwem wielkiej do nich miłości, natomiast dzisiaj dążenie do nawrócenia innych ludzi jest w najlepszym wypadku świadectwem braku delikatności, a często powodem do wstydu. I ironizując („Nie przyszedłem pana nawracać.”) poeta po prostu piętnuje brak odwagi tych duszpasterzy, którzy ducha czasu mylą z Duchem Świętym, albo – inaczej mówiąc – są fajni, ale nie są dobrzy.
      Duszpasterze to w olbrzymiej większości proste chłopaki. Ich prostota polega na tym, że nie kombinują, tzn. starają się złożone treści przekazać w jak najprostszy sposób. Niestety, nie każdemu się to udaje. Owszem, każdy (prawie każdy) próbuje, ale nie każdemu jest to dane. Czy Kościół się tym przejmuje? Niekoniecznie. Bo choć miło jest posłuchać dobrego, wręcz charyzmatycznego kaznodziei, lub skorzystać z posługi wnikliwego, wręcz wybitnego spowiednika, to duszpasterzy tego rodzaju jest tak mało, że w skali całego Kościoła są w zasadzie praktycznie pomijalni. Owocność działania Kościoła nie jest bowiem zależna od obecności w nim znakomitości kaznodziejskich, lecz od stałej, nieustępliwej, odważnej, pełnej wiary, nadziei i miłości troski o zbawienie ludzi. Tylko to się liczy: troska o zbawienie ludzi. Troska, której kształt jest określony przez Rzym. I duszpasterze (proste chłopaki) właśnie ową troską Rzymem naznaczoną mają się charakteryzować, co nie oznacza, że nie mają dbać o uzupełnienie swoich ewentualnych deficytów: kaznodziejskich, organizacyjnych, intelektualnych, duchowych…
      Innymi słowy mówiąc, Kościół działa swoją strukturą (mówiąc o strukturze mam na myśli także i to, że – jak powiedział kard. Wyszyński – „Kościół jest żyjącym i działającym we współczesnym świecie Chrystusem”), a nie „duszpasterskimi wybitnościami”. Nie jest więc problemem brak (albo nadmiar) znakomitości w Kościele. Problemem jest to, że tak owe znakomitości, jak i owi „przeciętniacy” mogą zgłupieć i zamiast być dobrzy (tzn. odznaczać się troską o zbawienie ludzi, którym posługują), stają się fajni (tzn. odznaczają się troską, by wszystkim było miło, zgodnie i pogodnie).
      Toyah, kończąc swój całkowicie nieuzasadniony, skandaliczny, brutalny, etc… etc… atak na moją osobę, w całej swej bezczelności zwrócił się do mnie z następującą kwestią: „Chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to możliwe co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego Szatana?”
       Ponieważ forma tego pytania jest bardzo niechlujna (biedny nasz Gospodarz zazdrości pani Tokarczuk i ją postponuje, a jak widać po kształcie powyższego pytania, nie ma do naszej Noblistki, i nigdy nie będzie miał tak zwanego startu; krótko mówiąc, Toyah jest do niczego), próbując na nie odpowiedzieć, muszę poczynić pewne uściślenie. Otóż biorąc pod uwagę kontekst, w którym umieszczona jest fraza o „księdzu, którego parafianie kochają”, domniemywam, że nie wszyscy parafianie go kochają, oraz że owa miłość do księdza, rozumiana jest tutaj jako zaledwie uczucie sympatii. Pytanie dotyczy więc sytuacji, w której parafianie (nie wszyscy) po prostu księdza lubią i gdzieś w tym wszystkim czuje się swąd szatana.
      Dlaczego  nie wszyscy owego księdza lubią? To proste. Nie wszyscy go lubią, „bo jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”.
      Znacznie istotniejsze jest owo lubienie. Przyjrzyjmy się temu.
      Duszpasterz to prosty chłopak. Nie kombinuje, tzn. stara się złożone treści przekazać w jak najprostszy sposób, czyli zachowując łączność z Rzymem i powodowany troską o zbawienie bliźniego, usiłuje dotrzeć do jego serca, by pomóc temuż bliźniemu osiągnąć niebo. Ludzkie serca są jednak w większości zamknięte i nie jest łatwo je poruszyć. Z tego powodu w tym właśnie momencie pojawia się pan Metoda. Pan ów może przychodzić od Ducha Świętego, ale równie dobrze może przychodzić od TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Bez względu na to od kogo pan Metoda przychodzi, przychodzi po to, by podpowiedzieć duszpasterzowi jakich sposobów ma się imać, by twarde ludzkie serca poruszyć. Jeśli duszpasterz skłania się ku radom pana Metody przychodzącego od Ducha Świętego, to wtedy ów duszpasterz (bez względu na to, czy jest przeciętniakiem, czy wybitnością) staje się dobrym księdzem. Jeśli zaś duszpasterz skłania się ku radom pana Metody przychodzącego od TegoKtóryNie…, to wtedy ów duszpasterz (bez względu na to, czy jest przeciętniakiem, czy wybitnością) staje się fajnym księdzem.
      Pan Metoda przychodzący od Ducha Świętego, radzi duszpasterzowi, by zabiegał o zbawienie ludzkich dusz „w porę i nie w porę”; by pamiętał nie tylko o wszystkich uczynkach miłosiernych co do ciała, ale także o wszystkich uczynkach miłosiernych co do duszy; by nawracał; by nie siebie pokazywał, lecz Chrystusa; by uczył bezwarunkowej wierności wobec Rzymu; by w jego osobistym życiu, z miłości do Chrystusa obecne były post, modlitwa, jałmużna i zwykła ludzka przyzwoitość.
      Człowiek, który odznacza się tego rodzaju postawą, spotyka się ze strony ludzi (oczywiście nie wszystkich) z nieustannym oporem: bywa ceniony, ale niekoniecznie jest lubiany.
      Pan Metoda przychodzący od TegoKtóryNie…, radzi duszpasterzowi, by dbał o siebie; by nie był zanadto wymagający, bo straci w ludzkich oczach; by zawsze wychodził naprzeciw ludzkim oczekiwaniom; by pamiętał, że musi się oszczędzać, bo swoje siły musi rozłożyć na długi czas i długą drogę; by korzystał z życia i innym na to pozwalał; by pokazywał albo wyłącznie „ludzką” twarz Chrystusa i chrześcijaństwa, albo wyłącznie boskość Zbawiciela i Jego Kościoła; by wierność wobec Rzymu propagował w zależności od tego co Rzym głosi i kto w Rzymie zasiada; by uczynki pobożne praktykował albo ze względu na komfort duszy i ciała, albo ze względu na wierność konserwatywnym ideałom.
      Człowiek, który odznacza się tego rodzaju postawą, spotyka się ze strony ludzi (oczywiście nie wszystkich) z nieustannym aplauzem: jest i ceniony i lubiany.
      Oczywiście, te dwie postawy rzadko kiedy występują w stanie czystym. Najczęściej to wszystko (pan Metoda od Ducha Świętego i pan Metoda od TegoKtóryNie…) jest przemieszane ze sobą. Pytanie, czego jest więcej? I co bardziej służy sprawie zbawienia? Po owocach poznajemy. Zostawmy na boku ojca Szustaka, ponieważ jak wynika z powyższego przedłożenia, kwestia politycznych sympatii i deklaracji nie jest tutaj najważniejsza. A ortodoksja – zapyta ktoś?
      Ortodoksja… Tak. Ona jest ważna. Tyle tylko, że jej waga ujawnia się tak naprawdę wówczas, gdy duszpasterz podejmuje całkowicie świadomą decyzję (czyli nie ma mowy o pomyłce, niedbalstwie, bądź niedouczeniu), by z jakichś powodów – choćby dla sławy, dla zysku, dla podreperowania zranionego ego, itd. – być nie-ortodoksyjnym, bądź ortodoksyjnie rozmytym. Przykład? Proszę uprzejmie:
      Pewien ksiądz Proboszcz, w uzasadnionej trosce o świątynię zabiega o to, by tej świątyni dać nowy dach. Niestety, parafia jest biedna i nie stać jej na taką inwestycję. I oto pojawia się sponsor, który składa ofertę sfinansowania remontu dachu. Proboszcz się cieszy, parafianie się cieszą. Tyle tylko, że jak się okazuje, ów sponsor od lat żyje bez ślubu z jakąś kobietą, mimo iż nie istnieją żadne przeszkody, by zawrzeć sakramentalne małżeństwo. Ale cóż, pecunia non olet: chce ów sponsor dar ofiarować, to dlaczego go nie przyjąć? Proboszcz i sponsor dochodzą do porozumienia.
      Któregoś dnia przychodzi ten moment, kiedy niedzielne Słowo Boże mówi o świętości małżeństwa i przypomina o przykazaniu Nie cudzołóż! Ksiądz Proboszcz z wielkim zapałem i przekonaniem na każdej Mszy Świętej, zgodnie z nauką Kościoła, wykłada to co trzeba. Tyle tylko, że na trzeciej, albo czwartej Eucharystii pojawia się w kościele ów wspomniany sponsor, wraz ze swoją konkubiną. I siada w pierwszej ławce, by Proboszcz mógł go zobaczyć. I uśmiecha się do Proboszcza. W końcu nadchodzi ta chwila, że trzeba wygłosić homilię… Co ów biedny duszpasterz zrobi? On wie oczywiście, że winien głosić to, czego Kościół naucza, ale wie też, że sponsor może się poczuć brutalnie upomniany owym nauczaniem, że może się z tego powodu obrazić i swoją donację cofnąć, a wtedy nie da się przecież remontu dachu przeprowadzić… Pan Metoda od Ducha Świętego radzi Proboszczowi, by w poczuciu pełnej wolności powiedział to, co mówił dotychczas, natomiast pan Metoda od TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji – zwłaszcza takiej Okazji – radzi Proboszczowi, że trzeba powiedzieć coś innego, gdyż w tej sytuacji wierne trzymanie się nauczania Kościoła jest z racji oczywistych zbyt ryzykowne. Co Proboszcz zrobi? Ponieważ właśnie tutaj jest miejsce na ową wspomnianą wyżej świadomą decyzję o ortodoksji, bądź nie-ortodoksji, sprawa staje się bardzo istotną, albowiem kontekst owej świadomej decyzji jest tak czy inaczej zbawczy (napomnieć, czyli zatroszczyć się o zbawienie; nie napominać, czyli uznać, że na tym etapie, w tej dziejowej chwili, coś innego jest od zbawienia ważniejsze).
      Zmęczyłem się. Zmęczyłem się, ponieważ męczącym jest tłumaczenie rzeczy oczywistych. Idę spać…
      A jeśli Toyah tego nie opublikuje, to mnie popamięta!
      Lubicie mnie?







8 komentarzy:

  1. Jestem wdzięczny Księdzu za tę naukę, a jeżeli z tego uczucia wolno wywodzić sympatię, to - tak, ja Księdza lubię. Bóg zapłać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo tu Księdza brakowało.
    Jeżeli Ksiądz z taką samą swadą głosi kazania, jak pisze, to zazdroszczę parafianom.
    Dzisiaj szczególnie wśród wielu młodych księży widać taką tęsknotę do bycia fajnym i lubianym. Nie wiem, czy są to podszepty TegoKtóry..., czy po prostu wszechobecna potrzeba akceptacji. Mam czasem wrażenie, że młodzi księża (nie wszyscy) są równie zagubieni jak całe ich pokolenie. Do tego jeszcze są poddani ogromnej presji medialnej, społecznej, z którą nie zawsze umieją sobie radzić.

    Mam jeszcze pytanie na temat dominikanów. Czy oni mają jakieś specjalne szkolenia retoryczne, że w 80% są tacy własnie jak ojciec Szustak?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Ginewra
      Nie jest ważne co ksiądz mówi, ani nawet, jak. Liczy się ten tak zwany gest. Gdy mowa o księdzu Krakowiaku, z tym jest raczej dla słabiutko.

      Usuń
  3. @Ginewra

    Dominikanie to przecież Ordo Praedicatorum (Zakon Kaznodziejski/Kaznodziejów), czyli ich specjalizacją jest głoszenie Słowa Bożego. Temu wyspecjalizowaniu pewnie służą jakieś szkolenia, ale nie sądzę, by one czymkolwiek różniły się od szkoleń, którym poddawani są kandydaci do bycia np. jezuitami, franciszkanami, czy księżmi diecezjalnymi. By być dobrym kaznodzieją potrzeba tego co przyrodzone (naturalnej zdolności), tego co nadprzyrodzone (daru Ducha Świętego), oraz codziennej, wieloletniej (wieloletniej!) praktyki. Szkolenia to trochę zawracanie głowy.
    Wrażenie, że dominikanie są dobrymi kaznodziejami jest uzasadnione o tyle, że zapewne przełożeni dominikańscy mocno przesiewają kandydatów do zakonu, biorąc pod uwagę ich przyrodzone, nieco ponad-przeciętne zdolności służące przepowiadaniu Ewangelii. Kto tych zdolności nie ma, zapewne odpada (nie zdarza się to np. u kleryków diecezjalnych, ponieważ posługa księdza diecezjalnego nie sprowadza się tylko do głoszenia Słowa Bożego).

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za ciekawą i pouczającą gawędę. Dość jasno rozwiązuje ona dyskusję o fajnych księżach. Ta wierność Rzymowi bardzo do mnie trafia, dzisiaj wydaje się też szczególnie istotna. Można by to pokazać wielu komentatorom, również na blogach Szkoły Nawigatorów.

    Dodam jeszcze, że będą parafianie, którzy i tego dobrego księdza będą lubić. Bo będą rozumieć.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Don Paddigton,

    ja w sprawie adremu:

    1) Kubuś Puchatek jest sympatyczny, wesoły i w ogóle daje się lubić, ale słoika z miodem, a tym bardziej ula, a już na pewno Polski ja bym mu pod opieką nie zostawił. Tyle, co do spraw aktualnych.

    2) Nie mam i nie mam potrzeby mieć pojęcia, kto to ten ojciec Szustak, albo nawet Ma Baker.

    3) Analizą „Wyjaśnienia” rzucił mnie Ksiądz na kolana. Wiara pasterza musi zawierać jakąś mądrość równowagi. Funkcjonalnie biorąc, wiara owieczek niekoniecznie, ale pasterz powinien i im dać szansę mądrości.

    4) Wydaje mi się, że rozważanie o księdzu dobrym a księdzu lubianym można powiązać z tym wprowadzeniem o Kubusiu Puchatku; tym bardziej nie pozostawiłbym Kościoła pod opieką Kubusia Puchatka.

    @marcin d. powyżej skomentował, że dobrego księdza będą lubić, bo będą rozumieć. Ja bym wolał, aby przede wszystkim UFALI właśnie dobremu księdzu. Zaufanie powinno być tu podstawą.

    5) Skoro kard. S. Wyszyński i tak został przywołany, to jest jednak bez odpowiedzi pytanie praktyczne, kto i jak ma dzisiaj wymagać wobec poszczególnych kapłanów, aby - jeśli już - to wyraźnie dla wszystkich fajność stosowali pomocniczo i - jeśli już - nie zapominali o majestacie. Podobnie jak świeccy nie powinni zapominać o honorze.

    OdpowiedzUsuń
  6. @orjan

    Tęsknota za kard. Wyszyńskim jest zrozumiała, bo był wielkim człowiekiem. Ale jego zwierzchność nad Kościołem w Polsce wynikała ze specjalnego, nadzwyczajnego papieskiego upoważnienia i nie dotyczyła zastępowania biskupów ordynariuszy w ich zwyczajnych uprawnieniach (np. formowania księży i dyscyplinowania ich).
    Problemem naszym dzisiaj jest nie tyle brak Wyszyńskiego, czy kogoś na Jego miarę (moim zdaniem nasi biskupi, a propos zatroskania o "dobrych księży" są świetni), lecz nasze kapłańskie "zepsucie" (może to wina popu?) skutkujące brakiem posłuszeństwa wobec przełożonych.
    Wiem co mówię, bom sam nie jest bez winy...

    OdpowiedzUsuń
  7. @don Paddington

    O ile w tutejszej dyskusji Ksiądz uzgodnił pojęcie "dobrego księdza", to brak uzgodnienia dla pojęcia "zepsucia" kapłańskiego. Pozostając w tutejszym temacie wypada mi przyjąć, że "zepsucie" polega tutaj na przyjęciu postawy "fajności" i uczynienie z tego podstawy posługi kapłańskiej w zakresie tu wierni, a tu ja kapłan i kto chce być kim dla kogo.

    O rany! Zabrzmiało jak to leninowskie "kto, kogo", ale nie wycofuję się. Chodzi mi bowiem o kapłańskie przywództwo i jego akcentowanie, a nie zacieranie.
    W dalszej kolejności chodzi mi o potrzebę majestatu, bo jest moim zdaniem konieczny dla autorytetu kapłańskiego. Nie jestem jakimś fundamentalistą i nie razi mnie, jeśli np. ksiądz kopie piłkę podkasawszy sutannę, ale schodząc za linie boiska niech natychmiast będzie księdzem. To samo dotyczy udziału w zdarzeniach towarzyskich. Właśnie tutaj lokuję tęsknotę za majestatem.

    Jest w tym jednak potrzeba dodatkowego poświęcenia, bo przywództwo, w dodatku podkreślane majestatem, oznacza jednocześnie skutek powiększenia osobistej samotności między ludźmi. Na podobnej zasadzie jak kapitan statku, choćby otoczony swoimi oficerami, jest na nim samotny i wobec oceanu i wobec Boga. To jest ciężar DOBREJ służby.

    Gdy natomiast chodzi o brak kogoś na miarę kard. Wyszyńskiego, to w końcu przyjdzie ktoś wielkiej miary. Wszak "dłużej klasztora, niźli przeora" ma znaczenie także i w tym kierunku. Właściwie, to potrzebę "wielkiej miary" adresuję donikąd, wobec innego obecnie znaczenia posługi prymasa. Może jednak w potrzebie oddolnie pojawi się wielki biskup niczym kiedyś Jakub Świnka. To są ludzie wybitni, ale potrzeba wielkich.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.