wtorek, 15 września 2020

Komu marki, komu dolary, komu biustonosz?


       Po siedmiu latach od jej wydania, moja książka – w mojej opinii,  literacko z nich wszystkich najlepsza – „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” ostatecznie się sprzedała. Ostatnich dziesięć egzemplarzy sam właśnie odkupiłem od wydawnictwa po 10 zł i mam ich w tej chwili paręnaście. Oczywiście jakieś egzemplarze krążą jeszcze po różnego rodzaju miejscach w Sieci, ale tak naprawdę to już koniec. Więcej nie będzie. Z tej okazji chciałbym przypomnieć swój tekst sprzed dwóch lat, wciąż bardzo aktualny, z tą różnicą, że – jak mówię, nakład został wyczerpany. Poza tym nawet moja oferta skierowana do wszystkich, którzy lubią sobie od czasu do czasu coś ładnego przeczytać, jest aktualna.   

       Gdy myślę o mojej książce o, mam nadzieję, bardzo intrygującym tytule „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, pojawiają się w mojej głowie dwie refleksje. Pierwsza z nich, związana z jednym z bardzo nielicznych moich wypadów do biblioteki, kiedy to moja żona rozglądała się, jak rozumiem, za jakąś żydowską literaturą wspomnieniową, a ja nudziłem się jak pies i nagle wpadłem na książkę pisarza Stasiuka zatytułowaną „Dojczland”, przeczytałem z niej dwie pierwsze strony i pomyślałem sobie, że nawet jeśli wszyscy pozostali pisarze świata są ode mnie lepsi, to ja przynajmniej akurat jestem lepszy od Stasiuka, i to lepszy w sposób dla niego wręcz kompromitujący. Każde bowiem, choćby pojedyncze, zdanie z „Marek, dolarów, bananów…” to coś, czego Stasiuk nie jest w stanie osiągnąć, choćby od tego miało zależeć całe jego życie.
      Drugie wspomnienie to sytuacja z wrocławskich targów książki sprzed kilku lat, kiedy to do naszego stoiska podeszła pewna pani, być może zaintrygowana okładką, wzięła do ręki tę właśnie książkę, zaczęła ją czytać, a po chwili powiedziała: „To dobre. Poproszę”. Zapytałem, czy życzy sobie autograf, ona powiedziała, że owszem, ja zacząłem szukać długopisu i w pewnym momencie coś mi strzeliło do głowy, by jej powiedzieć, że to co ona właśnie przeczytała, to całkowita prawda. W tym momencie kobieta zdębiała, zapytała: „Chce pan powiedzieć, że pan tego nie wymyślił?”, a następnie westchnęła ponuro i powiedziała: „To ja w takim razie dziękuję” i odeszła.
      Dumny jestem bardzo z tej książki. Pod pewnymi względami, uważam, że jeśli po tych wszystkich latach spędzonych na pisaniu, ma zostać jakieś wspomnienie, to przede wszystkim po niej właśnie. Mówi się czasem, że prawdziwy mężczyzna powinien wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Syna wprawdzie spłodziłem, i to nie byle jakiego, niestety ani drzewa ani domu nie postawiłem i już pewnie nie postawię. Natomiast napisałem książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” i myślę, że w ten oto właśnie sposób owo zaniedbanie nadrobiłem.
     Ktoś zapyta, jaki jest powód by dziś zawracać głowę Czytelnikom, z których i tak większość go czytała, owym „Biustonoszem”, a ja już odpowiadam. Otóż, jak wiemy, tak zwana sytuacja zmusiła mojego kolegę i wydawcę  Coryllusa do przeprowadzenia gwałtownego czyszczenia magazynu, a ja się zadeklarowałem, że jeśli z moich wcześniejszych książek zostały jakieś resztki, to niech on mi je wyśle, a ja je będę sprzedawał, jak to mówią Brytyjczycy, head-to-head, jak najbardziej z indywidualną dedykacją. I oto dziś, jak się dowiaduję, na początek przyjdzie tu parędziesiąt sztuk owych „Biustonoszy”. Wszystkich więc, którzy albo tej książki nie mieli okazji czytać, ale też tych, którzy ją i mają i czytali, ale chcieliby z jakiegoś powodu otrzymać tak zwany egzemplarz autorski, zachęcam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
     A dziś, trochę na zachętę, a trochę dla nauki, jeden malutki fragment, który tak bardzo się swego czasu spodobał pewnej pani z Wrocławia, że kiedy się dowiedziała, że to prawda, dostała cholery.


      Otóż gdybym to dziś miał się upić z moim kolegą Hickiewiczem, a następnie ruszyć w nocne miasto, od pięknych samotnych dziewcząt bym się nie opędził. Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer i widzę te dziewczyny, wracające same do domu, najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie samotne? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają do domu bez nikogo, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, że na nie już czas, jedyne co usłyszały to owo okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.
       I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez jedną Dominikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.