niedziela, 24 maja 2020

Sjesta, czyli miłość w czasach zarazy


       Dzisiejszy tekst jest wynikiem dwóch okoliczności. Przede wszystkim oczywiście, okazało się że w momencie krytycznym nie przyszło mi nic nowego do głowy, czym mógłbym się tu skutecznie podzielić, no ale jednocześnie pomyślałem sobie, że w związku z całą serią afer pedofilskich, i to na scenach kompletnie różnych, dobrze byłoby powiedzieć coś interesującego, a gdy o to idzie, jak zawsze okazuje się, że nie ma nic lepszego jak któryś z moich starszych tekstów. W tym też momencie przyszło mi do głowy, że w owym zakłamaniu – pozwolę sobie powtórzyć, że po obu stronach sceny – być może najbardziej sensowną rzeczą będzie przypomnienie mojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie moim zdaniem wszystko to czym się dziś interesujemy zostało podane na tacy, i od tego czasu tak naprawdę nikt z nas nie ma już nic sensownego do dodania.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy, opowiem pewną historię. Otóż rozmawiałem sobie z moją córką o o osobach homoseksualnych funkcjonujących publicznie i co chwilę, w ramach jakichś politycznych pojedynków, ujawniających swoje obsesje, i moje dziecko poinformowało mnie, że ono ma ma głęboko w nosie, kto jest gejem i jak w ramach owego gejostwa spędza swój czas, bo dla niej jest czymś zupełnie oczywistym że wśród osób heteroseksualnych jest nie wiele mniej zboczeńców niż w tamtym towarzystwie, i gdybyśmy tylko wzięli ich wszystkich pod obserwację, moglibyśmy się dowiedzieć wielu znacznie ciekawszych rzeczy niż to, że gdzieś tam ktoś woli od tyłu.
        No i oczywiście w tym samym momencie przypomniał mi się mój wcześniej wspomniany tekst na temat osoby jak najbardziej heteroseksualnej, w dodatku, jak sądzę, nie bardziej moralnie podejrzanej niż niejaki Marcin z sopockiej Zatoki Sztuki, czy jeśli już się trzymać tematu pedalstwa, kandydat Biedroń, a mianowicie niejakiego – kto go dziś jeszcze pamięta – Marcina Kydryńskiego. A wraz z tym wspomnieniem, pojawiły się kolejne refleksje co do tego, do jakiego stopnia nasze moralne oburzenie w jakiejkolwiek sprawie ma jakiekolwiek znaczenie, gdy tak naprawdę mamy już do czynienia wyłącznie bandą zboków. Czytajmy więc.

       Rozdano Oscary i nagrodę za najlepszy film otrzymała wspaniała brytyjska produkcja o jąkającym się królu. Dziś już więc prawdopodobnie duża część osób czytających te słowa wie, kim był Jerzy VII, Edward VIII, i mniej więcej, jak to w tuż przedwojennej Anglii się działo. Pisałem troszkę parę tygodni temu o tym filmie, ale może przede wszystkim o samej tej niezwykłej historii, na swoim blogu, jednak bez większego efektu. No bo co jednak prawdziwy pop, to prawdziwy pop. I wcale tu nie ironizuję.
      Dziś ów film jest już świetnie znany, choć pierwsze ślady tej sławy pojawiły się już jakiś czas temu, w momencie gdy trafił on do polskich kin i zrobił na wszystkich odpowiednie wrażenie. Ja na przykład przypominam sobie, jak parę tygodni temu wracałem samochodem z pewnego miasteczka w północno-zachodniej Polsce i trafiłem na odpowiednie informacje w Radiu Zet, które tamtej niedzieli grało nam cały czas i, tak jak tylko ono potrafi, przyprawiało mnie o mdłości.
      Otóż, jak wspomniałem, była to niedziela, a nadchodzący poniedziałek niósł imieniny Walentego, a więc tak zwane ‘Walentynki’. W związku z tą datą, prowadzący program dziennikarze Radia Zet dostali odpowiedniego obłędu, i postanowili wiodącym tematem dnia uczynić tak zwaną „miłosną historię króla Edwarda”. Gdyby wciąż ktoś nie wiedział, o czym mówię, krotko przedstawię sprawę. Otóż Król Edward VIII był bohaterem opisywanych w filmie wydarzeń wyłącznie jako poboczny bohater negatywny – laluś, lowelas i kompletnie durny brat Jerzego. Przy całej swojej beznadziejności został jednak na ułamek chwili królem, a to z tej prostej przyczyny, że był najstarszym synem zmarłego króla Jerzego V i tym samym naturalnym kandydatem do tronu. Problem z Edwardem był dwojakiego rodzaju. Pierwszy był taki, że został on uwiedziony przez jakąś bardzo podejrzaną Amerykankę, dwukrotnie zamężną, wciąż z jakimś swoim amerykańskim mężem, i w konsekwencji całkowicie stracił dla niej głowę. Drugi – już najbardziej istotny – to ten, że zbliżała się niemiecka agresja na Europę, a zarówno on jak i ta lala byli całkowicie pod urokiem Hitlera i jego planów dla świata. Jest cała masa spekulacji na temat tego związku, wiele z nich pozostających do dziś tylko spekulacjami, ale wśród nich pojawiają się i takie, że oboje funkcjonowali jako hitlerowscy szpiedzy, a to, że ona Edwarda w ogóle uwiodła, to też był wynik bardzo starannych wcześniejszych przygotowań z wielu stron.
      Tak czy inaczej, jak idzie o filmową historię, to co łączy tych dwoje to żadna miłość, tylko zwykła szajba – a niewykluczone, że jakaś dużo grubsza afera – która już nie tylko dla Anglii, ale i dla całej Europy, stanowi śmiertelne zagrożenie. A w momencie gdy on wreszcie zostaje skutecznie pozbawiony korony, i razem z nią zostaje przepędzony z interesu, wiemy że jest dobrze i możemy się skupić już tylko na walce o to, by Jerzy przestał się wreszcie jąkać. Tymczasem dziennikarze Radia Zet w najlepsze rozpływają się nad romantyczną przygodą pary, dla której miłość była ważniejsza od kariery, no i nad tym nieszczęśnikiem, który rzekomo tak kochał, że dla niego nawet korona strąciła wartość. I naturalnie zastanawiają się przy okazji, dlaczego to w dzisiejszych czasach polityka stała się tak brudna i bezideowa, że nawet nie można sobie wyobrazić czegoś tak pięknego i prawdziwego.
      Słuchałem tego radia i tych idiotycznych, pełnych wzruszenia lamentów nad upadkiem cywilizacji miłości, i przyszło mi nagle do głowy, że kto wie, czy dziennikarze Radia Zet nie są aż tak ciemni, żeby nie złapać tego akurat fragmentu filmowej opowieści, i wiedzą doskonale, że za tym wszystkim stała zwykła zdrada stanu, i możliwe, że bardzo brudny spisek. W końcu w ostatnich latach mieliśmy już niejednokrotnie okazję przekonać się, że dla pewnego typu ludzi, którzy często na nasze nieszczęście, kierują naszymi myślami na bardzo popularnym poziomie, nie ma nic ważniejszego, jak parę lewych dreszczy o najbardziej tandetnym francuskim wymiarze. Co tam zbrodnia? Co tam interes kraju? Co tam naród? Czym wreszcie jest prawda, a czym kłamstwo, jeśli przed nami rozciąga się tak cudna miłosna baśń? Oczywiście nie wolno nam rezygnować z proporcji, niemniej ten obłęd w pewnym sensie może nam przypomnieć choćby tę, w pewnym momencie wspominaną to tu to tam, miłosną przygodę pewnego harcerza i pewnej harcerki z tak różnych stron świata. I co nam tu ktoś będzie gadać o jakimś Dziadzi, gdy liczy się miłość? W końcu żyjemy w świecie, który już trochę trwa. I który wcale się nie zaczął w dniach, gdy Służby uprowadziły córkę marszałka Kerna, a całą Polskę zalały łzy wzruszenia. A zatem znów stajemy przed tą straszną wieścią, że to z czym mamy do czynienia, to wcale nie chwilowe zawirowania, lecz najbardziej podstawowe kwestie cywilizacyjne.
       Przed kilkoma dniami, też na swoim blogu, opisałem bardzo zabawną sytuację, jaką miałem okazję zaobserwować w porannym programie telewizji TVN, gdzie jakaś w większości kompletnie mi nieznana, zgromadzona w studio ekipa, pod kierunkiem dziennikarza Żakowskiego i telewizyjnej celebrytki Jolanty Pieńkowskiej, zachwycali się nad szerokimi możliwościami, jakie daje spragnionym prawdziwej miłości Polkom i Polakom szansa wyjazdu do Afryki, czy w jakieś równie egzotyczne miejsce, i zakosztowania seksu z, jak to wdzięcznie określiła Pieńkowska, „tubylcami”. Oczywiście, nawet gdyby Pieńkowska na myśl o przygodzie erotycznej z jakimś Arabem, nie straciła głowy i nie użyła tego zabawnego określenia, news byłby i tak. No bo jest niewątpliwym newsem informacja, że oto, zupełnie oficjalnie, w jak najbardziej publicznej przestrzeni medialnej, lansuje się zwykłe kurestwo, usprawiedliwione wyłącznie tym, że to jest kurestwo egzotyczne, i że jeśli ktoś się przy okazji zarumienia, to wyłącznie z tak zwanej chcicy.
       Opisałem tę telewizyjną historię i natychmiast przysłano mi link do informacji, podobno gdzieniegdzie już dość skutecznie obdyskutowanej, że Marcin Kydryński – celebryta, podróżnik i miłośnik jazziku ze szklaneczką piwa przed ryjem – opublikował swego czasu jakąś książkę o swoich afrykańskich przygodach, której szczęśliwie dla niego przez całe lata nikt nie czytał, aż wreszcie wpadła w jakieś bardziej uważne ręce i… się wszystko rozlało. O co poszło. Otóż, jak wiele na to wskazuje, Kydryński, zapewne z paroma kumplami, pojechał do tej Afryki i spędzał czas gapieniu się na małe dziewczynki. Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, lub zwyczajnie fantazjuję – proszę uprzejmie. Oto relacja na gorąco:

O Afrykankach:
Czarne dziewczęta w Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak jak lwy, goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, gdy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się - nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, żeby znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, żeby je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak jak formułowałyby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić. Takie dziewczyny spotkałem później w klubie Florida 2000 w Nairobi i na ulicach Mombasy i wielokrotnie w Ugandzie. Uciekły ze swoich plemion do większych miast lub urodziły się już w miastach i chcą żyć w rytmie, w jakim pulsuje ich organizm”.

O Arabkach:
Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. ‘Czarodziejki’... - powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę. Tymczasem były te trzy funty, a dzieci zostało siedmioro. Dać im czy nie dać? Nie mam nic innego, one popiskują o pieniądze, a dziś Wigilia...

       Powiem szczerze, że kiedy pisze ten tekst, nie mam pojęcia, co słychać u Marcina Kydryńskiego. Czy on został wyrzucony poza swoje dotychczasowe towarzystwo? Czy może nic mu się nie stało i dalej kasuje pieniądze za swoje afrykańskie wspomnienia i reklamę Pilznera? A może pojechał znów do Afryki poszukać sobie jakichś małych dzieci, by je schrupać jak „rozkrojony owoc” i nagle trafił na jakiegoś czarnego byka, który schrupał jego i z nim już mamy święty spokój? Nie wiem tego wszystkiego i szczerze powiem, mało mnie to interesuje. To co mnie tu autentycznie zastanawia, to fakt, ze z tego co czytam wynika bardzo jednoznacznie, że pretensje do Kydryńskiego nie są o to, że on dostaje wzwodu na widok biednego czarnego dziecka i na samą myśl, by je „pokryć” oblewa go mokry pot, ani nawet o to, że on się tym swoim zbydlęceniem autentycznie chwali, lecz o to zaledwie, że on o tych dzieciach myśli jak o zwierzętach. I też nawet nie w tym kontekście, że w ten sposób wychodzi z niego zwykła zoofilia – bo przecież wiadomo, że człowiek jest wolny i może robić co chce, szczególnie jeśli idzie o seks – ale, że to jest takie rasistowskie. Podejrzewam, że gdyby Kydryński pojechał do Afryki i sobie do tyłka wpuszczał węże, a później to pięknie opisywał, cywilizowany świat nawet by jednego słowa przeciwko niemu siebie nie wypuścił. Wąż to wąż, a hobby to hobby.
      To co mnie z jednej strony bawi, a z drugiej autentycznie przeraża, to świadomość mianowicie, że gdyby Kydryński już nawet i pozostał przy tych dzieciach, tyle że nie nazywałby ich zwierzętami, podejrzewam, że to też by zostało mu darowane. Wprawdzie pedofilia jest karana, ale przecież nie z pominięciem różnic kulturowych. Czyż nie? A różnice kulturowe, to czynnik niezwykle tutaj istotny. W końcu nie ma żadnego powodu, żeby kultura chrześcijańska wpychała się ze swoimi brudnymi zapisami w piękno wolnego i różnobarwnego świata. A zatem, gdyby nie ta wpadka ze zwierzętami, myślę, że Kydryńskiemu wszystko by uszło na sucho. I to jest ów straszny, wręcz szatański obraz naszego świata. Bo najważniejsze by zawsze zwyciężała miłość. A wtedy, gdyby Marcin Kydryński tylko potrafił udowodnić, że autentycznie potrafi kochać, niewykluczone, że w nadchodzących wyborach trafiłby jakieś dobre miejsce na przykład na listach Platformy Obywatelskiej.
      Ale przecież nie koniecznie Platformy. Nie oszukujmy się. Tu nie chodzi przecież tylko o Platformę. Mówimy przecież o świecie. I jesteśmy już w tej chwili i tak wystarczająco przerażeni, by bez kolejnych obaw zauważyć, że dla takich jak on miejsce znajdzie się wszędzie. Na niego – co całkiem przecież, ale to całkiem możliwe – czekają w różnych częściach naszego życia publicznego. Ludzie znani, wygadani, ładni; dobrze ubrani politycy, artyści, dziennikarze; celebryci, umęczeni swoją codzienną służbą, z pieniędzmi, które w końcu i tak na coś muszą wydać. A gdy ktoś jest człowiekiem i światowym, i słucha dobrego jazzu, no i – last but not least –wykazuje bardzo postępowy szacunek dla kulturowej odmienności, i lubi sobie przy tym dyskretnie podupczyć, a może i coś jeszcze, to tym lepiej. W nagrodę może od razu trafić na okładkę błyszczącego kolorowego pisma, może i z piękną żoną i równie pięknymi dziećmi w pięknych wnętrzach, a Jolanta Pieńkowska zrobi z nim ładny wywiad, gdzie będzie wszystko – i przygoda, i emocje i tajemnica… no a przede wszystkim prawdziwa miłość.


       Jak już zaznaczyłem w powyższym tekście, pisząc go nie miałem pojęcia co aktualnie porabia Marcin Kydryński. Co on porabia, nie miałem zresztą pojęcia przez kolejne 9 lat. I oto w tych dniach dowiedziałem się, że on przez cały ten czas zadawał szyku w tak zwanej Trójce, prowadząc program pod tytułem „Sjesta”. Oczywiście, z naszego punktu widzenia znacznie lepszy tytuł byłby „Sjesta w tropikach”, lub „Sjesta z tobą”, no ale niech będzie, że pewna dyskrecja obowiązuje. A zatem, pracował Kydryński w tej Trójce i właśnie z hukiem z niej odszedł w proteście przeciwko pisowskiej cenzurze. Powiedzmy więc, że mam i trzeci powód, dla którego dziś zdecydowałem się przypomnieć tamtą notkę sprzed lat: powiedzieć publicznie, że ta cenzura to rzeczywiście wielki skandal. Żeby przez dziesięć lat pary z mikrofonu nie puścić. No, no...




1 komentarz:

  1. Odszedł z Trójki ale już dostał angaż w nowym projekcie "niepokornych trójkowiczów" a teraz dołączył do grona grzmiących celebrytów. Przeszłość nie ma znaczenia. https://www.onet.pl/kultura/onetkultura/afera-z-piosenka-kazika-w-trojce-marcin-kydrynski-historia-nie-uczy-nas-niczego/jzb2fd6,681c1dfa

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.