niedziela, 3 maja 2020

O dekonstrukcji bajek, cyrklu i ekierce


         Jak może część z nas pamięta, latem zeszłego roku udałem się do wioski Ludomy w Wielkopolsce na uroczyste poświęcenie ponownie oddanego wiernym kościoła. Uroczystość była na tyle znacząca, że swoją obecnością zaszczycił ją sam arcybiskup poznański Stanisław Gądecki, który podobnie jak wiele innych osób zaangażowanych w owo wydarzenie otrzymał od nowego proboszcza, znanego nam księdza Krakowiaka, pamiątkowe wydawnictwo dokumentujące cały ów projekt, który doprowadził do tego, że ów kościół faktycznie powstał z ruin. Ponieważ tak się stało, że autorzy owego projektu uznali, że i ja mam w tym pewien udział, we wspomnianej książce zamieścili trzy teksty, które znalazły się na tym blogu, a które w pewien sposób dokumentowały to co się tam przez kilka kolejnych lat działo.
        Miałem okazję przez chwilę porozmawiać z Arcybiskupem i powiedziałem mu mniej więcej tak: „Ja wiem, że Ksiądz Biskup pewnie nawet nie będzie miał głowy aby po tę książkę kiedykolwiek sięgnąć, ale tym bardziej właśnie chciałbym opowiedzieć Księdzu, jak to miejsce wyglądało, kiedy tu pierwszy raz przyjechałem”, no i opowiedziałem mu o tych czterech czy pięciu okolicznych chłopakach, którzy, mimo pierwszego dnia szkolnych ferii, oraz cudownego wręcz przedwiosennego poranka, na kolanach skrobali posadzkę tego kościoła, nie wiedząc wówczas jeszcze nawet, czy ten ich wysiłek ma w ogóle jakikolwiek sens.
      Ksiądz Arcybiskup pokiwał w zamyśleniu głową, rzucił parę bardzo typowo arcybiskupich słów, pozwolił mi zrobić ze sobą parę zdjęć i tyle wszystkiego. Kiedy po pewnym czasie rozmawiałem o tym z księdzem Krakowiakiem, ten się zamyślił i powiedział tak: „To że on tego nie przeczyta to prawie pewne, natomiast uważam, że to bardzo dobrze, że pan już nie pisze na Szkole Nawigatorów, bo gdyby jednak jakimś cudem on tam jednak zajrzał, jakimś dodatkowym cudem zainteresował się pańskim blogiem i trafił do Szkoły Nawigatorów, to nie tylko pan, ale i ja bylibyśmy do końca skompromitowani”.
       Nie pisałem o tym wcześniej, bo nie widziałem najmniejszego powodu ani by drażnić Coryllusa, ani tym bardziej poświęcać czas towarzystwu, które go tam obsiadło ze wszystkich stron, które on zmuszony jest już dziś tolerować, a które to ksiądz Krakowiak miał przede wszystkim na myśli, mówiąc o podłym charakterze tego miejsca. I niech nikt nie myśli, że ja tu ujawniam jakieś swoje tajemnice. Sam o tym mówiłem Coryllusowi podczas naszego ostatniego spotkania, wyjaśniając powody, dla których przestałem publikować na jego portalu. Po prostu nie byłem w stanie znieść towarzystwa, które w moim głębokim przekonaniu sprawia, że każdy kto się tam pojawi, albo zostaje natychmiast wciągnięty w to szaleństwo, albo naraża się na ciężką publiczną kompromitację właśnie.
        Nie jest mi łatwo opisać przy tych wszystkich ograniczeniach, jakie daje forma takiego bloga jak ten, głębi problemu, mimo to spróbuję. Otóż wszystko się zaczęło od tego, że Coryllus postanowił stworzyć miejsce, gdzie, jak to on sam  swego czasu wyraził, będzie „zarządzał przez konflikt”, co doskonale widać na przykładzie momentu, kiedy on ogłosił, że Shakespeare to nędza, jak rozumiem niewiele różniące się od innej nędzy, czyli Szczepana Twardocha. Jeśli uważam to podejście za błąd – bo generalnie nie mam nic przeciwko zachowaniom ekscentrycznym, zwłaszcza w handlu – to tylko z tego względu, że nie ulega dla mnie wątpliwości, że od tego momentu każdy w miarę przytomny czytelnik zmuszony jest potraktować autora tej oceny co najmniej z przymrużeniem oka. Co najmniej. Co zatem z innymi? Oni jak najbardziej będą lgnąć do miejsca gdzie tego typu oceny się pojawiają, bo im strasznie musi imponować ktoś, kto potrafi elokwentnie i z inteligencją wielokrotnie przewyższająca ich inteligencję, uzasadnić to wszystko co ich osobiście dręczy, czyli przekonanie, że – krótko mówiąc – wszystko co widzą to gówno, albo w najlepszym wypadku pułapka. I tu Coryllus okazał się dla nich kimś w rodzaju guru.
       Stąd też – i tu przechodzę do swojego osobistego doświadczenia – ile razy napisałem tekst, w którym przedstawiłem swój podziw dla różnego rodzaju talentów, czy to Roalda Dahla,  Stanleya Kubricka, czy zespołu Led Zeppelin, najpierw odzywał się Coryllus, który każdego z nich natychmiast określał jako oszustwo, a za nim wyskakiwali jego fani  sami najczęściej bez cienia możliwości, by wymyślić cokolwiek samodzielnie  i określając Kubricka szyderczym imieniem „Stefan”, pisali albo o „dewastowaniu emocji”, albo „przewalaniu budżetów”, albo po prostu wołali „W punkt, panie Gabrielu”, by ostatecznie atakować już tylko mnie, jako tego głupiego, który dał się oszukać imperialnej propagandzie.
        I tego nie byłem w stanie znieść. I to też sprawiło – nie Coryllus, ale to – że postanowiłem się z tym zidioceniem więcej nie dać kojarzyć.
        Czemu zatem piszę o tym dziś? Otóż, jak jeszcze pewnie pamiętamy, niedawno postanowiłem napisać swego rodzaju recenzję rysunkowej bajki, uwielbianej wręcz przez moją wnuczkę, pod tytułem „Bing”. Ponieważ zarówno sama bajka, jak i metoda, jaką w jej produkcji zastosowano, mnie z różnych powodów frapują, podzieliłem się na blogu swoimi refleksjami, na co Coryllus napisał tekst, w którym przede wszystkim zarzucił mi, że „aby ocalić złudzenia gotów jestem do wielu kompromisów”, które „mają zasłonić moją bezradność wobec pewnych zjawisk i tym mocniej i pilniej będę strugał owe deski ratunku im więcej wątpliwości będzie drążyć mój umysł”. I to przez to, zdaniem Coryllusa, ja w ogóle pozwalam swojej wnuczce oglądać ową bajkę, która, co oczywiste, jest niczym więcej jak współczesnym odpowiednikiem radzieckiej propagandowej produkcji zatytułowanej „Zapamiętaj imię swoje”, i ma na celu oczywiście, jak wszyscy już wiemy, wyłącznie zdewastować jej emocje.
       Ja znam metodę Coryllusa, która stanowi jego sprawdzony sposób na życie, i jak już wspomniałem nie mam nic przeciwko niej. A zatem, proszę bardzo, kupuję ów żart z ruskim filmem w całości. Gorzej że w tym momencie do akcji wkracza towarzystwo, które tak naprawdę podtrzymuje wciąż przy życiu „Szkołę Nawigatorów”, i tu się już pojawia naprawdę poważna dekonstrukcja. Oto jeden z komentatorów natychmiast znajduje w sieci odcinek, gdzie Bing oraz Coco, oczywiście pod opieką Flopa, bawią się w przebieranie i niemal w jednej chwili okazuje się, że Flop jest garderobianym, tiara jaką pragnie sobie założyć na głowę Coco to kopia birmańskiej rubinowej tiary Elżbiety II, na ścianie wisi obrazek na którym biały królik przebrany w czerwoną pelerynę ma na piersi masońskie symbole, natomiast wszystko idealnie podsumowuje końcowy okrzyk Flopa, że przebieranie się to wielka rzecz.
         W tym momencie Coryllus, jako człowiek technicznie rzecz biorąc historycznie niewykształcony, natomiast potrafiący kojarzyć dane oraz wyciągać z nich wnioski, od razu sobie przypomina, że garderobianym królowej Katarzyny był Henryk Tudor, no i w tym momencie wszystko staje się jasne. I teraz ja oczywiście mogę im wszystkich wyjaśnić, że nic z tego, bo przede wszystkim w oryginalnej wersji Flop nie jest garderobianym, ale kimś kto się przedstawia żartobliwą i całkowicie wymyśloną na rzecz zabawy nazwą „dresser-upper”, tiara o którą walczą Bing i Coco, tiarę Elżbiety przypomina tylko w tym, że jest tiarą, a w rzeczywistości wygląda jak te wszystkie produkowane w Chinach plastikowe tiary, którymi się pragną bawić te wszystkie dziewczynki, którym nowy wspaniały świat nie wytłumaczył jeszcze, że bardzo prawdopodobnie wcale dziewczynkami nie są, no i że w oryginale każdy odcinek kończy się hasłem, że przebieranie, dzielenie się, pomaganie sobie, huśtanie się, sprzątanie, czytanie, czy cokolwiek innego z tych ponad stu tematów to nie jest „wielka rzecz”, ale coś o śmiesznej nazwie „Bing Thing”, a więc coś dla Binga. No i jeszcze coś: to że Flop jest mrówką to tylko moje sformułowane ad hoc podejrzenie, a nie sugestia, że oto tu się odtwarza zabójcza korporacja.
      Ale i to nie jest to, co chciałem dziś powiedzieć. W końcu ja nie mam żadnego interesu, by wyjaśniać zakompleksionym durniom, że powinni się zabrać do jakiejś uczciwej roboty zamiast siedzieć na obcych blogach i tropić tych, którzy się rzekomo na nich zaczaili za rogiem. Ja piszę ten dzisiejszy tekst, by skorzystać z tej okazji i jeszcze raz zakomunikować, że moja przygoda z Coryllusem i ową publicznością, który on częściowo sam sobie wybrał, a częściowo najpierw stworzył, a następnie do siebie przyciągnął i dziś nie widzi żadnego sposobu, by się od niej zdystansować, się nieodwołalnie skończyła. Za wszystko co dzięki niemu i tylko niemu, udało mi się osiągnąć, jestem mu bezwzględnie wdzięczny, nie mam o nic pretensji, a wręcz pozostaję dłużny – z czego on swoją drogą zresztą, jak widzę, ostatnio skwapliwie korzysta  natomiast nie widzę sposobu, by się w jego biznesowe projekty w jakikolwiek sposób więcej angażować.
        Na koniec przedstawiam pewne bardzo dla mnie wzruszające zdjęcie i zachęcam wszystkich chętnych do tego, by spróbowali zdekonstruować to co to dziecko ma na koszulce, bo a nuż się okaże, że tam jest ukryty cyrkiel i ekierka. No bo, jak rozumiem, jeśli chodzi o tiarę, to sytuacja została już wyjaśniona.



        

     

5 komentarzy:

  1. W takim razie pozwolę sobie dodać, że w Bolku i Lolku rodzice niemal nie występują, chłopca z zaczarowanym ołówkiem wychowuje dziadek, a ja, o zgrozo, w dzieciństwie uwielbiałem bajkę "Makowa Panienka", gdzie jednym z głównych bohaterów był Motyl Emmanuel.
    Jak sobie towarzystwo ze Szkoły Nawigatorów wygoogla tego Emmanuela, to już po mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Kozik
      Myślisz, że znajdą tam cyrkiel z ekierką?

      Usuń
    2. Spokojna głowa. I jeszcze ten mak. Ten serial wychował zastępy morfinistów.

      Usuń
  2. Nigdy nie podobal mi sie sposob w jaki Cie tam traktowano.To bylo i jest podle.Dziwie sie, ze z takim spokojem to znosisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Tobiasz
      To ma nawet swoją nazwę: "Jestem Ponad To".

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.