poniedziałek, 18 maja 2020

O wrażliwych mężczyznach i silnych kobietach


      Najpierw mój tekst jeszcze z roku 2009 zatytułowany „I tak się kończy...”, a potem przejdziemy do rzeczy.

      Znajomi donieśli mi, że – jak podaje „Dziennik” – Agnieszka Chłoń-Domińczak, wiceminister w Ministerstwie Pracy urodziła dziecko i kiedy wróciła do pracy w Ministerstwie, dowiedziała się, że minister Fedak odebrała jej „prowadzenie spraw dotyczących otwartych funduszy emerytalnych, żłobków, domów dziecka i rodzin zastępczych. 2 kwietnia wyszło zarządzenie ministra pracy określające nowy podział ról i obowiązków wiceministrów. Większą część jej obowiązków przejął wiceminister Marek Bucior. Chłoń-Domińczak pozostało koordynowanie działań dotyczących dyskryminacji zawodowej i społecznej, aktywizacja zawodowa ludzi po pięćdziesiątce, a także nadzór nad biblioteką”.
      Jeśli ktoś sądzi, że z tej informacji najciekawsze jest nazwisko wiceministra Buciora, myli się głęboko. Sprawa jest bowiem interesująca w sposób dość wyjątkowy. A na fali ostatnich ruchów w okolicach starej agentury spod znaku Andrzeja Olechowskiego i pewnej nerwowości na poziomie medialnego zaplecza Platformy Obywatelskiej, może się okazać, że owa wyjątkowość jeszcze troszeczkę się wzmocni.
      A więc nie chodzi o Buciora. Sprawa dotyczy w pierwszym rzędzie owej Agnieszki Chłoń- Domińczak. Jeśli ktoś nie pamięta, o kogo chodzi, chętnie przypomnę. Otóż w listopadzie zeszłego roku, kiedy pani Domińczak była jeszcze w zaawansowanej ciąży, jej partia wydelegowała ją, żeby przez wiele godzin odpowiadała posłom na pytania dotyczące emerytur pomostowych. W pewnym momencie minister z Kancelarii Prezydenta, Andrzej Duda, zwrócił uwagę Premierowi, że zmuszanie kobiety z brzuchem do wielogodzinnego wysiłku, tylko po to, żeby uzyskać trochę punktów w sondażach, jest zdecydowanie podłe. I wtedy – jak niektórzy może już sobie przypominają – rozpętało się piekło. Pierwsza zaprotestowała sama pani minister, informując wszystkich, że ona się czuje bardzo dobrze, że już wcześniej dwukrotnie była w ciąży, że dla niej ciąża to pikuś, a Duda to cham i ona nie życzy sobie z jego strony żadnych uwag. Za Domińczak poszedł najpierw atak polityczny, a potem medialny i w efekcie zrobił się taki rejwach, że Duda musiał kobietę przeprosić, a i tak jeszcze przez całe tygodnie Platforma Obywatelska i reżimowe media znęcały się nad Dudą za jego zbydlęcenie, a nad Prezydentem, że trzyma u siebie taką hołotę.
      Oczywiście, pojawiały się – jak zwykłe w podobnych przypadkach – głosy rozsądku, gdzie całą aferę próbowano odpowiednio nazwać i przynajmniej w ten sposób potwierdzić pewne, znane jeszcze sprzed setek lat, standardy, zgodnie z którymi kobieta w ciąży jest w sposób naturalny traktowana z większym szacunkiem, niż przeciętny człowiek. Generalnie jednak, atak szedł równy, nieprzerwany i ostatecznie Duda – podobnie jak przed nim Irasiad, wieśmaki, Włoszczowa, Borubar i dziesiątki innych nazw i zdarzeń – dołączył do całej popkulturowej grupy pojęć wyznaczających zbiór, powszechnie określany, jako obciach.
      Przypomniałem sobie o ministrze Dudzie stosunkowo niedawno, przy okazji pojawienia się na moment w publicznej świadomości, niejakiego Węgrzyna – człowieka, który publicznie zasugerował posłance PiS-u Marzenie Wróbel, żeby udała się do porno-klubu i „poćwiczyła na rurce”. Sytuacja, w której jeden polityk zostaje przez skorumpowane media wdeptany w ziemię tylko za to, że zwrócił uwagę na szczególną potrzebę szacunku wobec kobiety w ciąży, a taki sam polityk – tyle że ze wspieranej przez media partii – nie ponosi praktycznie jakichkolwiek konsekwencji swojego chamstwa, a wręcz przeciwnie, w sposób bardzo dyskretny, przez wielu komentatorów traktowany jest z sympatią, była dla mnie tak kuriozalna, że nawet szczególna natura projektu, który aktualnie rządzi naszym krajem, nie pozwoliła mi na spokojne obserwowanie tego, co się dzieje. A więc napisałem dwa kolejne teksty, które w jakiś tam sposób zahaczały o sprawy związane z rolą mediów i poziomem debaty.
      I oto dziś dowiaduję się, że ta sama kobieta, która jeszcze kilka miesięcy temu, dała się w tak głupi sposób wykorzystać do walki z najbardziej łagodną i piękną tradycją i wraz ze swoimi politycznymi przyjaciółmi tak fatalnie się zapisała w politycznej pamięci, zostaje bez jakiejkolwiek dyskusji przez tych swoich kumpli skreślona. A jej szefowa, minister Fedak, o której naprawdę nie trzeba wiedzieć już dokładnie nic, jeśli tylko mamy w pamięci to jedno ujęcie jeszcze z okresu, gdy Donald Tusk wygłaszał swoje expose, a ona siedziała w rządowym boksie i zachowywała się, jakby się czegoś najadła, informuje świat, że niech się Domińczak tak nie unosi, bo jak już narodziła te dzieci, to powinna się nimi zajmować, anie bawić się w ministra. Więc dziś też ja, oczywiście, bez najmniejszego kłopotu mógłbym się wdrapać na zwykły dla mnie poziom złośliwości i powiedzieć pani minister Domińczak, że skoro kiedyś sama tak sprytnie zauważyła, że ciąża to nie choroba, niech nie oczekuje teraz, że ktoś ją będzie traktował specjalnie tylko dlatego, że urodziła kolejne dziecko. Mógłbym też powiedzieć – już może bardziej politycznie – że nikt nie kazał pani minister wchodzić w biznesy z bandą ruskich buców, użyczając na ich potrzeby swoje macierzyństwo, i wierzyć jednocześnie, że oni będą na tyle lojalni, żeby to jej poświęcenie kiedykolwiek docenić. Mógłbym w końcu zapytać – również bardzo złośliwie – czy, kiedy dziś pani minister Domińczak widzi siebie na opublikowanym w dzisiejszym „Dzienniku” zdjęciu, gdzie – tak niezwykle ważna i przebojowa – stoi w Sejmie, a obok niej Tusk, Schetyna i Pawlak robią jej wodę z mózgu, czuje dumę czy wstyd. Ale nic z tego. Bo tu nie o nią chodzi. Gdy idzie o panią Domińczak, to ja mam jedno życzenie. Żeby jej dzieci były zdrowe i wyrosły na mądrych i dobrych Polaków. Tu bowiem sprawa rozgrywa się wokół czegoś znacznie ważniejszego. Jak zwykle chodzi o Polskę.
Po raz nie wiadomo już który, okazuje się, że Platforma Obywatelska to projekt i zbiór osób całkowicie przypadkowy. Przypadkowy w tym sensie, w jakim przypadkowe jest to, że ktoś na przykład szedł sobie ulicą, znalazł pięć złotych, za te pięć złotych kupił sobie ciastko, tym ciastkiem się zadławił i – jeszcze zanim się skończył cieszyć, jakiego to ma farta – umarł. Dlaczego ta myśl o przypadkowości tego czegoś, naszła mnie akurat przy okazji pani Domińczak? Oczywiście, w dużym stopniu dlatego, że zawsze jest ta kropla, która przelewa czarę. I w tym wypadku, tą kroplą okazała się być ta właśnie historia. Ale chodzi też o coś innego. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby to premier Kaczyński został skonfrontowany z opisaną sytuacją, on by po prostu minister Fedak wywalił na zbity pysk, jeszcze zanim zdążyłaby powiedzieć te słowa o tym, czym się mają zajmować młode matki. Dlaczego by tak postąpił? Przede wszystkim wcale nie dlatego, że nie jest – w odróżnieniu od premiera Tuska – dupkiem, który nie umie podjąć decyzji o ile Boni mu nie powie, że komputer i sondaże wyraziły zgodę. On by zareagował jak człowiek, właśnie dlatego, że jest człowiekiem i reprezentuje projekt, który jest oparty na najbardziej ludzkich zasadach, a prowadzony jest przez ludzi – owszem – ambitnych, czasem wyrachowanych, niekiedy bezwzględnych, ale ludzi, którzy chcą mieć władzę, po to żeby prowadzić politykę, a nie „robić”w polityce po to, żeby mieć władzę.
       Kiedy patrzę na naszą polityczną scenę na przestrzeni minionych dwudziestu lat, widzę oczywiście wielu bardzo zdolnych ludzi, z którymi w wielu wypadkach się nie zgadzałem, których w wielu wypadkach wręcz nie znosiłem, ale którzy – byłem o tym przekonany – robili dokładnie to, do czego zostali stworzeni. Ale też przez te wszystkie lata, musiałem się męczyć obecnością tych, którzy wprawdzie już szczęśliwie dawno zniknęli z publicznej świadomości, ale przez pewien czas naprawdę tu byli i naprawdę zachowywali się, jakby mieli tu już pozostać na zawsze. A w rzeczywistości byli niczym innym, jak tylko bandą zupełnie właśnie przypadkowych pasażerów na gapę. Ludzi bez jakichkolwiek talentów, jakichkolwiek pasji, jakiegokolwiek choćby osobistego, czy zbiorowego uroku. I dlatego przegrali. I dlatego właśnie już nigdy nie będziemy musieli oglądać tych ich strasznie mądrych min i wysłuchiwać ich niezwykle interesujących analiz i pouczeń. Bo – dokładnie tak jak to się dzieje w każdej innej dziedzinie życia – w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko to, co w sposób autentyczny było wielkie.
       Niedawno, w swoim salonowym wpisie Marek Migalski napisał, że oto jesteśmy świadkiem powolnego, ale ostatecznego upadku Platformy Obywatelskiej. Jako dowód na prawdziwość swoich prognoz, podał kilka najświeższych przypadków, kiedy to Platforma zsunęła się jeszcze niżej, niż była dzień wcześniej. Wskazał też na fakt, że sam Andrzej Olechowski uznał, że z tego już nic nie będzie i się na Tuska wypiął. Gdy chodzi o mnie, to owszem, każdy nowy dowód na nieuchronny koniec tego nieszczęścia jest mi bardzo miły. Jednak jestem pewien, że w gruncie rzeczy żadne dowody nie są nam potrzebne. Na poziomie idei, wystarczy zauważyć, że jest pewien stopień szaleństwa, którego natura nie zniesie. Natomiast, jeśli idzie o fakty, wystarczy jeszcze raz zapoznać się z przypadkiem – czy ktoś go jeszcze pamięta? – Antoniego Mężydły, któremu jeszcze tak niedawno Jan Maria Rokita gotów był budować łuk tryumfalny, czy tej dzisiejszej pani, która tak nieroztropnie zaszła w ciążę.

     Tekst ten, jak już wspomniałem powstał już ponad dziesięć lat temu i nie muszę zapewniać, że wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że pojawi się kiedyś okazja, by o nim wspomnieć. I oto właśnie, jak zapewne wszyscy wiedzą, Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka Platformy tak naprawdę, a nie jakiejś niewydarzonej Koalicji Obywatelskiej w wyborach na Prezydenta RP, Przez swoich promotorów najpierw wykorzystana, a następnie wystawiona na pośmiewisko. A zatem tu mamy swego rodzaju z jednej strony powtórkę zdarzenia sprzed dekady, a z drugiej, kolejną prezentację tego, z kim tak naprawdę mamy do czynienia; z jakim kulturowym i cywilizacyjnym zjawiskiem.
       Ale tak naprawdę wcale mi dziś nie chodzi o to, by się użalać nad losem Kidawy-Błońskiej i rzucać gromy na tych, którzy ją wycisnęli jak cytrynę. To, w moim odczuciu jest kwestia zamknięta. Natomiast, wręcz przeciwnie, chciałbym zauważyć, że trochę się niepokoję sposobem, w jaki opinia publiczna próbuje bronić Małgorzaty-Błońskiej przed chamstwem jej partyjnych kolegów. Przede wszystkim bowiem chodzi o to, że ona w najmniejszym stopniu nie zasługuje na nasze współczucie. Któś bowiem, kto działając w tego rodzaju politycznej mafii uzyskał tego typu polityczną pozycję, nie może powiedzieć, że on się tam znalazł przypadkiem, czy choćby ze zwykłego dobrego serca. Ona, podobnie jak 12 lat temu wspomniana Domińczak, z całą pewnością na swoją polityczną pozycję musiała sobie odpowiednio zasłużyć.
         No ale tu pojawia się pewna perspektywa, która powinna wzbudzić w nas przynajmniej niepokój. Otóż może się niedługo okazać, że jeśli będziemy w dalszym ciągu z takim natężeniem demonstrować nasze współczucie dla Kidawy-Błońskiej, jako słabej kobiety, wystawionej do wiatru przez bezwzględnych samców, ona nagle zareaguje i nas zdecydowanie poprosi, byśmy się od niej odpieprzyli. Bo ona jest kobietą silną, samodzielną i odpowiedzialną za swoje czyny, a jeśli ktoś uważa inaczej, to jest gburem, chamem i na dodatek zwykłym idiotą. I ostatecznie dojdzie do sytuacji, że my wszyscy, tak nieroztropnie poruszeni widokiem Kidawy w tej pustej sali, będziemy musieli ją przepraszać za nasze samcze zdziczenie. A nie mam wątpliwości, że odpowiednie służby medialne mają dziesiątki sposobów, by odpowiednio tupnąć nogą i stworzyć międzynarodowy skandal.
        Dajmy więc spokój Kidawie, a jeśli kogoś wciąż rozpierają emocje, niech powie, że to jest taka sama idiotka jak jej wychowanek Rafał Trzaskowski, kiedyś młody nieznany naukowiec, a dziś kandydat na stanowisko Prezydenta RP.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.