sobota, 9 maja 2020

Marcin Matczak, czyli cienka czerwona linia


      Gdybym zapytał Czytelników, czy kojarzą nazwisko Marcina Matczaka, to, jak sądzę, zdecydowana większość odpowiedziałaby po prostu że nie,  pewna część przypomniałaby sobie, że to jest któryś ze związanych ze środowiskiem KOD-u aktywistów, pokazujących się od czasu do czasu najpierw podczas antyrządowych demonstracji, a następnie w telewizji TVN24, ktoś bardziej zanurzony w sprawy publiczne od razu rozpoznałby w nim tego Matczaka, który angażując się systematycznie w twitterowe awantury, wdał się swego czasu w psyskówkę ze znanym nam już chyba znacznie bardziej od niego Matką Kurką, a następnie odpowiednio przez niego zbluzgany, wywołał krótkotrwały skandal, zapowiadając, że korzystając ze swoich znajomości na Uniwersytecie Wrocławskim, zniszczy studiującą tam Kurki córkę. Bez jakichkolwiek zresztą, co warto zauważyć, konsekwencji.
       Gdy chodzi o mnie, to ja oczywiście, ze względu na swoje chore jak najbardziej zainteresowania, znam Marcina Matczaka z wszystkich tych wymienionych aktywności, plus z tego, że jest on radcą prawnym oraz uniwersyteckim profesorem, no a do tego jeszcze wiem, że Matczak to ojciec najwybitniejszego dziś polskiego rappera występującego pod imieniem Mata, człowieka szczególnie wrażliwego, a przede wszystkim nadzwyczaj uzdolnionego. Wiem też, że Marcin Matczak to ktoś, kto w tych dniach wziął udział w akcji zatytułowanej „Hot16 Chalenge”, gdzie każdy chętny miał zaprezentować 16-wersową hip-hopową zwrotkę, a wszystko, o ile się nie mylę, na rzecz walki z koronawirusem i opublikował w Sieci coś takiego:


      
      Nie wiem jak Państwo, ale wśród rzeczy, które mnie od wielu lat, a dokładnie chyba od dnia, kiedy odwoływano rząd Jana Olszewskiego, sam premier Olszewski wygłaszał swoje poruszające pożegnalne wystąpienie i żadna z zaangażowanych po obu stronach sporu osób nawet nie mrugnęła okiem, zadaję sobie wciąż to samo pytanie: czy oni jeszcze są ludźmi takimi jak my?
       O co chodzi? Otóż mam od tego mniej więcej czasu bardzo mocne przekonanie, że ludzie w ten czy inny sposób zaangażowani w politykę na dowolnym chyba szczeblu, wykształcili w sobie ów rodzaj odruchu, który sprawia, że kiedy ich zapytać: „Czy pan wie, że pan kłamie?”, są absolutnie przekonani, że albo to pytanie nie jest skierowane do nich, albo najczęściej w ogóle nie rozumieją, o co chodzi.
      Mało tego. Kiedy doszedłem już do tego miejsca, zacząłem się zastanawiać, jak oni wszyscy żyją poza tą polityką? Czy mają normalne rodziny, czy mają takie same problemy jak my, czy żyją podobnymi zmartwieniami i marzeniami, no a przede wszystkim – i to pytanie wracał do mnie szczególnie uporczywie – czy oni może już znaleźli się po drugiej stronie tego, co się popularnie określa nazwą „Cienka Czerwona Linia”?
       Oglądałem wczoraj prowadzoną przez Adriana Klarenbacha w TVP Info rozmowę z politykami i chyba nigdy tak intensywnie jak właśnie w ciągu tej godziny nie poczułem, jak oni są w stanie znosić wszelkie moralne upokorzenia, nie tracąc nawet czasu na jedno maleńkie zmarszczenie brwi. Jestem głęboko przekonany, że gdyby na ich miejscu posadzić samego Leonardo DiCaprio z zadaniem odegrania tego rodzaju fałszywej szczerości, on by zwyczajnie poległ. Przypomniała mi się też wówczas dość niedawna sytuacja, kiedy to poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki stał na mównicy sejmowej, darł jak zwykle mordę i nagle zwyczajnie... zemdlał. Przepraszam bardzo, ale gdyby mnie się coś takiego przydarzyło, ani moje dzieci, ani tym bardziej moja żona, w życiu by mi nie pozwolili, bym kiedykolwiek jeszcze angażował się w tę zabawę, a tymczasem nie minął dzień, jak ten sam Kropiwnicki w tej samej co wcześniej formie zadawał szyku. I tu pojawia się pytanie: do jakiego to stanu oni się doprowadzili, że potrafili się aż tak pięknie odczłowieczyć, no i tym samym pojawiła się potrzeba powrotu do osoby Marcina Matczaka i wspomnianego wcześniej pytania: Czy on naprawdę jeszcze żyje?
      Mamy bowiem prawnika z, jak sądzę, bagażem różnego rodzaju zawodowych sukcesów, który zamiast zarabiać na życie i dbać o rodzinę, spędza czas albo na uczestnictwie w jakichś obłąkanych antyrządowych demonstracjach, udzielaniu półprzytomnych wywiadów dla antyrządowych mediów, a jak by tego było mało, nagrywaniu hip-hopowych rymów o tym, że Zbigniew Ziobro w końcu zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu. Czy przy zachowaniu powszechnie akceptowalnej definicji, to jest wciąż jeszcze człowiek? I proszę sobie wyobrazić, że kiedy męczyłem się z tą zagadką, córka moja zwróciła mi uwagę na to, że oto na Facebooku nadzwyczaj aktywna jest też żona Matczaka, Arletta. Kim jest pani Arletta, czym ona się zajmuje zawodowo, jak wygląda jej życie, pojęcia nie mam, natomiast mam bardzo mocne podejrzenie, że ona siedzi głównie w domu i od rana do wieczora wrzuca na Facebooka zdjęcia, które robi albo w domu Matczaków, albo w Matczaków ogrodzie, ewentualnie w lesie w pobliżu którego Matczakowie mieszkają. Co to są za zdjęcia? Przede wszystkim, co należy podkreślić, ich jest tak dużo, i są wrzucane tak gęsto, że one faktycznie robią wrażenie jedynego zajęcia pani Arletty. Nie mniej jednak ważne jest to, że one są niemal wciąż takie same: ogród, kwiaty, Matczak, kwiaty, ogród, obiad na stole, Matczak, kwiaty na stole, białe wino w kieliszkach, kwiaty, kwiaty, kwiaty, ogród... a wszystko z jednym jedynym przesłaniem: Moje życie to Niebo.
       Ja nie umiem opisać tego, co tam się na tym jej profilu wyprawia, – kto chce wiedzieć, niech sobie sprawdzi, ona wszystko udostępnia – natomiast nagle czuję, że ja już wiem, że oni wszyscy – nie tylko Matczak, ale również Budka, Błońscy, Sikorscy, Giertychowie, wspomniany Kropiwnicki z rodziną i cała owa ferajna – zwyczajnie znaleźli się po drugiej stronie. Matczak nagrywa te idiotyczne rymy, a jego żona siedzi samotna w tym wypasionym domu w środku owego wypasionego ogrodu i wrzuca na Facebooka dowody na to, jaka w tym wszystkim ona jest szczęśliwa.
        Ktoś powie, że ja się nie powinienem wtrącać w prywatne życie obcych sobie ludzi, na co ja od razu odpowiadam, że życie Matczaków jest jeszcze mniej prywatne niż moje, choćby ze względu na publiczną działalność Matczaka i ową Facebookową aktywność Matczakowej. Ale tak naprawdę ja mam głęboko w nosie to jak spędza swój czas Arletta Matczak i na ile jej stan psychiczny przypomina stan psychiczny jej męża, a oni oboje interesują mnie tylko o tyle, o ile mam przekonanie, że kupując płytę nagraną przez ich dziecko nie żałuję ani jednego grosza. To co mnie natomiast tu ciekawi, to podejrzenie, że to co się dzieje w tych rodzinach, na skutek owego dręczącego ich od pięciu już lat odbijania się raz od wściekłości, a raz od delirycznego szczęścia, doprowadziło ich do tego, że podczas gdy jedni pogrążają się w rozpaczy, to ci drudzy w poczuciu bezgranicznego szczęścia robią zdjęcia tulipanom w pięknym wazonie, w pięknym salonie, w pięknym domu.
       I myślę sobie, że jeśli mam tu rację, to nie ma się absolutnie co dziwić, że oni dziś tak strasznie się denerwują, że nie będą mogli jutro zagłosować na... no właśnie, na kogo? Jeśli ktoś mi powie, że na Tanajnę, to daję słowo, że się nie zdziwię.

  

3 komentarze:

  1. To sa Oni,nawet myslec o nich nie warto, naleza do tych „których nawet nazywać nie warto”.
    Przepraszam Cie, ze jade tu Sciosem ale nie znalazlem lepszych slow na to co mam tu pokazales.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwszej połowie tego zacnego tekstu trochę się zdołowałam, ale przy Pani Arelle, Pani Arecie Franklin oczywiście:) wszystko się unormowało, że hej
    https://www.youtube.com/watch?v=KtBbyglq37E&list=RDEMd38gs-3cD1wU2n0wHlybhQ&start_radio=1

    p.s.
    nigdy nie będzie tak źle, żeby jutro było jeszcze gorzej

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.