niedziela, 17 czerwca 2018

Dlaczego nie należy krytykować ministranta


      Wczoraj w pewnym momecie żona moja znalazła gdzieś w Sieci informację, że papież Franciszek, podczas spotkania z czymś co nosi nazwę Forum Włoskich Rodzin, powiedział co następuje:
      W zeszłym stuleciu cały świat był zgorszony tym, co robili naziści, by doprowadzić do czystości rasy. Dzisiaj robimy to samo, ale w białych rękawiczkach”.
      Całości wystąpienia Papieża nie znamy, natomiast z powiajających się tu i ówdzie informacji, dowiadujemy się, że w swoim wystąpieniu użył on takich słów, jak „moda”, „zwyczaj”, „dzieciobójstwo”, „zabijanie niewinnego”, czy wreszcie „spokojne życie”.
       Niektórym z nas mogłoby się wydawać, że największe wrażenie robi tu owo porównanie owej „mody” do nazistowskiej koncepcji czystej rasy, ale moim zdaniem jest tu jeszcze coś, na co warto nam zwrócić uwagę w sposób szczególny. Otóż, jeśli spróbujemy poszukać w Internecie informacji na temat owego wystapienia, znajdziemy zaledwie parę miejsc, gdzie słowa Franciszka są w ogóle wspomniane. Co równie ciekawe, owej informacji nie towarzyszy jakikolwiek komentarz, tak, jakby nie dość, że słowa Franciszka uznano za zbyt niebezpieczne, ale też za zbyt ryzykowne uznano opisanie ich choćby krótkim komentarzem.
       A przecież nie jest tak, że to co powiedział Franciszek było jakoś szczególnie szokujące. Owszem, aborcji do Holocaustu nie przyrównał chyba żaden z poprzednich papieży, natomiast to że aborcja to nazizm w stanie czystym słyszymy choćby na tak zwanych „Marszach za Życiem”, czy w wypowiedziach bardziej radykalnych antyaborcyjnych działaczy. Za każdym razem zresztą spotykają się owe oceny z natychmiastową, i najczęściej nadzwyczaj gwałtowną reakcją środowisk lewicowych. Tu z jakiegoś przedziwnego powodu, papież Franciszek został oszczędzony.
      I niech nam się tylko nie wydaje, że liberalne media nie są zainteresowane nauczaniem Franciszka. Jest wręcz odwrotnie: one owym nauczanie są zainteresowane tak, jak nie były zainteresowane nauczaniem któregokolwiek z jego poprzedników. Jednak one są bardzo uważne nie wtedy gdy Papież potępia współczesny świat, ale wtedy, gdy głosi zbawienie tym wszystkim, którzy owo zabawienie proszą. Kiedy wszystkim skruszonym i proszącym o Boże miłosierdzie grzesznikom Papież o owym miłosierdziu opowiada, media nie przepuszczą żadnej okazji, by o tym wspomnieć… no dobrze, może zapomną o modlitwie, czy żalu za grzechy, czy wreszcie o podstawowym pragnieniu Boga, ale o tolerancji i zrozumieniu wspomną z całą pewnością. Tym razem, podobnie zresztą jak jeszcze przed laty, kiedy to Franciszek bardzo dobitnie nas poinformował, że „kto się nie modli do Boga ten się modli do Szatana”, nagle się okazało, że jednak nie wszystkie słowa Papieża kwalifikują się do popularnego rozpowszechniania.
      Franciszek to papież, który głosi przede wszystkim Boże miłosierdzie dla każdego, kto owego miłosierdzia pragnie. Tylko tyle, ale i aż tyle. Wydawałoby się, że sytuacja jest tak czysta, jak owe papieskie szaty. Tymczasem popularna kultura liberalna postanowiła po pierwsze wtłaczać nam do głów wiadomość o bezwarunkowym przebaczeniu, głównie zresztą dla jej najbardziej radykalnych przedstawicieli, a po drugie, możliwie jak najstaranniej zamilczać wszystko to, co Papież przedstawia nam jako nasz absolutny obowiązek, czyli pragnienie Boga. I, jak wiele na to wskazuje, owa metoda sprawdza się znakomicie. Wystarczy chocby wpaść na blogi.
      Jestem pewien, że ci z nas, którzy obserwują dyskusję, jaka ostatnio przetoczyła się przez portal szkolanawigatorow.pl, domyślają się, skąd się dziś wziął ten temat. Chodzi mianowicie o tekst, który – być może wbrew zamierzeniom swojego autora, naszego kolegi Rotmeistera – sprowokował bardzo mocny atak na Kościół papieża Franciszka. Nieco być może zaniepokojony reakcją czytelników, Rotmeister napisał kolejny tekst, w którym zadał pytanie, czy wolno krytykować papieża, czy może jego już nie. W trakcie kolejnej dyskusji pojawiło się nawet pojęcie, którego osobiście wcześniej nie znałem, a mianowicie niejakiej „papolatrii”. Ja osobiście oczywiście chętnie bym na owo pytanie, czy wolno krytykować papieża, odpowiedział pod wspomnianą notką, ponieważ jednak Rotmeister, zapewne w głębokim przekonaniu, że jego racje są tak słuszne, że on poważnej dyskusji nie potrzebuje, zablokował mi możliwość komentowania, pozwolę sobie tu u siebie na coś, o czym wcześniej właściwie wspominać nie zamierzałem. Otóż mamy tu na Śląsku naszego ordynariusza, arcybiskupa Wiktora Skowrca, o którym, choć go osobiście bardzo nie lubię, chyba tu dotychczas nie wspominałem. Dlaczego byłem tak dyskretny? Z dwóch mianowicie powodów. Otóż przede wszystkim moje podstawowe do niego pretensje nie są aż tak moim zdaniem ważne, by się tu z nimi wychylać. Nie sądzę bowiem, że publiczne występowanie z tym, co ja sądzę o Skworcu może w jakikolwiek sposób poprawić kondycję Kościoła, a na Kościele zależy mi znacznie bardziej, niż na Skworcu. Jest jednak jeszcze coś, co ja znam, a o czym nie napiszę, bo gdybym o tym napisał, to moje refleksję nie dość, że by Kościołowi nie pomogły, to jeszczcze by mu zaszkodziły. I niech wszyscy, szalenie jak rozumiem, pobożni czytelnicy nie myślą, że tu chodzi o jakieś pikantne historie związane z życiem czy posługą abp. Skworca. O, nie! O tym akurat ani nie mam żadnych pewnych informacji, ani owe informacje nie wydają mi się szczególnie interesujące. Chodzi wyłącznie o pewne jego wystąpienie, a dokładnie o jedno z owego wystąpienia zdanie. Tylko tyle.
      No i teraz mam uwagę końcową. Czy chodzi może o to, że mi nie wolno zacytować tego jednego, krótkiego zdania, bo w ten sposób zgrzeszę? Nie. Nic tego typu nie stoi na przeszkodzie, bym się tu teraz odpowiednio rozpisał. Problem natomiast jest w tym, że ja nie widzę żadnego powodu, by karmić tych, którzy nie marzą o niczym innym jak o tym, by kiedy oni będą wchodzić do Nieba, obok nich nie znalazł się nikt, kogo oni z jakiegokolwiek powodu nie lubią. A aby owo marzenie się zrealizowało, oni wiedzą, że najpierw trzeba zburzyć tę Skałę, a na niej postawić nową, lepszą. I to jest moja odpowiedź na pytanie – i tu pozwolę sobie na maksymalne obniżenie poziomu – czy wolno publicznie krytykować ministranta. Nie. Bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji tylko na to czeka. 


Jak już wspomniałem wczoraj, w tym tygodniu, a kto wie, czy nie jeszcze dłużej, sprzedajemy moją książkę o muzyce i tak naprawdę wcale nie o muzyce. Chęć zakupu proszę zgłaszać pod adresem k.osiejuk@gmail.com, a ja obiecuję, że dedykacja będzie w cenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz