wtorek, 12 czerwca 2018

O Andżelice, co dostała na osiemnastkę prawko


      Wydaje mi się, że czytelnicy tego bloga to na ogół wiedzą, na wszelki jednak wypadek przypomnę, że tak się złożyło, że ani ja, ani moja żona nie mieliśmy nigdy samochodu. Co ciekawe, zarówno ona, jak i ja, legitymujemy się prawem jazdy, jednak, jak mówię, nasze dotychczasowe życie upłynęło nam bez auta i prawdopodobnie to się już nie zmieni. Samochód mają i nim śmigają zarówno mój brat, moja starsza córka, jak i syn, mieli samochód moi rodzice i teściowie, ma samochody wiekszość moich znajomych, my jednak, jak mówię, zachowujemy dawno przyjętą pozycję i jeśli pojawi się konieczność, to musimy korzystać albo z komunikacji publicznej, albo ze wsparcia znajomych, lub ewentualnie po prostu z taksówki, co, jak się zdaje, w skali roku i tak wychodzi znacznie taniej, niż miałoby to miejsce, gdybyśmy w którymś momencie naszej historii sobie pozwolili na auto.
       Skoro ta część została już odpowiednio wyjaśniona, muszę wspomnieć o czymś jeszcze. Otóż ile razy mam okazję przemieszczać się po Polsce samochodem, nie mogę pozbyć się świadomości, że w żadnym innym momencie swojego codziennego bytowania nie jestem tak narażony na śmierć, jak właśnie wtedy. W ciągu ostatnich paru lat miałem okazję podróżować samochodem na długim bardzo dystansie, z dużą bardzo prędkością i przez całą te podróż, za jednym i drugim razem, nie mogłem przestać myśleć o tym, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że wśród tych setek, czy tysięcy mijanych samochodów, musi się zdarzyć co najmniej kilka, które jeśli nas nie zabiły, to tylko dlatego, że wciąż nie trafiły na odpowiedni moment. Proszę zrozumieć, o co mi chodzi. Jedziemy odpowiednio szybką trasą odpowiednio szybkiego ruchu, przed nami jadą równie szybko inne samochody, z naprzeciwka jadą samochody zachowując podobną szybkość, a ja cały czas mam świadomość, że to z czym mamy do czynienia, to coś co przypomina najbardziej klasyczny western, gdzie każdy jest uzbrojony i Bóg jeden wie, co się wydarzy, jeśli komuś nagle zalęgnie się w głowie jakiś bardzo niebezpieczny robak. I – pozwolę sobie to powtórzyć – nie oszukujmy się, wśród tych tysięcy tak zwanych „użytkowników dróg”, których spotykamy na swojej drodze, musi być co najmniej kilku, którzy są zwyczajnie uzbrojeni i to w amunicję jak najbardziej śmiertelną.
      Skąd to wiem? Otóż przede wszystkim stąd, że choć, jak wspomniałem, sam nie prowadzę, spędzam znaczną część swojego czasu poruszając się po różnego rodzaju ścieżkach i widzę, co się tam wyprawia. Otóż wielokrotnie, jadąc autobusem, czy tramwajem, byłem świadkiem, jak musieliśmy gwałtownie hamować, bo jakiś idiota postanowił nam wjechać prosto pod koła. Wielokrotnie – i tu daję słowo, że nie przesadzam – miałem okazję uniknąć śmierci, kiedy to przechodząc przez przejście dla pieszych nagle byłem atakowany przez jakiegoś durnia płci dowolnej, który akurat się zagapił, bo albo właśnie rozmawiał przez telefon, albo się dokądś spieszył. Zazwyczaj ostanio często odbywa się to tak, że stoję sobie przed przejściem, czekając na przerwę w ruchu, samochód staje, by mnie przepuścić, ja ruszam i nagle muszę się gwałtownie cofnąć, bo okazuje się, że pojawił się tu ktoś, kto zobaczył, że samochód przed nim się bez sensu zatrzymał i postanowił go sprytnie ominąć. Nie wiem, jak wygląda doświadczenie innych, ale z tego co zaobserowałem ja, moja żona i córka, ten typ zachowania stał się ostatnio wręcz plagą i niekiedy autentycznie dziwię się, że my, a już zawłaszcza nasz pies, który siłą rzeczy zawsze idzie przodem, wciąż żyjemy.
       Ja mam świadomość, że szczególnie w ustach kogoś tak starego jak ja, może to zabrzmieć dość komicznie, ale ja autentycznie uważam, że nie jest tak, że młodzi dziennikarze, politycy, nauczyciele, studenci, aktorzy, prawnicy, lekarze, oraz ich żony, mężowie, czy kochankowie są, owszem, niedouczeni, czy często zwyczajnie głupi, natomiast w momencie, gdy każdy z nich wsiada do swojego auta i rusza w drogę, nagle staje się myślącym, nadzwyczaj wrażliwym człowiekiem. No i że oczywiście żaden z nich ani nie chleje, ani nie zażywa. To jest zwyczajnie niemożliwe. Ta fala ruszyła parę dobrych lat temu i już się nie zatrzyma.
       Niedawno zmieniałem sobie w Urzędzie Miejskim pewne dane i trafiłem na urzędnika, który standardowo grzecznie chciał mi pomóc w wypełnieniu formularza. Kiedy doszedł do nazwy ulicy, przy której mieszkam, powiedział do mnie: „No tu pan wpisuje Kopernicka oraz numer i to wszystko”. Nie Kopernika, tylko Kopernicka, właśnie, no bo kto widział, by ulica się nazywała Kopernika? Przepraszam bardzo, ale kiedy myślę o tym, że on się porusza po okolicy samochodem, a niewykluczone, że przy tym od czasu do czasu lubi sobie pociągnąć, bardzo się cieszę, że przez większą część swojego życia byłem biedny, no i że jednak mam swoje drobne obsesje, no i nawet, kiedy jest ostatnio tyle słońca i oczy się same zamykają, przynajmniej jedno z nich staram się mieć zawsze otwarte.

Przypominam uprzejmie, ze moje książki są stale do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie tu u mnie, z dedykacją. Zapraszam zawsze.
     
      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz