środa, 13 czerwca 2018

Jak daleko do Japonii, jak blisko


Parę dni temu napisał do mnie Czytelnik i poprosił bym mu wysłał dwa egzemplarze mojego drugiego zbioru felietonów „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło. Ja wprawdzie sobie tę akurat z moich książek bardzo i pod każdym względem cenię, jednak jakoś ostatnio nawet sam o niej zapomniałem. Sprzedają się listy od Zyty, sprzedaje się 39 wypraw, sprzedaje się oczywiście listonosz, nawet rock and roll ostatnio się zaktywizował, natomiast te felietony, jak mówię, gdzieś się rozpłynęły. I oto pisze do mnie nieznany mi czytelnik i prosi o TegoKtóry…
Pomyślałem więc, ze rzucę na tę książkę okiem po latach i zobaczę, jak ona się dziś miewa. No i powiem nieskromnie, że ona się miewa znakomicie. Powiem więcej, ona się chyba nigdy wcześniej tak dobrze nie miała. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę, że ten blog, poza funkcją rozrywkową, pełni również funkcję sprzedażową, pomyślałem sobie, że przypomnę z niej parę niedługich tekstów, licząc, że może w ten sposób kogoś, kto tu jest od niedawna, zachęcę do jej kupienia. Bardzo polecam. Dziś tekst o Japoni i o nas. I o nas.



      Okropny jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony – dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy, że to są jednak prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla kogo? I wtedy dopiero można zrozumieć, że nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
       Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki? To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
       Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont. Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i gdzie niegdzie jakieś ciało.
       Ta Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic z tego, co byśmy tak naprawdę rozumieli.
       My ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć w relacji do owego pragnienia sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym? Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co mogło pójść?
       No, ale biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A ten Pakistan? A Australia?
      Ktoś gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie. Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak, że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
      Jest w tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać, jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje? Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać? Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.

A zatem, jeśli kogoś ten tekst poruszył po latach, zachęcam do odwiedzenia księgarni pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji/, ewentualnie bezpośrednio tutaj pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz