wtorek, 18 kwietnia 2017

Machorka, czyli prawdopodobnie najlepsza książka na świecie

    
     Minęły Święta Wielkanocne, a ponieważ przez tych parę dni pozostawałem kompletnie oderwany od codziennej medialnej pulpy, nie bardzo jestem w mocy, by komentować bieżące wydarzenia. Jutro zapewne wrócę do starej formy, natomiast dziś przyszła mi do głowy pewna dość szczególna i w żaden sposób nie związana z tym co nas wszystkich na co dzień zajmuje, refleksja. Otóż znamy pewnie wszyscy słynne reklamowe hasło spopularyzowane przez producenta piwa Carlsberg: „Prawdopodobnie najlepsze piwo na świecie”. Wspominam dziś ów reklamowy slogan i uświadamiam sobie nagle, że chyba nikt nigdy nie zarzucił producentom piwa Carlsberg, że opisując swój produkt tak jak go opisują, wykazują się oni grzesznym brakiem skromności, czy wręcz skandalicznie rozbuchanym ego. Nie pamiętam też, by ktokolwiek zwrócił im uwagę na fakt, że oni zwyczajnie kłamią. A przecież każdy z nas zgodzi się z całą pewnością, że piwo Carlsberg nie jest najlepszym piwem na świecie. Ja osobiście na przykład piwa Carlsberg nie piję, bo ono akurat mi zwyczajnie nie smakuję i mogę w jednej chwili wymienić całą kupę innych piwnych marek, które uważam za znacznie lepsze, w tym kilka jak najbardziej lokalnych. A mimo to niemal każdy z nas cierpliwie znosi owo rozpowszechniane przez Carlbersg Group wierutne kłamstwo bez mrugnięcia okiem i jak mówię, nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by ich oskarżać o brak skromności. 
     W tej sytuacji pomyślałem sobie, że przedstawię dziś opinię, która pod żadnym pozorem nie powinna być traktowana jako bardziej ekstrawagancka od tego, co nam przekazują producenci piwa Carlsberg. Otóż moim zdaniem moja książka zatytułowana „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” jest prawdopodobnie najlepszą książką na świecie, a już z całą pewnością jest znacznie lepsza, niż rzekomo najlepsze na świecie piwo Carlsberg. A w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić każdego do jej kupowania. Wystarczy kliknąć w okładkę tuż obok. Poniżej jeden z rozdziałów.
     



     Wakacje spędzane przez mnie w Sławatyczach nad Bugiem zawsze miały dla mnie coś z atmosfery, którą poza tym znajdowałem jedynie w książce Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”. Mam tu oczywiście na myśli i tę beztroskę, i tę nie do opisania zwykłymi słowami przestrzeń, ale może przede wszystkim może ową nieustanną atmosferę święta. Staram się jak mogę, by znaleźć choć jedną rzecz, która kojarzy mi się z tym miejscem źle, nazwać ją i w sobie zatrzymać – i nie potrafię. Właśnie tak. Nie potrafię. Co oczywiście jednak nie oznacza, że jej nie znajduję.

     Jest coś, co za każdym razem kiedy tam przyjeżdżałem, a trwało to przez szereg kolejnych lat, budziło we mnie autentyczną rozpacz, i choć dziś reaguje na tamto wspomnienie wzruszeniem ramion, a niewykluczone że i pewnego rodzaju wzruszeniem, nie ma co ukrywać – ja wtedy autentycznie cierpiałem. Mam na myśli machorkę. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, mogę wytłumaczyć. Machorka to roślina, z której liści produkuje się tytoń. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tytoń to tytoń, a machorka to machorka, tak się jednak składa, że tam gdzie ja spędzałem swoje wakacje używało się nazwy machorka i kropka. Żaden tytoń. Machorka.

     Co się produkowało z machorki, którą przez kilka kolejnych lat uprawiał mój dziadek, nie mam pojęcia. Czy to były papierosy „Sport”, czy może coś jeszcze gorszego, nie umiałem tego powiedzieć ani wtedy, ani nawet dziś. Na coś to jednak się przydawać musiało, bo były z tego pieniądze, i to chyba wcale niemałe. Rosły więc sobie te łodygi na polu, i kiedy już owe liście tytoniu robiły się tak duże i tak dojrzałe, że więcej im już nie trzeba było, następowały żniwa, które polegały na tym, że się je odrywało od łodyg, składało na kupę i zawoziło na miejsce do dalszej obróbki. I tu pojawiam się ja.

       Każdy plantator machorki miał wybudowane specjalne pomieszczenie, gdzie owe liście miały wisieć na drutach, otoczone z każdej strony bardzo silnymi żarówkami, które sprawiały, że w odpowiedniej temperaturze one mogły się spokojnie suszyć tak długo, aż będzie je można zawieźć do punktu skupu. Nie wiem, czy był to standard, czy nie, ale nasze druty miały długość pięć metrów, a więc, jak się można domyślić, na taki jeden drut przypadać musiała naprawdę potężna liczba liści. No i – co też chyba jasne – maszyna ich tam nie nabijała, tylko ja. Ja, małe dziecko z Bullerbyn spędzające czas na wakacjach.

     Oczywiście nie ja sam. To wcale nie było tak, że oni mnie wyrywali z samego rana z łóżka i kijami zaganiali do tej machorki. O nie! Za nabijaniem machorki na druty stał cały zbiorowy, wiejski rytuał, gdzie na środku leżał stos liści, wokół tego stosu siedziało może z dziesięć osób z drutami w rękach, i wszyscy w błyskawicznym tempie, na wyścigi, przebijali tym drutem kolejne zielone liście. Nie było też tak, że oni mi kazali się w tym tytoniu babrać. Rzecz w tym, że dla każdego z nich było czymś oczywistym, że to jest fantastyczne zajęcie, i że taki mały grzeczny chłopczyk jak ja wręcz się pali, by wziąć w tym udział, zwłaszcza że oprócz czynnika sportowego był też tam czynnik finansowy – od każdego bowiem drutu dostawało się jakieś dwa złote, a może dwadzieścia groszy… nie pamiętam.

      Nienawidziłem tej machorki. Nienawidziłem jej tak bardzo, że nawet świadomość owego zarobku nie była mnie w stanie poruszyć. Przede wszystkim, będąc otoczony głównie przez jakichś o wiele ode mnie starszych sąsiadów i ich dzieci, które nawet nie były moimi kolegami, ja się podczas tej roboty śmiertelnie nudziłem, a poza tym nawleczenie każdego liścia na ten pięciometrowy drut zabierało mi tyle czasu, że zanim go skończyłem, to inni zabierali się już za piąty, szósty, czy dziesiąty. Ponieważ pracowałem tak wolno, reszta – szczególnie te dzieci – się ze mnie śmiały, a ja siedziałem zrozpaczony i bezradny, patrząc jak moje biedne palce stają się z jednej strony pokłute, a z drugiej oblepione grubą warstwą jakiegoś śmierdzącego świństwa. Oczywiście, mogłem już na samym początku powiedzieć, że dziękuję, ale mam inne zajęcia, a nawet w ogóle nie zapisywać się do tego machorkowego kółka, jednak, jak już wspomniałem, atmosfera była taka, że nikomu do głowy nawet nie przyszło, że komuś to zajęcie może się nie podobać, no a ja byłem zawsze dzieckiem grzecznym, posłusznym i bardzo uległym.

    Do dziś wręcz fizycznie pamiętam tamten czas. Pamiętam smród tych moich oblepionych tytoniem palców, pamiętam same palce pokłute drutem, pamiętam nawet temperaturę tego pomieszczenia, gdzie ów tytoń się suszył, no i zapach wysuszonych już liści. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze. I, jak mówię, nie jest to wspomnienie miłe, ale też nie budzi one dziś we mnie jakichś choćby minimalnie lękowych stanów. Kto wie, czy gdyby mi ktoś zaproponował powtórzenie tego czegoś, nie przyjąłbym tej propozycji z entuzjazmem.

    Czytałem sobie niedawno fantastyczny reportaż Boba Greene’a z fabryki prezerwatyw. Jest on już dość stary, bo napisany chyba jeszcze na początku lat 80. minionego stulecia, a dotyczy największej w Ameryce fabryki produkującej ów szczególny towar. Jak się możemy domyślić, produkcja ta pewnie już dawno została przeniesiona do Chin, ale wtedy wszystko się działo w New Jersey, w samym środku cywilizowanego świata. Bob Greene w pewnym momencie przedstawia obraz kobiet, siedzących przy taśmie, po której przesuwają się specjalne formy, i testujących gotowe już prezerwatywy pod kątem ewentualnych pęknięć. Każda z nich ma obok siebie kosz pełen prezerwatyw, przed sobą pędząca taśmę się, i jej zadaniem jest naciągać na podjeżdżającą formę jedną po drugiej gumkę. I tak bez przerwy przez osiem godzin. Bob Greene rozmawia z tymi kobietami, chcąc wiedzieć, jak one znoszą ten rodzaj pracy, a one mu mówią, ze można się przyzwyczaić. Samo naciąganie na formę jest stosunkowo proste. Najgorsze jest nauczyć się szybko wyciągać gumki z kosza. Żeby nie brać kilku na raz, no i żeby robić to szybko. No i znaleźć sobie coś, o czym można przez cały dzień myśleć.

     Kiedy czytałem ten tekst, przypomniałem sobie moje lata spędzone z machorką, i pomyślałem sobie, że co by o tym syfie nie powiedzieć, jeśli zestawić go z takim kapitalizmem, trzeba uznać, że ma on swoje uroki. Uroki, których dziś nie zamieniłbym na nic. Nawet na te wszystkie pieprzone zabawki.


Kto chce się dowiedzieć, co jest z tymi zabawkami, musi kupić książkę, co serdecznie polecam. Do księgarni można trafić pod adresem www.coryllus.pl

13 komentarzy:

  1. Jakbym jej nie miał, na pewno bym kupił :-). Polecam każdemu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj - spoznione zyczenia Wesolych Swiat.
    Co do machorki. Moja babciaa, mama taty, mieszkala pod Tomaszowem Lubelskim, okolice Laszczowa. Tyton wymaga dobrej ziemi , tak jak pszenica, kukurydza czy buraki cukrowe. tzw. pszenno-buraczana. Zatem twoja rodzina miala dobra ziemie :). Moj stryj, mieszkajacy z babcia, tez uprawial tyton. Jednak my dzieci mielismy wolne od tyttoniu, w kazdym razie nie pamietam bysmy my miastowe dziewczyny, czy moje kuzynki pracowaly przy tytoniu. Pamietam za to, ze na poczatku suszylo sie nawleczony tyton na drzwiach od stodoly. Jak sie jechalo przez Zamojszczzne to te naszyjniki tytoniowe wisialy wszedzie. Potem moj stryj zainwestowal w suszarnie, gdzie nadmuch byl napedzany silnikiem spalinowym, ktory stal na zewn. Pamietam ten halas, turkot i smrod spalin. My dzieci uciekalysmy na odlegle o dwa kilometry pastwisko dla krow, bo tam byl cien od kilku drzew roznacych nad sadzawka. Reszta krajobrazu to pola pszenicy, kukurydzy i burakow cukrowych. Mm tez rodzine na Roztoczu. Tam tytoniu nie bylo, bo same piaski. Za to las i potok Szumy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ponponka1
      Myślę że jest bardzo dużo osób, które dzielą bardzo podobne emocje.

      Usuń
    2. Nad podziw dużo i w nadzwyczaj różnych dziedzinach. W moim życiu nie było machorki, lecz z rzeczy podobnych były np. godziny (dniówki) przy korbie wialni do czyszczenia zboża, przy zbieraniu kartofli od świtu do zmierzchu, wiązaniu snopków z podbieranego z pokosu żyta itp. itd. A z bardziej współczesnych (i wydawałoby się "nobliwych") zajęć, to aż mnie korci przyznać się do niemal identycznych wrażeń podczas pracy z programem graficznym Corel Draw przy sporządzaniu, aktualizowaniu, opracowywaniu od podstaw dokumentacji (wg własnego pomysłu i konwencji) projektowej i/lub "powykonawczej" rozległych sieci telekomunikacyjnych z tysiącami powtarzalnych elementów (kabli, wzmacniaczy, sprzęgaczy, rozdzielaczy i tp. -aczy) o wiadomych parametrach, przeliczanych w pamięci dla szybkiego skontrolowania prawidłowości doboru elementów toru transmisyjnego (sumowanie decybeli "tłumienia" i konfrontowaniu z decybelami "mocy"), a wszystko po to, by w pojedynkę, i na dodatek na pół etatu, zastąpić pokaźny zespół projektantów, analityków, kreślarzy, "powielaczy", introligatorów, maszynistki, ich szefów i nadszefów, zajmujących do niedawna jeszcze (jeśli dla kogoś kilkadziesiąt lat to jest niedawno) pokaźne powierzchnie biurowe, czasami w okazałych biurowcach, w których samo ogrzewanie kosztowało więcej niż cała ww. praca na pół etatu. Uff.
      Zdzisław. Pozdrowienia.

      Usuń
  3. @All
    Na portalu papug.pl mój nowy zupełnie tekst o szkole. Polecam:
    http://papug.pl/dlaczego-polska-szkola-nie-powinna-sie-bac-dobrej-zmiany/

    OdpowiedzUsuń
  4. @Andres Krzysztowski
    Wiem że ją lubisz. I bardzo sobie to cenię.

    OdpowiedzUsuń
  5. Znam ten ból, bo kiedyś pracowałem w fabryce wina. Osiem h dziennie waliłem młotkiem w przesuwające się po taśmie butelki by plastykowy korek wskoczył na swoje miejsce. W każdym prl owskim bełcie była moja krwawica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Chlor
      Mam znajomego, który pracował w fabryce gwoździ. też podobno było fajnie.

      Usuń
  6. Dobry wieczor:)
    Ty miales machorke, ja -truskawki. Wspominam to bardzo dobrze. Jezdzilismy w latach 80 do cioci na rzeszowszczyzne na wakacje, polaczone z ta praca od switu do wieczora na truskawkowych polach.Caly dzien w kucki. Robilismy sobie zawody z wiejskim kuzynostwem: kto wiecej kobialek zbierze.Ciocia uczciwie kazdemu placila od kobialki. Najbardziej lubilam przerwy na pyszne posilki w cieniu szopy na narzedzia, oraz wieczorny zjazd do skupu. Zawsze jacys interesujacy mlodziency tam sie krecili w tych kolejkach. A potem w domu robilo sie pyszne koktajle ze swiezej smietanki i truskawek, oraz ogladalo mecze Mundialu'82. Te akurat truskawkowe wakacje utkwily mi najbardziej w pamieci, wlasnie ze wzgledu na mecze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Jest nadzieja
      Musisz o tym napisać książkę.

      Usuń
    2. Wole czytac utalentowanych.

      Usuń
    3. To ja znowu pamietam te wakacje na Roztoczu, wies Paary (tak! dwa aa w nazwie). Ostatnia wies ordynacji Zamojskich czyli Zamojszczyzna (zabor rosyjski). Tuz obok za zakretem wies Narol (nie mylic z miasteczkiem, tez obok) - ziemia Przemyska (zabor austriacki).Wies ciagnaca sie wzdluz drogi, dwa-trzy km., po jednej stronie chalupy i ciagnace sie za nimi pola (stad takie pasy ziemi na Roztoczu) a z drugiej strony drogi Puszcza Solska. Moglismy chodzic tylko do rzeki Szumy - bo inaczej moglismy sie zgubic. Chodzilismy sie kapac, a raczej brodzic w rzece i na jagody. Po calym dniu wracalismy z kankami pelnymi jagod a potem ciocia robila pierogi...hmmm. Wiem, ze nie na temat, ale wspomnienia wrocily

      Usuń
    4. @ponponka1
      Tematem są wspomnienia.

      Usuń