niedziela, 23 kwietnia 2017

Gdy polskim sądom odpadła piąta klepka

Najpierw chciałbym się zwrócić do naszego człowieka w USA, Janusza Wilczka, żeby napisał do mnie z innego adresu, bo ten którego używa, odrzuca moje maile. Skoro to już jest załatwione, chciałbym zachęcić do przeczytania mojego najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. Powinien się spodobać.


      Oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że większość czytelników „Warszawskiej Gazety” w owym medialnym chaosie dziś już nie pamięta tamtego zdarzenia. Jest wręcz bardzo prawdopodobne, wobec znanej nam aż nazbyt dobrze szczególnej umiejętności wspomnianych mediów „zagadywania” tego co naprawdę ważne, wielu z nas mogło nawet tego co się stało nie zauważyć. A stało się tak, że jeszcze w roku 2014 legendarny działacz dawnej „Solidarności”, a wówczas jeden z głównych doradców prezydenta Bronisława Komorowskiego, Henryk Wujec, potrącił samochodem przechodzącego przez przejście dla pieszych człowieka, powodując u niego ciężkie obrażenia. Jakby tego było mało, Wujec zlekceważył samochód, który wcześniej zatrzymał się, próbując przepuścić przechodzące przez przejście osoby, no i wjechał prosto w tego człowieka.
      Niemal trzy lata trwały próby sprowadzenia Wujca przed sprawiedliwość i przez ów czas sprawa była albo w typowy dla polskich sądów odwlekana, albo kiedy już udało się wszystko zorganizować, sam oskarżony nie raczył się w sądzie pojawić, no i wreszcie po trzech latach doszło do rozpatrzenia sprawy i ogłoszenia wyroku. Sąd Rejonowy dla dzielnicy Warszawa-Mokotów w osobie niejakiego sędziego Mielcarka Wujca uniewinnił. Jak poinformowały nieliczne zainteresowane wydarzeniem media, wydając swoją decyzję, sędzia Mielcarek za okoliczność dla Wujca łagodzącą uznał fakt, że ten nie zauważył jadącego przed nim i zatrzymującego się przed przejściem dla pieszych auta, no i że poza tym było ciemno. Wedle tych samych informacji, sędzia Mielcarek uznał, że wina leży po stronie pokrzywdzonego, bo uczestniczenie w ruchu drogowym wymaga odpowiedzialności od wszystkich, nie tylko od kierowców. Ci wprawdzie mają uważać, żeby przechodniów nie rozjeżdżać, natomiast przechodnie nie powinni wchodzić na przejście, kiedy zbliża się samochód, a kiedy już na tym przejściu się znajdą, mają z niego jak najszybciej wiać.
      Niemal jak wisienka na weselnym torcie pojawił się jeszcze jeden argument, który zdaniem sędziego Mielcarka świadczy przeciwko potrąconemu przez Wujca obywatelowi, a mianowicie taki, że to co się wówczas stało było „dość typową sytuacją, jak na warunki warszawskie”. I to jest dla mnie prawdziwa rewelacja. Nagle się okazuje, że tak zwane „warunki warszawskie” stają się zdaniem niektórych sędziów kategorią czysto prawną. A to moim zdaniem musi prowadzić do tego, że sędziowie w innych miastach będą wydawać swoje decyzje, czy to w jedną, czy drugą stronę, uzasadniając je tym, że do wykroczenia, czy być może nawet przestępstwa, doszło w typowej jak na warunki krakowskie, poznańskie, wrocławskie, czy gdańskie sytuacji. A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że przy konsekwentnym jego stosowaniu, nasi sędziowie będą mogli poradzić sobie z absolutnie każdą sytuacją prawną, w jakimkolwiek miejscu i w jakimkolwiek czasie. Może im się to przydać szczególnie teraz, gdy Dobra Zmiana próbuje tych cwaniaków doprowadzić do przytomności, a oni z kolei nie marzą o niczym innym jak zademonstrować swoją bezkarność. Ci sędziowie to jednak łebscy ludzie.


Niezmiennie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Niedawno zrobiliśmy dodruk „Listonosza”, inne też już schodzą, więc nie zaszkodzi się pospieszyć.





8 komentarzy:

  1. Sprzeczność istotnych ustaleń Sądu z treścią zebranego w sprawie materiału dowodowego zachodzi jedynie wtedy, gdy powstaje dysharmonia pomiędzy materiałem zgromadzonym w sprawie, a konkluzją do jakiej dochodzi sąd według własnego [tj. Sądu] przekonania...
    Jeżeli z materiału dowodowego Sąd wyprowadza wnioski logicznie poprawne i zgodne z doświadczeniem życiowym [Sądu], to ocena Sądu musi się ostać, chociażby w równym stopniu na podstawie tego materiału dowodowego dawały się wysnuć wnioski odmienne [przez kogo innego niż ten Sąd].

    (motywy z orzecznictwa, np. SN w wyroku z dnia 27.09.2002r. sygn. II CKN 817/00)

    Ludzie mniej niezwykli złośliwie nazywają to "wyrokowaniem po uważaniu". Nie potrafią zrozumieć, że sędzia jest po to niezawisły, żeby mieć wyrobione swoje własne, a nie ordynarne (= pospolite, w złym guście) pozasędziowskie doświadczenie życiowe.

    Właśnie w tym kryje się obecny konflikt ustrojowy, kto ma dopuszczać nowych sędziów do zawodu.

    Kasta-nie-ty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znamy to, znamy:

      "(...)Odnośnie do oceny dowodów, to Sąd Najwyższy niejednokrotnie wskazywał i podkreślał, że jeżeli z określonego materiału dowodowego sąd wyprowadza wnioski logicznie poprawne i zgodne z doświadczeniem życiowym, to ocena ta musi być uznana za prawidłową, chociażby w równym stopniu z tego samego materiału dowodowego można wysnuć wnioski odmienne. Dlatego zarzut apelacji dla swojej skuteczności nie może polegać na przedstawieniu przez skarżącego własnej wersji wydarzeń. Skarżący musi wykazać, że oceniając materiał dowodowy sąd popełnił uchybienia polegające na braku logiki w wiązaniu faktów z materiałem dowodowym, albo też, że wnioskowanie sądu wykracza poza schematy logiki formalnej albo wreszcie, że sąd wbrew zasadom doświadczenia życiowego nie uwzględnił jednoznacznych praktycznych związków przyczynowo – skutkowych. Innymi słowy rolą skarżącego jest obalenie wersji sądu, nie zaś zbudowanie własnej (zobacz na ten temat np. wyroki SN z 10 stycznia 2002 r., II CKN 572/99; z 27 września 2002 r., II CKN 817/00; z 6 czerwca 2003 r., IV CK 274/02; 7 stycznia 2005 r., IV CK 387/04). "

      Konflikt ustrojowy, kto ma dopuszczać do zawodu sędziego jest moim zdaniem powierzchowny. Zdecyduje - wiadomo - demokracja, w swoim wydaniu bezpośrednim, ludowym, np jak w USA albo demokracja komisyjna, kiedy zbiorą się ludzie wybitni i wybiorą kogo tam będą uznawać. Uważam, że problem leży nie w sposobie wyboru tylko w produkcji kandydatów, w tym sensie że tak czy inaczej sędzia będzie pochodził i będzie ukształtowany przez akademię. To samo dotyczy jakiejkolwiek administracji publicznej, wszędzie tam przyjmuje się ludzi z dyplomem, stanowiska kierownicze w firmach to samo, z nielicznymi wyjątkami. Wszędzie tam trzeba posiadać akademicki sznyt, już nie glejt partii, służby bezpieczeństwa, odbytą służbę wojskową czy jakieś kursy, tylko kwit z uczelni. Na razie jeszcze nie każą cytować ani Mateusza Grzesiaka ani jego kumpla po fachu Łukasza Jakubiaka, już znanego na tym blogu, no ale wyraźnie widać, że ci goście nie chodzą po liceach ani gimbazie, nie interesuje ich poziom niższy niż akademicki. I chyba tylko tam mogą znaleźć odbiorców, myślę że promocja ich działalności w szkołach średnich mogłaby zainteresować wyłącznie rodziców. Wracając do prawników: wielu młodych mecenasów instytucję małżeństwa rozumie wyłącznie jako rodzaj umowy cywilno-prawnej. Taka umowa właściwie nie różniąca się od spółki cywilnej, może trochę bezpieczniejsza. I to jest rezultat kształcenia w gimbazie, licbazie i na studiach w najbliższej aglomeracji. Bez oczyszczenia środowiska akademickiego nie będzie moim zdaniem reformy administracji ani wymiaru sprawiedliwości, a tzw. dekomunizacja będzie też głównie deklaratywna. W tej sprawie nie widzę żadnych powodów do optymizmu.

      Usuń
    2. @ralfowitz

      Konflikt ustrojowy, kto ma dopuszczać do zawodu sędziego jest moim zdaniem powierzchowny. Zdecyduje - wiadomo - demokracja,

      Oczywiście, że tak. Dlatego demokrację trzeba wydobyć z jej dotychczasowego poniżenia, o czym zresztą dalej piszesz.

      Moim zdaniem, źródło problemu tkwi jednak nie w tym, kto dobiera sędziów, ale z kogo (z jakiego "materiału") dobiera. Kwestię nepotyzmu w tym doborze już wielokrotnie omawiano i te wpływy, przynajmniej na jakiś czas, zapowiadana reforma może osłabić. Potem się odnowią, bo wada doboru tkwi gdzie indziej.

      Skoro bowiem własne doświadczenie życiowe sędziego ma (bo musi!) odgrywać istotną rolę w ocenach sędziowskich, to należy spostrzec, że po studiach i zaraz po aplikacji sędziowskiej żaden osobnik nie może jeszcze posiadać własnego doświadczenia życiowego. Bo niby skąd i kiedy nabyłby je przed 30-tką?

      Czy potem potrzebne doświadczenie już w miarę orzekania nabędzie? A niby skąd i którędy, skoro jest niezawisły, czyli żyje poza tym doświadczeniem życiowym, które jest udziałem podsądnych?.
      A poza tym, co to kogo obchodzi, że kiedyś może nabędzie, skoro w międzyczasie już orzeka i narzeka.

      Wydaje mi się, że przynajmniej pewna część ogółu sędziów powinna pochodzić spośród prawników starszych, już doświadczonych i dość łatwych do sprawdzenia, czym się dotychczas popisywali. W czym uczciwie i na poziomie brali udział, itd.

      Taka szansa powinna zresztą wyprostować także i inne środowiska prawnicze oferując godnym tego godne ukoronowanie kariery prawniczej, zatem nagrodę za kręgosłup (a nie za mordę).

      Powiedzmy aplikacja / weterani dobór etatów pół na pół. Ryzyko niewielkie.


      Usuń
  2. „dość typową sytuacją, jak na warunki warszawskie”
    ---------------------------------
    Jako pieszy i rowerzysta w realiach wygląda to tak - jeśli pali się zielone światło dla pieszych albo rowerzystów trzeba bardzo uważać, żeby nie zostać rozjechanym przez kogoś kto wyjeżdża z prawej, z lewej, kto ma zieloną strzałkę, bo mu się spieszy albo może stanąć na tych pasach i ścieżce rowerowej blokując tramwaj i inne samochody, bo po Warszawie nie da się jeździć, wicie błyskotliwa kariera nie znosi opóźnień a kto stoi w miejscu ten się cofa; a jak ktoś chodzi pieszo to widocznie nie ma samochodu, więc jest frajerem i leszczem, który za wolno przebiera nogami i którego można rozjechać zwłaszcza SUVem, ma którego taki leszcz i tak nie zarobi przez całe swoje nic nie znaczące życie.

    Oczywiście koloryzuję, ale tylko trochę. Nie wszyscy są tacy, ale wystarczy że takich jest 5%, żeby skutecznie zatruć życie. Świat jest pełen ludzi rozjechanych na pasach, którzy nie dość szybko przebierali nogami i nie zdążyli uciec przed wytworami przemysłu motoryzacyjnego. To przecież nie jest wina kierowców...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Glicek
      Oczywiście. A Nowym Dworze Mazowieckim warunki są takie, że jesli wychodzisz wieczorną porą z domu, możesz dostać w mordę.

      Usuń
    2. SUVy przecież wymyślono właśnie w celu rozjezdzania przechodniów. W każdym razie żadnego innego powodu nie widzę.

      Usuń
  3. Trzeba mieć wyjątkowy tupet,aby wieczorem przechodzić przez przejście dla pieszych.Słuszną linię ma nasza władza sądownicza.

    OdpowiedzUsuń